Blog Dominik Szulc

Nauka poszła w las, czyli korepetycje z tego jak nie redagować czasopism

Opublikowano: 30.03.2017

Od 2009 r. jestem redaktorem naczelny pewnego czasopisma. Nic wielkiego. Mamy 7 punktów i jest dobrze. Wydawcą jest lokalna organizacja, nie zaś potężny uniwersytet. Z tego powodu co roku musimy starać się o środki głównie w konkursach samorządów lokalnych na realizację tzw. zadań publicznych z zakresu kultury i sztuki. Naturalnie mamy większe aspiracje, ale przy takiej organizacji na jaką nas stać 7 punktów to niewiele poniżej moich osobistych oczekiwań. Sądzę, że trudno się dziwić, iż zazdroszczę moim koleżankom i kolegom, którzy redagują czasopisma naukowe w uczelniach wyższych. Środki na druk, opłacenie recenzentów itd. są co roku zapewniane przez uczelnię. Można skupić się wyłącznie na redagowaniu. Z tego też powodu strasznie denerwuję się gdy widzę, jak niektóre uniwersytety pieniądze, które ja wiedziałbym jak wykorzystać, przeznaczają na pokrycie kosztów funkcjonowania czasopism, które nie są punktowane, a obecny sposób ich zarządzania “woła o pomstę do nieba”. Chciałoby się wręcz krzyknąć – BOŻE WIDZISZ I NIE GRZMISZ!

Tylko w tym jednym miejscu będę delikatny – nie podam nazwy czasopisma. Większej łaski wydawcy, który pozwala na to, na co pozwala – nie okażę. Proszę sobie więc wyobrazić duży polski uniwersytet, działający w mieście wojewódzkim i jedno z wydawanych przezeń czasopism naukowych. Aby nie było – to czasopismo ma 60 lat tradycji. W gronie jego redaktorów były znamienite postacie polskiej nauki, a tytuł jest powszechnie rozpoznawalny. W ostatnich latach marka, na którą pracowały pokolenia badaczy zdewaluowała się niemal tak bardzo, jak marka Volkswagena po niedawnym ujawnieniu tzw. Dieselgate. Coraz częściej publikują w nim już nie pracownicy naukowi, ale doktoranci (niczego tym ostatnim nie ujmując). Trudno się jednak temu dziwić. Wystarczy sprawdzić profil czasopisma w PBN-ie (serwisie Polskiej Bibliografii Naukowej) aby przekonać się, że ostatni raz było ono punktowane (w części B ministerialnego wykazu czasopism) w 2012 r., a i wówczas dorobek czasopisma w tym zakresie nie mógł być obiektem zazdrości kogokolwiek – 2 pkt. W kolejnych latach nastąpiła prawdziwa katastrofa, jakby sternik odmówił sterowania tym okrętem i stwierdził PO NAS JENO POTOP. W ewaluacjach czasopism z 2014 i 2016 r. ówczesna redaktor naczelna nawet nie złożyła ankiety ewaluacyjnej czasopisma. Wskutek tego od 2014 r. tytuł ma “0” punktów, choć logik przyczepiłby się, że skoro coś równe jest ZERO to nie można pisać, że ktoś posiada cokolwiek. Zachowanie redaktora, znanej profesor, której najwyraźniej nikt nie mógł lub bał się “ruszyć”, mogę skomentować tylko jednym słowem – głupota w czystej postaci. Tak jakbyśmy uzyskali czysty rad z blendy smolistej (chemicy wiedzą, co mam na myśli). Jak wynika bowiem z przeprowadzonej przeze mnie analizy, o ile tylko złożone wnioski wydawców i redakcji złożono poprawnie (były one kompletne), czasopisma otrzymywały przynajmniej symboliczny 1 punkt.

