Stara wersja serwisu

Portal środowiska akademickiego i naukowego

FA 03/2011

Zdobywanie wiedzy i ambicja przyczyniania się do rozwoju tego odcinka rzeczywistości, który się wybrało jako pole własnych działań, są wyraźnym rysem rodzinnej tradycji i zapewne rysem trwałym. Szukanie takich odcinków, gdzie „można być dobrym”, także do tej tradycji należy.


Jurkiewiczowie


Magdalena Bajer


Nie bardzo odległą przeszłość ogarnia pamięć dziś żyjących pokoleń. Prof. Jerzy Jurkiewicz, dziekan Wydziału Fizyki, Matematyki i Informatyki Stosowanej UJ, który opowiadał mi rodzinne dzieje, stracił rodziców w wieku, kiedy myśli się przede wszystkim o własnej drodze życiowej, dokonuje decydujących o niej wyborów, odkładając wspomnienia na później.


Przez próg wiedzy


Pradziadek przybył z Litwy na Mazowsze wraz z bogatą rodziną ziemiańską, która zapewne odziedziczyła majątek w Kocku. Dziadek pana profesora był tam stolarzem. W ocenie potomków pozostał jako „człowiek bardzo światły”, bowiem wszystkie swoje dzieci, a było ich kilkoro, pokierował do szkół średnich i wyższych.


Leopold (1906-1966), ojciec mojego rozmówcy, ukończył gimnazjum oraz liceum w Siedlcach, po czym studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Otrzymawszy stypendium, jako wyróżniający się wynikami w nauce, zaprosił młodszego brata, który skończył w Warszawie geologię. Sam przez jakiś czas po studiach uczył w szkole, wkrótce jednak został asystentem Stefana Pieńkowskiego, twórcy ośrodka fizyki doświadczalnej UW, który pracowniom przy Hożej nadał rangę międzynarodową.


Karierę naukową Leopolda Jurkiewicza przerwała wojna. Podczas okupacji pracował w zakładach Phillipsa w Warszawie, uczestnicząc w tajnym nauczaniu, a po powstaniu rodzina znalazła się w majątku przyjaciół pod Krakowem. Tam znalazł go inny wybitny fizyk, Marian Mięsowicz (nestor „rodu uczonego”, który miałam przyjemność przedstawić czytelnikom FA) i zaprosił do współtworzenia Akademii Górniczo-Hutniczej oraz mocnego ośrodka badań fizycznych w Krakowie.


W pierwszych latach powojennych, jeszcze przed apogeum stalinizmu, udało się młodemu badaczowi pojechać na rok do Manchesteru, gdzie znalazł się w bardzo dobrej grupie eksperymentalnej badającej promieniowanie kosmiczne, co było ważnym doświadczeniem także dla prac prowadzonych w Krakowie. Tutaj ojciec przyszłego profesora współpracował bardzo blisko ze wspomnianym prof. Mięsowiczem, Jerzym Gierulą i Jerzym Massalskim. Syn wspomina, że tych zaprzyjaźnionych ze sobą uczonych cechował wielki entuzjazm, płynący z przekonania, że robią to, co odbudowującej się Polsce pilnie potrzebne, co da jej wizytówkę w dorobku myśli, no i to, czym się mocno pasjonowali. W powojennym Krakowie, dokąd zjechało sporo bezdomnych ze zrujnowanej Warszawy i wygnańców ze Lwowa, życie akademickie łączyło się często z codziennym życiem profesorskich domów, goszczących mistrzów, uczniów, rodziców i potomków.


Impulsy


Rodziny Jurkiewiczów i Mięsowiczów mieszkały w tej samej kamienicy, wtedy gdy „ludzie często się odwiedzali”. Jerzy Jurkiewicz dorastał w klimacie tego entuzjazmu tworzenia, który wspomina w rodzinnej opowieści i którym nasiąknął.


Ojciec dzielił zainteresowania, a przede wszystkim energię i czas między to, co było oryginalną twórczością naukową, a prace konstruktorskie – w sytuacji, gdy trzeba było, razem z mistrzem Mięsowiczem, własnymi rękami budować aparaturę do nowego ośrodka badań w AGH. O tych drugich zadaniach więcej w domu rozmawiano niż o publikacjach, których w bibliografii Leopolda Jurkiewicza przybywało.


