|
|
Zbuntowane komórki
Około 40 lat temu prezydent i rząd amerykański przeznaczyli ogromne, na tamte czasy, sumy na badania nad rakiem – każdy temat naukowy, który miał nowotwory w tytule mógł liczyć na hojne wsparcie. 20 lat później liczba ludzi umierających na raka w Stanach Zjednoczonych praktycznie nie uległa zmianie i zapanowała konsternacja: czy nauka jest wobec raka bezradna? Na to pytanie odpowiada Robert Weinberg w Samolubnej komórce (nawiasem mówiąc, w angielskim tytule One Renegade Cell, chodzi raczej o bunt komórek). Trzeba było bardzo wielu lat wyszukanych i kosztownych badań, żeby odkryć, że rak jest chorobą uszkodzonych genów, które to uszkodzenia prowadzą do naruszenia systemu przetwarzania informacji w głębi komórek. Molekularna decyzja o procesie nowotworzenia narasta w komórkach stopniowo, wraz z kolejnymi mutacjami w kolejnych genach. W większości przypadków rak nie jest wprost chorobą dziedziczną, dziedziczy się uszkodzenia w genach od obojga rodziców, które połączone z nowymi mutacjami w genach danego pacjenta mogą doprowadzić do rozwoju choroby. Rak wyrasta z uszkodzeń wielu genów, które łącznie mogą decydować o tzw. predyspozycji do choroby. Weinberg jest często wymieniany jako przyszły laureat Nagrody Nobla za badania mechanizmów nowotworzenia. To on kierował zespołem, który w ubiegłym roku po raz pierwszy osiągnął doświadczalne przekształcenie normalnych komórek człowieka w komórki rakowe w wyniku transferu kilku określonych genów. Dawno nie czytałam książki napisanej przez naukowca, w której autor tak bezbłędnie rozwijałby trudny opis dochodzenia do prawdy słowami zrozumiałymi, porównaniami niezwykle celnymi i odnoszącymi się do powszechnie znanych zjawisk, językiem atrakcyjnym, wciągającym w „akcję”. Przeczytałam tę książkę jednym tchem, choć... wiedziałam jak się kończy. Czytając tę historię przestajemy się dziwić, że poznawanie tajemnicy powstawania nowotworów nie mogło być szybkie. Po kolei odkrywano rolę onkogenów, genów supresorowych, wielogenowych systemów naprawy zmian i szkód w genach, wielogenowych układów sterujących kryzysem starości komórki i procesami apoptozy, licznych genów decydujących o ukrwieniu nowotworów i zaopatrzeniu ich w substancje spożywcze, genów sterujących cyklem komórkowym. Jest ich kilkaset i może będziemy więcej o nich wiedzieli dopiero po zakończeniu programu sekwencjonowania genomu ludzkiego. Książka, która żywotnie może interesować właściwie każdego, bo wszyscy z tą chorobą w życiu się zetknęliśmy na różne sposoby, daje nam także wiele nadziei. Połowa ludzi umierających na raka mogłaby prawdopodobnie tej choroby uniknąć kontrolując swoją dietę (m.in. rakowi sprzyja nadmiar tłuszczów i mięsa) czy zwyczaje (palenie papierosów). Pozostałym autor obiecuje nowe metody uzyskiwania wczesnej diagnozy i nowe metody leczenia (m.in. może zostaną opracowane szczepionki przeciw nowotworom). Podstawowy zrąb wiedzy o mechanizmach powstawania nowotworów jest już poznany, konieczne są jeszcze wyjaśnienia, skądinąd bardzo istotnych, szczegółów. Magdalena Fikus Robert A. Weinberg, Samolubna komórka, tłum. Anna Tanalska-Dulęba, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999, seria: Science Masters.