Otrzeźwienie przyszło przed kilkoma miesiącami. Wreszcie powołano nową redaktor i nowego sekretarza redakcji, oboje znanych mi (choć w różnym stopniu) świeżych doktorów habilitowanych. Nominacje te były dla mnie o tyle dziwne, co zaskakujące. Sekretarza znałem lepiej i wiedziałem, że nigdy nie redagował czasopisma naukowego. Redaktor naczelną znam gorzej, stąd pozwoliłem sobie sięgnąć do dokumentów z jej postępowania habilitacyjnego z 2016 r. Niestety, w części autoreferatu pt. “Omówienie pozostałych osiągnięć naukowo-badawczych” nie znalazłem informacji, aby w ostatnich latach redagowała jakiekolwiek czasopismo. Zredagowała co prawda pracę zbiorową, ale to coś zupełnie innego (ja też redagowałem pracę zbiorową, wiem zatem o czym piszę). Wychodzi więc na to, że nowa redakcja czasopisma, powołana po to, aby błędy poprzedniczki naprawić i “wyprowadzić tytuł na prostą”, już na starcie miała podwójnie trudno. Nie tylko skala koniecznych do realizacji reform była duża, ale co ważne, a może nawet ważniejsze, sama ona nie legitymowała się prawdopodobnie żadnym doświadczeniem dającym nadzieję, że zadaniu temu podoła.

Minęło kilka kolejnych miesięcy. Wyjechałem na staż naukowy na Ukrainę (wbrew pozorom także od naszych wschodnich sąsiadów można się czegoś nauczyć, czy może podpatrzyć jakich błędów unikać). Spotkałem tam moją koleżankę, także naukowca, która jak się okazało złożyła do druku tekst w omawianym czasopiśmie. Recenzje już napłynęły, tekst został zakwalifikowany do druku i tylko jedno nie dawało mi spokoju w tym, co mi przekazała. Redakcja odmówiła druku jej tekstu w języku ukraińskim, polecając artykuł przygotować w języku polskim. Przyczyną tego miał być fakt, iż język ukraiński nie jest językiem  kongresowym. Już samo w sobie tylko to ostatnie stwierdzenie wzbudziło moje zdziwienie – konia z rzędem temu kto pokaże mi dokument urzędowy Ministra Nauki wskazujący na to, które języki są, które zaś nie są kongresowymi. Drugie z moich spostrzeżeń wynikało już nie tylko z mojej wiedzy, ale także doświadczenia, którego nowej redakcji czasopisma najwyraźniej zabrakło. Stwierdzenie o “niekongresyjności” języka Tarasa Szewczenki (dla wątpiących w moje słowa – Szewczenko tylko lirykę pisał po rosyjsku, epikę redagując w ukraińskim, choć wielu dziś kojarzy go głównie jako przedstawiciela rosyjskiego romantyzmu), znamionowało redaktorów, którzy ministerialnej ankiety ewaluacyjnej czasopism nigdy na oczy nie widzieli. Chodź dziś do jej pełnej wersji nie mam dostępu, gdyż z uwagi na fakt, iż kolejna ewaluacja odbędzie się najwcześniej w 2018 r., zakładka w ankiecie “Dodaj nową ankietę” jest obecnie nieedytowalna, pamiętam jak dziś, że gdy sam ankietę wypełniałem i wybierałem języki kongresowe z długiej ich listy umieszczonej przez resort nauki w PBN-ie mogłem i wybrałem m.in. język ukraiński. Wszystko to dlatego, że im większy udział procentowy artykułów w językach obcych w czasopiśmie, tym większa szansa na wysoką punktację. Do tego samego nawiązał wówczas opiekun mojego stażu – prof. Leontij Wojtowycz z Państwowego Uniwersytetu im. I. Franki we Lwowie.  Gdy któregoś razu w lutym br. siedzieliśmy przy kawie i rozmawialiśmy o czasopismach wspomniał On, że zdarzyło mu się przygotować do znanego polskiego czasopisma historycznego “Średniowiecze Polskie i Powszechne” artykuł w języku polskim (prof. Wojtowycz znakomicie posługuje się naszym językiem). Redakcja stanowczo Go jednak poprosiła, aby tekst swój ponownie zredagował, tym razem w języku ukraińskim. Wywołało to niemałe zdziwienie Profesora, usłyszał jednak, że ma to znaczenie w procesie ewaluacji czasopism  naukowych w Polsce. Trudno się zatem dziwić, że ostatnio coraz częściej zauważam jak polscy humaniści pisząc do polskich czasopism czynią to np. w j, angielskim (odnoszę wrażenie, iż nie zawsze chodzi tu tylko o zamaskowanie autoplagiatu lub zwiększenie wartości Indeksu Hirscha poprzez podniesienie liczby cytowań w publikacjach notowanych w Google Scholar). Jak widać jednak, nie wszyscy o tym wiedzą. Dodam – nie wszyscy, którzy winni to wiedzieć.

