Fulińscy
Poprzedni Następny

 

Wspomnienia o Benedykcie Fulińskim zaświadczają otwarte zainteresowanie 
światem, przenikliwość umysłu i rozległość zainteresowań, 
a ponadto troskę o sprawy zwane ogólnymi, zwykle obecną u ludzi wybitnych.

Magdalena Bajer


Gmach Wydziału Rolniczo-Lasowego 
Politechniki Lwowskiej w Dublanach

Fakt, że rodzina we wrocławskim domu jest „całkowicie wschodniomałopolska”, można poznać od razu po akcencie gospodarza, prof. Wojciecha Fulińskiego, tak bardzo lwowskim, że wystarczy za metrykę urodzenia całej piątce rodzeństwa, z której trzej bracia już nie żyją, a przez całe życie, jak wszyscy w tym pokoleniu Fulińskich, zajmowali się nauką i nauczaniem akademickim. W Małopolsce Wschodniej sporo jest śladów wielorakiej działalności przodków rodu – dzisiaj głównie w muzeach, książkach i dokumentach.

Postacią bodaj najznaczniejszą jest dziadek macierzysty Leopold Hauser – typ społecznika w XIX-wiecznym stylu, tj. wszechstronnie wykształconego i przodującego w najrozmaitszych, zdawałoby się odległych od siebie, przedsięwzięciach. Był więc historykiem, ale i poetą, autorem utworów satyrycznych oraz dramatów. Był aktorem i współzałożycielem amatorskiego a znakomitego teatru „Fredreum” w Przemyślu, o którym to mieście napisał w r. 1883 monografię, wydaną niedawno w postaci reprintu. Do ważnych stanowisk doszedł w karierze sędziowskiej, zostając radcą c.k. Sądu Krajowego, następnie c.k. Wyższego Sądu Krajowego we Lwowie. Nie przyjął stanowiska radcy dworu przy Najwyższym Trybunale w Wiedniu, zaangażowany w sprawy „zawsze wiernego miasta”, którego długo był radnym.

KRESOM I W POLSCE

Prof. Jacek Maria Fuliński, który zmarł we Wrocławiu niedługo po naszym spotkaniu w domu jego brata Wojciecha, podkreślał bardzo mocno patriotyczne tradycje swojej rodziny, wydzielając spośród splotu zasług udział w powstaniach i wojnach. Powstańcem styczniowym był brat dziadka Edward Hauser, którego bracia Fulińscy odwiedzali jako kilkunastoletni chłopcy, dotykając z pietyzmem rogatywki i szabli, co dawało poczucie szczególnego uprawnienia do harcerskiej warty honorowej przy grobach Orląt. W obronie Lwowa brał udział ich ojciec, a ciotka Olga z Hauserów Kuczyńska wyróżniła się odwagą jako kurier.

W czasie II wojny światowej z rąk Ukraińców zginęli niedaleko Lwowa bracia cioteczni Fulińskich, ich rówieśnicy, Bolesław oraz Henryk Strzetelscy.

Przed wojną rodzina mieszkała we własnym domu przy ul. Hetmana Tarnowskiego 82, którego górną część wynajmowano. Podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej znalazło tam schronienie wielu działaczy konspiracyjnych, nieraz poszukiwanych listami gończymi, a także rodziny pracowników uniwersytetu ze Lwowa, Warszawy, inżynierów ze Śląska. W pierwszych miesiącach wojny było to zwykle schronienie przejściowe w drodze na Węgry, do Rumunii i dalej, do Francji, gdzie formowała się armia polska. Nie udała się ucieczka ciotecznemu bratu, najstarszemu z młodego wówczas pokolenia, Lesławowi Wiśniewskiemu, który wylądował w Workucie. Przeżył, dopisując do rodzinnej „uczonej” tradycji ważny rozdział pionierskich prac w zakresie parazytologii, jako profesor UW.

Liczni mieszkańcy domu Fulińskich byli wówczas zajęci pomaganiem wywiezionym przez Sowietów, uwięzionym i ich rodzinom. Młodzież zdobywała żywność, sprzedając, co można było sprzedać, sporządzała paczki, matka nosiła je do więzień oraz przez zaprzyjaźnionych kolejarzy ekspediowała w dalekie strony. Poza tym odbywały się tajne narady i spotkania sztabowe wywiadu lwowskiego Armii Krajowej, który znalazł bazę przy ul. Tarnowskiego.

PROFESOR

W domu pp. Fulińskich było nie tylko spotkanie z Ewą, Jackiem, Wojtkiem i pełną serdeczności, zawsze zapracowaną Mamą, ale spotkanie i wizyta w gabinecie ich Ojca, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, Benedykta Fulińskiego (...). Profesor brał mnie na kolana, rozkładał na biurku książki z kolorowymi rycinami zwierząt i opowiadał o nich tak, że dziecko wszystko rozumiało. Nigdy nie zadawał mi pytań, jak inni dorośli: czy jesteś grzeczna lub czy umiesz jakiś wierszyk.
Wspomnienie o profesorze zapisała – po latach, które przyniosły nową epokę – Janina Augustyn-Puziewicz, we Wrocławiu, gdzie znów odwiedzała dom Fulińskich (prof. Wojciecha i jego zmarłej kilka lat temu żony) w grodzie nad Odrą.