Co najwyżej przeciętność
Niedociągnięcia polskiego życia politycznego mają swój wyraz w prawie stanowionym przez władzę ustawodawczą. Dowodem na to jest zarówno konstytucja – która choć mieści się w standardzie współczesnych demokracji, to jednak rozczarowuje, ponieważ reprezentuje co najwyżej przeciętność (M. Bankowicz) – jak i akty prawne dotyczące, bezpośrednio i pośrednio, gospodarki. Mizeria procesu prywatyzacji, utrzymywanie nierentownych, wielkich przedsiębiorstw państwowych, nadmierne obciążenia fiskalne, problemy przekształceń wsi i rolnictwa, niski poziom wydatków na badania naukowe – to tylko niektóre problemy wynikające z niedomogów polskiego prawodawstwa w zakresie gospodarki. A dochodzi do tego jeszcze kwestia etyki w życiu gospodarczym i społecznym, która jaka jest – każdy widzi (A. Surdej). Z takim bagażem wewnętrznych zaniedbań stajemy oto u progu Unii Europejskiej. I znów brak wizji przyszłego państwa oraz rzetelnej dyskusji zarówno na temat warunków wejścia do Unii, jak i ewentualnego pozostania poza jej strukturami, wytwarza w opinii społecznej nieprawdziwy obraz sytuacji międzynarodowej Polski. Naszej drodze do Europy grozi, że stanie się drogą donikąd. W tym sensie, że w najlepszym razie zostaniemy dopuszczeni jako biedni i bierni uczestnicy do wielkiego przedsięwzięcia czynnych i bogatych (Z. Najder). Podobnie z naszym udziałem w NATO. Nie powinien on oznaczać końca starań o zewnętrzne bezpieczeństwo państwa. Nadal istotne znaczenie ma polityka wobec naszych europejskich sojuszników i USA, wobec wschodnich sąsiadów, a także stosunek do nasilających się konfliktów etnicznych i walk niepodległościowych w łonie państw europejskich (A. Podolski, A. Magdziak-Miszewska, J. Kloczkowski). Podstawowym postulatem, jaki nieodparcie przychodzi na myśl po lekturze książki krakowskich publicystów (a są wśród nich uczeni, pracownicy wyższych uczelni i placówek naukowych), jest wymóg edukacji obywatelskiej, nacisk na wykształcenie przyszłych elit, które zmieniłyby niechlubny obraz polskiej polityki. Czy jest to głos wołającego na pustyni? (mer) Miłowit Kuniński, Antoni Z. Kamiński i in., Od komunizmu do...? Dokąd zmierza III Rzeczpospolita?, pod red. Jacka Kloczkowskiego, Ośrodek Myśli Politycznej, Księgarnia Akademicka, Kraków 1999, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.
Odrodzenie narodowe
Dane o liczbie ludności polskiej zamieszkującej kraje wschodnich sąsiadów są jedynie szacunkowe. Na Białorusi mieszka ponad 400 tys. Polaków, nierównomiernie rozsianych na terenie kraju, głównie w zachodniej jego części, w tym 70 tys. mieszka w Grodnie. Szkolnictwo polskie zlikwidowano na Białorusi całkowicie już w latach 40., podobnie zresztą jak szkolnictwo białoruskie. Po roku 1988 w Grodnie, Brześciu, Mińsku powstają polskie towarzystwa kulturalno-oświatowe, odradza się nauka języka polskiego, tworzone są biblioteki, ukazuje się prasa polska („Głos znad Niemna”, „Magazyn Polski” i inne). Działa Związek Polaków na Białorusi, w miastach i miasteczkach powstają domy polskie. W uniwersytecie w Grodnie istnieje katedra filologii polskiej. Zaniedbania są jednak ogromne. W roku 1990 tylko kilkanaście procent Polaków uznawało język polski za ojczysty. Obecnie jedynie czwarta część polskich dzieci uczy się polskiego, pozostałe chodzą do szkół rosyjskich lub białoruskich. Polska aktywność narodowa na Białorusi słabnie. Druga co do wielkości diaspora polska na Wschodzie mieszka na Litwie. Ponad 300 tys. obywateli tego kraju uważa