W r. 1951 obronił doktorat, w 1954 otrzymał nominację na profesora AGH. Od 1962 do śmierci był dyrektorem Instytutu Techniki Jądrowej tej uczelni. Rozwój krakowskiej atomistyki, będąc początkowo nadrabianiem historycznych zapóźnień, wymagał łączenia prac podstawowych z rozwiązaniami technicznymi i z intensywnym szkoleniem specjalistów. Na wszystkich tych polach prof. Jurkiewicz senior miał wielkie osiągnięcia oraz zasługi, których nie sposób tu wyliczyć. W okresie częstych prób jądrowych w różnych miejscach świata zorganizował pomiary skażeń atmosfery i wód deszczowych. Opracowywał i doskonalił metody radiometryczne stosowane w eksploatacji surowców, szczególnie w kopalniach węgla. Zainicjował w instytucie badania hydrogeologiczne.


Wątek geologiczny przewija się w rodzinnej tradycji – tę dziedzinę wybrał, jak już wiemy, stryj, geologiem była także matka mojego rozmówcy, Irena z domu Trzaska. W jej pokoleniu, podobnie jak u Jurkiewiczów, wykształcenie było naturalnym sposobem życiowego awansu. Młodsza siostra, Ada, skończyła biologię i pracowała w podwarszawskiej stacji badawczej, pozostałe skończyły szkoły średnie. Najstarsza, Irena, wybrała studia nie najłatwiej w okresie międzywojennym dostępne dla kobiet i ukończyła je z wyróżnieniem, podziwiana oraz wspierana przez kolegów. Wielu z nich odwiedzało warszawski, później krakowski dom państwa Jurkiewiczów. Dostała pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, bardzo ważnej, nowoczesnej placówce gospodarczo-naukowej II Rzeczypospolitej. Podczas okupacji PIG dawał pracownikom skromne możliwości zarobkowania, a na szklanym dachu budynku można było… hodować pomidory. Po wojnie pani Jurkiewiczowa pracowała w krakowskiej filii Instytutu, zajmując się do końca życia geologią Gór Świętokrzyskich. Spędzała tam kilka miesięcy w roku sporządzając mapy geologiczne okolic Kielc, co dla syna bywało okazją do ciekawych i pięknych wakacji.


Dzieciństwo i wczesna młodość upływały mu pośród impulsów przesądzających o tym, że po maturze będzie studiować. Nie mówiono expressis verbis, ale jaką drogą miałby pójść młody człowiek urodzony po wielkiej wojnie w Krakowie, gdzie ludzie należący do elity umysłowej, związani z uniwersytetem znali się osobiście, wychowany w profesorskim domu, dokąd na częste przyjęcia zapraszano asystentów i współpracowników ojca, a także uczonych starszego pokolenia, rozmawiano o fizyce, ale i o innych naukowych oraz akademickich ważnych sprawach? Prof. Jurkiewicz junior żartobliwie wspomina pewną niedogodność ze swego dzieciństwa: spacery z ojcem, podczas których co krok spotykali jakiegoś profesora lub docenta; panowie zaczynali długą rozmowę, a chłopcu się nudziło.


Jednak fizyka


Jerzy Jurkiewicz długo się zastanawiał, czy nie zostać… pianistą. Skończył liceum muzyczne w klasie fortepianu, ale – jak wspomina – mniej więcej „w środku” tego etapu edukacji doszedł do przekonania, że jednak nie tym chciałby się zajmować przez całe życie. Zainteresował się bardziej matematyką, brał udział w olimpiadach, w końcu wylądował na fizyce, wybierając bardziej realny od matematycznego opis świata. Z matematyką ciągle ma do czynienia i bardzo to lubi. Ojciec pragnął, choć nigdy nie nalegał, żeby poświęcił się fizyce doświadczalnej, syn jednak wybrał teoretyczną.


Rodzice nie doczekali naukowych osiągnięć jedynaka – gdy był na pierwszym roku studiów, oboje zmarli na serce. Pan profesor mówi dzisiaj, że nieraz zadaje sobie pytanie, co powiedzieliby o jego kolejnych krokach życiowych i to pomaga w stawianiu takich, jakie znalazłyby uznanie i sprawiły im radość. Zapamiętał, że człowiek nie musi koniecznie być uczonym – może robić cokolwiek, byle dobrze i z zapałem. Wybrał to pierwsze, znajdując wsparcie i życzliwą pomoc w licznym kręgu przyjaciół ojca i matki, gdy został sam.


Zdążył wynieść z domu „wiadomości dobrego i złego” o tym, co robić należy, czego trzeba by się wstydzić oraz pragnienie, żeby niczego takiego nie popełnić. Od rodziców wziął także zainteresowanie światem, głębokie przeżywanie kultury, zwyczaj czytania książek, chodzenia na wystawy i koncerty.


Poprzez małżeństwo Jerzego Jurkiewicza z Elżbietą Nowak połączyła się rodzina przybyszów z rodziną osiadłą w Krakowie od dawna. Splotły się też wątki inteligenckich zainteresowań. Dziadek pani Elżbiety, Julian Czapliński, inżynier górnik, specjalista od zagadnień bezpieczeństwa w kopalniach i dyrektor kopalń, był jednym z ojców założycieli AGH. Rodzice byli lekarzami, podobnie jak brat. Ona sama wybrała chemię i pracowała w UJ oraz AGH.