Inne świadectwo zachował i utrwalił w książce Wspomnienia i zapiski wielki matematyk Hugo Steinhaus: Profesor Fuliński, z którym byłem per „ty”, dużo rozmawiał ze mną o polityce. Przewidywał już wtedy, że Niemcy nie wyjdą poza „rów tatarski” stanowiący naturalną fosę przed wałem Kaukazu. To się sprawdziło. Powiedział też: zostaniesz profesorem we Wrocławiu (to również się sprawdziło). Miał także swój pogląd na kwestię żydowską: przeznaczał dla tej ludności „Chersonię”, tzn. kraj za Dniestrem aż do Dniepru; byłoby to niezależne polskie „dominium”. Namawiał mnie, abym opracował ten problem i wystąpił z nim po wojnie.

Prof. Steinhaus z żoną ukrywali się przez pewien czas u szwagra, Leona Chwistka, również profesora UJK, znanego logika, filozofa, a także malarza i krytyka sztuki, który zajmował górę domu przy ul. Tarnowskiego 82.

Dziecinne oraz wojenne wspomnienia mówią o Benedykcie Fulińskim to samo. Zaświadczają otwarte zainteresowanie światem, które towarzyszy prawdziwej dobroci, przenikliwość umysłu i rozległość zainteresowań, a ponadto troskę o sprawy zwane ogólnymi, niekonieczną w uprawianiu własnej dyscypliny, jednak zwykle obecną u ludzi wybitnych w różnych specjalnościach. Nie dożył weryfikacji swoich przewidywań przez historię, zmarł w 1942 roku. Wiele wzorów znalazły w jego życiu dzieci.
Zdawszy maturę w r. 1901 Benedykt Fuliński zapisał się na Wydział Filozoficzny UJK, gdzie wówczas był kierunek przyrodniczy, zostając uczniem takich mistrzów, jak Józef Nusbaum-Hilarowicz oraz Benedykt Dybowski. Doktoryzował się w r. 1907, habilitował w 1917. Dwa lata później został profesorem nadzwyczajnym Politechniki Lwowskiej, mającej Wydział Rolniczo-Lasowy, którego przez wiele lat był dziekanem.

Obrona Lwowa i wojna, trwające przez cały rok 1919, nie na długo przerwały karierę naukową Benedykta Fulińskiego, choć mocno zaangażował się w te potrzeby, otrzymując Krzyż Walecznych i medal, tzw. Orlęta Lwowskie. W r. 1923 był już profesorem zwyczajnym.

W lwowskim środowisku akademickim Benedykt Fuliński należał do postaci pierwszoplanowych, do kręgu skupiającego zresztą wielu ludzi uniwersytetu i politechniki, który nadawał styl życiu intelektualnemu i kulturalnemu miasta. Przez wiele lat prezesował Lwowskiemu Towarzystwu Krajoznawczemu, równie długo był redaktorem naczelnym czasopism popularnonaukowych „Kosmos”, „Przyroda i Technika”, pieczętując własnym autorytetem naukowym wielorakie przedsięwzięcia służące edukacji społeczeństwa.

Równocześnie redagował specjalistyczne czasopismo „Zoologica Poloniae”. W r. 1932 wybrano go na członka korespondenta PAU. Syn Wojciech dopowiada, że ojciec interesował się żywo rolnictwem, dając temu, jeśli tak można to określić, praktyczny wyraz zajęciami w ogrodzie domu przy ul. Tarnowskiego. – Zasadniczo jednak, ojciec rano i wieczór był w instytucie. Późno wieczór był czas na pisanie artykułów do lwowskich gazet, co w opinii dzieci zyskało profesorowi miano dziennikarza, oraz na lektury, najchętniej historyczne, patriotyczne i popularnonaukowe. Waltera Scotta czytał w oryginale, podobnie jak francuskie kryminały kupowane w znanym antykwariacie Bodeka.

POTOMSTWO

Pięcioro młodych Fulińskich poszło drogą ojca, ale odmiennymi ścieżkami. Biologiczne tropy odezwą się w dalszej rodzinie, w kolejnym pokoleniu.
Najstarszy syn profesora Jędrzej Maria zdążył ukończyć studia na Wydziale Chemicznym Politechniki Lwowskiej i pracować w młodym przemyśle Drugiej Rzeczypospolitej jako dyrektor techniczny. Po wojnie zajmował analogiczne stanowisko w hucie cynku i ołowiu „Silesia”. Później został głównym projektantem Biura Projektów Przemysłu Naftowego w Krakowie.