Ministerstwo Nauki ogłosiło właśnie, że o miesiąc przedłużyło termin składania ankiet w procesie kategoryzacji jednostek naukowych. Skutki niewłaściwego zarządzania niektórymi czasopismami naukowymi boleśnie odczują właśnie dziś ich wydawcy. W związku z tym, że po 2012 r. interesujące mnie czasopismo nie otrzymało ani jednego punktu, w ogłoszonym 26 stycznia br. komunikacie Ministra Nauki nie ustalono dla niego 4-letniej punktacji ministerialnej (zbiorczej za lata 2013-2016) koniecznej przy tegorocznej parametryzacji jednostek. Wydawca nie będzie mógł więc wpisać tego czasopisma nawet do ankiety ministerialnej (a jeśli to zrobi, to i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia), tak jakby go w ogóle nie było, tak jak nie ma już funduszy które przeznaczono na jego funkcjonowanie latami podejmując w jego sprawie szkodliwe dla wydawcy, czytaj kategoryzowanej obecnie jednostki, decyzje. Przypomnę zatem, że zgodnie z KRYTERIAMI I TRYBEM OCENY CZASOPISM NAUKOWYCH ujętymi w rozporządzeniu Ministra Nauki z dnia 12 grudnia 2016 r. w sprawie przyznawania kategorii naukowej jednostkom naukowym i uczelniom, jednym z owych kryteriów jest “procentowy udział publikacji naukowych wydawanych w językach innych niż polski w ogólnej liczbie publikacji naukowych”. Nie ma tu mowy o tym, że nie należy publikować w jakiś konkretnych jezykach, np. ukraińskim, a kształt ankiety w PBN-ie ostatecznie przekonuje, że ograniczeń takich po prostu nie ma. Jeśli ktoś jeszcze nie wierzy, że rozporządzenie ma wpływ na zasady oceny czasopism odsyłam chociażby do komunikatu MNiSW w sprawie czasopism naukowych z 23 grudnia 2015 r. Oba wspomniane rozporządzenie i komunikat winny być Biblią każdego wydawcy i redakcji czasopisma naukowego. Każdy wydawca i redaktor winien znać je niemal na pamięć “w nocy o północy” i nie ma od tego odwrotu. Chyba, że naszym celem jest “osiągnięcie” 0 ministerialnych punktów…

Na koniec tego obszernego elaboratu przedstawię swoistą “kropkę nad i”, coś co dopełni obrazu zniszczenia. Na początek strona internetowa czasopisma. Dobrze, że jest, szkoda tylko że aż tak bardzo nieaktualna… Wciąż widnieje na niej nazwisko poprzedniej redaktor, a ostatni tom czasopisma, które zindeksowano na stronie internetowej wydano w 2013 r. Podobnie na profilu czasopisma w PBN-ie widnieje jako redaktor inna osoba aniżeli ta, która faktycznie jest redaktorem czasopisma. Aby było śmiesznie – nie jest to jednak, jak poprzednio, była redaktor czasopisma, ale w ogóle ktoś inny…  Najwyraźniej kilka miesięcy to zbyt krótki czas dla nowej redakcji aby dokonać zmian na stronie internetowej czasopisma oraz w PBN-ie, które sprawnie działającym redaktorom zajęłoby… 10 min. pracy. I tylko jedno pozostaje jeszcze pytanie – dlaczego dzieje się to co dzieje się, skoro ten sam Instytut Uniwersytetu wydaje jednocześnie czasopismo na poziomie 10 pkt w części B ministerialnego wykazu czasopism? Czyżby skupiono się jedynie na jednym czasopiśmie, czyniąc je “flagowym” Instytutu, zaś drugie traktowane jest jak synekura dla “zasłużonych” lub “przyjaciół królika”, beneficium, które może liczyć się w CV redaktora, jak prywatna własność decydentów obsadzających stanowiska w redakcji, nie zaś Uniwersytetu jako instytucji, która na czasopismo łoży?


PARTNERZY

forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie
forum akademickie