Kariera szczęściarza


Pan prof. Jurkiewicz junior powiada, że „każda kariera naukowa w znacznym stopniu zależy od szczęścia”, dodając, że sam miał szczęście znajdować się we właściwych miejscach we właściwym czasie. Skończył studia w r. 1970 i zaczął pracować w Zakładzie Fizyki Teoretycznej UJ – tym samym, gdzie niedawno rozmawialiśmy. Dość długo szukał najbardziej interesującej go problematyki, a po doktoracie (1975) trafił do bardzo dobrego ośrodka w Utrechcie. Tam „zdradzając” mistrza, który go zaprosił, znalazł się w grupie prof. Gerarda ‘t Hoofta, późniejszego noblisty. Był to czas fascynacji badaniami teorii pola na komputerach, a ośrodek w Utrechcie miał bardzo dobry komputer. Młody doktor z Polski zaczął prowadzić symulacje z grupą badaczy pod kierunkiem prof. ‘t Hoofta. Współpracował z tą grupą przez półtora roku, a także później, po powrocie do Polski. W sranie wojennym władze, chcąc pokazać łaskawość dla nauki, pozwoliły mu wyjechać do Marsylii, i to z rodziną, mimo że prof. Jurkiewicz był mocno zaangażowany w „Solidarności”. Stamtąd pojechał do Paryża, gdzie nawiązał długo potem trwającą współpracę ze znakomitym fizykiem prof. Andrzejem Krzywickim. Tam odnalazł go ‘t Hooft i ponownie ściągnął do Utrechtu na kolejne dwa lata.


Wtedy mój rozmówca (mając szczęście, jak mówi) zajął się znów nową problematyką (to intuicja) – kwantową grawitacją z zastosowaniem symulacji komputerowej. Grawitacja jest tym z czterech znanych fizykom oddziaływań we wszechświecie, które dotąd nie daje się zunifikować z pozostałymi w jedną teorię. Ambicje uczonych kierują się ku kwantowej teorii grawitacji, budzącej na to nadzieje.


Jerzy Jurkiewicz znów mówi o szczęściu, które sprawiło, że w latach dziewięćdziesiątych trafił do zespołu prof. Jana Ambjørna w Kopenhaskim Instytucie Nielsa Bohra jako visiting professor. Wracał tam później kilkakrotnie i, jak oblicza, połowę czasu, który upłynął od pierwszego pobytu, spędził w Kopenhadze. Symulacje układów kwantowych przyniosły wyniki obiecujące, oryginalne, zaskakujące badaczy. Owe układy są, jak mówi pan profesor, bardzo dziwaczne i niepodobne do wyobrażeń o klasycznej czasoprzestrzeni, jakie mieli dotąd fizycy, ale zarazem wskazują tropy, które wiodą do przewidywanego, wciąż odległego celu, tj. ostatecznego połączenia wszystkich czterech oddziaływań występujących w przyrodzie. Każdy krok na tej drodze to bardzo intensywne obliczenia numeryczne wykonywane na komputerach. Pracuje nad tym od szeregu lat „trójkąt” uczonych: prof. Ambjørn, prof. Jurkiewicz i pani prof. Renate Loll, która dołączyła nieco później, a współpracują z grupami w różnych ośrodkach europejskich, wkraczając na pogranicza – w obrębie szeroko rozumianej fizyki, ale także innych nauk. Pan profesor pytany o wieszczony niekiedy zmierzch fizyki i nadejście ery biologii odpowiada, że rozwijające się obecnie żywo badania mózgu, procesów komórkowych, funkcji rozmaitych substancji w organizmach, przetwarzanie informacji genetycznych, to w gruncie rzeczy… biofizyka.


Zdobywanie wiedzy i ambicja przyczyniania się do rozwoju tego odcinka rzeczywistości, który się wybrało jako pole własnych działań, są wyraźnym rysem rodzinnej tradycji i zapewne rysem trwałym. Szukanie takich odcinków, gdzie „można być dobrym”, także do tej tradycji należy. Poświadczają to obie córki państwa Jurkiewiczów. Starsza jest doktorem biologii i pracuje naukowo w Danii. Młodsza, architekt, projektuje mosty i budynki w Londynie. Inteligenckie powinności spełniają w zjednoczonej Europie. ☐

ho

Komentarze

Tylko artykuły z ostatnich 12 miesięcy mogą być komentowane.

FA 03/2011

Prof. Leopold Jurkiewicz (z prawej) z prof. Marianem Mięsowiczem