Następny wedle wieku pan Jacek Maria Fuliński także ukończył studia architektoniczne we Lwowie w r. 1940, kiedy Politechnika Lwowska funkcjonowała jeszcze „przedwojennym systemem”. W r. 1947 zaczął kształcić młodych we Wrocławiu, najpierw w politechnice, później w Wyższej Szkole Rolniczej, gdzie się habilitował i został profesorem. Jacek Maria Fuliński zajmował się przez całe życie zastosowaniami geometrii w budownictwie oraz teorią architektury. Zapoczątkował nowy kierunek badań, zwany morfologią budownictwa. Osobliwym zbiegiem okoliczności, a może należałoby powiedzieć – zrządzeniem praw kierujących twórcze myśli ludzi sobie współczesnych na wspólną drogę, w pracy o wielościanach sformułował geometryczne zasady budowy cząsteczki fullerenu, zwanej „trzecią postacią węgla”. Było to z górą trzydzieści lat wcześniej od przyznania za fullereny nagrody Nobla (1996 r.) trzem angielskim badaczom, a wśród nich Harry’emu Kroto z Krotoszyna. Prof. Fuliński nawiązał z rodakiem kontakt, a pod koniec życia opublikował swoją pracę po angielsku.

Trzeci brat, nieżyjący już Stefan, kończył studia po wojnie w Krakowie – także politechniczne, inżynierię lądową. Wykładał później w Politechnice Wrocławskiej i w Wyższej Szkole Rolniczej, będąc równocześnie konsultantem przemysłowych biur projektowych.

Streszczone krótko biografie profesorskiego potomstwa wydają się podobne. Każda wszakże obfituje w przeżycia i dokonania różnorodne, często niezwyczajne, jak to bywa w życiu przedzielonym granicą epok.

Mówiąc o Stefanie Fulińskim, trzeba włączyć do rodzinnej opowieści jego żonę, prof. Kazimierę z Kabarów, która po seminarium nauczycielskim, nie bez trudu, dostała się na fizykę w UJK, w ostatnim przedwojennym roku akademickim. Po wojennych rozstaniach i przerwach w studiowaniu małżonkowie znaleźli się we Wrocławiu, gdzie pani Kazimiera zajęła się badaniami w dziedzinie optyki, przechodząc kolejne szczeble akademickiej kariery i pełniąc rozmaite funkcje związane z kształceniem, m.in. długo była dziekanem w Uniwersytecie Wrocławskim. Od kilku lat na emeryturze, dalej pracuje naukowo. Jedna z dwu córek idzie śladem rodziców i dziadka.
Prof. Wojciech Fuliński zdał maturę w r. 1939, wobec czego dorosłe życie musiał zacząć od wojowania i dopiero „za pierwszych Sowietów” mógł zacząć studia w politechnice we Lwowie, krótko na Wydziale Mechanicznym, później elektrycznym. Znalazłszy się w listopadzie 1945 r. w Krakowie szukał tam swego lwowskiego mistrza, prof. Idaszewskiego, lecz znalazł go we Wrocławiu, peregrynując do zrujnowanego miasta przygodnymi środkami lokomocji, których pasażerowie opowiadali mrożące krew w żyłach historie o bandytach i szabrownikach. Nazwy ulic były podwójne, niemieckie i polskie. Wojciech Fuliński zrobił kolejno doktorat, habilitację, następnie został profesorem, specjalizując się w dziedzinie miernictwa elektrycznego.

Żaden z czterech braci nie został przyrodnikiem, jak ojciec i matka, która ukończywszy ten sam wydział co jej mąż, uczyła przyrody w szkołach. Także nieobecna na spotkaniu siostra Ewa jest inżynierem chemikiem, absolwentką Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Poprzez małżeństwo z nią przybyła „uczonemu rodowi” ważna postać: prof. Franciszek Nadachowski z AGH, światowej miary znawca materiałów ogniotrwałych. W linii Nadachowskich istnieje też wątek przyrodniczy, bowiem syn Adam jest profesorem paleontologii i dyrektorem Instytutu Zoologii PAN w Krakowie. Żona pana Adama, Anna, również jest przyrodnikiem, po habilitacji, a córka, gdy o niej mówił wuj Jacek właśnie przygotowywała się do habilitacji, ale z chemii.

Dzieje rodzinne Fulińskich posplatane są gęsto z dziejami innych rodzin „wschodniomałopolskich”, w których była tradycja kształcenia się, kształcenia innych, łączenia zajęć akademickich z praktyką, tam, gdzie jest to naturalne, poświęcania się czystym badaniom w naukach podstawowych, zawsze żywego zainteresowania aktualnymi potrzebami uczelni, miasta, kraju.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone nadanej w czerwcu 1998 r. w Pr. I Polskiego Radia SA, sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Uwagi.