się za Polaków, z czego ponad 100 tys. mieszka w Wilnie. Niestety, antypolonizm był i jest na Litwie elementem integrującym. Państwo, mimo stwarzanych pozorów, prowadzi nieprzychylną politykę wobec Polaków. Mniejszość polska wywalczyła sobie wprawdzie prawo do używania języka polskiego w urzędach i organizacjach, utworzyła 120 szkół polskich (przeważnie w przedwojennych budynkach), ale nie powiodły się zabiegi o uzyskanie autonomii rejonów zamieszkanych w większości przez ludność polską. Kiepsko postępuje reprywatyzacja ziemi, a rozszerzenie granic miejskich Wilna wstrzymało ją na tych terenach zupełnie. Władze robią wszystko, by Wilno przestało być miastem otoczonym obszarem zamieszkanym w większości przez Polaków. Forsuje się tam np. budowę nowych, dużych szkół litewskich, do których rekrutuje się uczniów-Polaków za pomocą różnych nacisków. Szkołom polskim brak kadry. Założony w 1991 roku Uniwersytet Polski w Wilnie został zarejestrowany dopiero w 1998 r. i to bez prawa wydawania dyplomów. Mimo to, absolwenci szkół polskich w większym procencie dostają się na studia niż wynosi średnia krajowa. W Rosji mieszka 200-300 tys. Polaków, rozproszonych po ogromnych przestrzeniach europejskiej i azjatyckiej części tego kraju. Tylko w Moskwie i Petersburgu Polacy tworzą większe skupiska (w Petersburgu mieszka 20 tys. Polaków, wśród których 70 proc. ma wyższe wykształcenie). Tam też powstały instytucje polskie. W ciągu 10 lat stworzono kilkadziesiąt stowarzyszeń kulturalno-oświatowych. Istnieje też Kongres Polaków w Rosji. Kuleje jednak szkolnictwo polskie i wydawnictwa prasowe. W Moskwie brak szkół z nauczaniem w języku polskim. Najważniejszymi instytucjami integrującymi Polaków w Rosji są parafie katolickie. Poza Moskwą i Petersburgiem Polacy są w nich jednak mniejszością, a językiem życia religijnego pozostaje rosyjski. Polską mniejszość narodową na Łotwie oblicza się na 80-130 tys. Polskie szkoły działają w Rydze, Dyneburgu, Rzeczycy, Krasławiu. Istnieje Związek Polaków na Łotwie, który wydaje miesięcznik „Polak na Łotwie”. Sytuacja Polaków w każdym z tych czterech krajów jest odmienna. Wpływa na nią jednak zawsze obciążenie historyczne: wcześniejsza polskość tych ziem, dziedzictwo komunizmu, różnice religijne. Książka pokazuje te wszystkie problemy z różnych perspektyw. Czytając ją dowiadujemy się także, czego najbardziej potrzebują nasi rodacy na Wschodzie i jak im pomóc. (fig) Polskie odrodzenie na Wschodzie, red. Adam Bobryk i Józef Jaroń, Pracownia Wydawnicza Instytutu Historii Akademii Podlaskiej w Siedlcach, Siedlce 1999.
Wizjonerstwo „Kultury”
Antologia tekstów publicystycznych zamieszczonych w „Kulturze” w latach 1947-76, rzetelnie przygotowana przez Grażynę Pomian, pozwala śledzić przebieg dyskusji dotyczących takich kwestii, jak np. kondycja polskiej inteligencji, rola Kościoła, stosunek do mniejszości narodowych i krajów ościennych. W dwutomowym zbiorze znalazło się sporo nie tylko ważnych, ale i ciekawych artykułów. Juliusz Mieroszewski, jeden z publicystów kształtujących oblicze „Kultury”, pisze o parafiańszczyźnie polskiej literatury, która poza granicami Polski skazana jest na niekomunikatywność. W innym miejscu snuje ciekawe refleksje nt. Kościoła i religii, stawiając odważne tezy i wywołując ożywioną polemikę. Burząc mit Polaka-katolika prognozuje, że postawa ta zostanie poddana weryfikacji w państwie demokratycznym (w czym trudno mu odmówić słuszności). Dobór tekstów w antologii uwarunkowany jest nie tylko przedziałem czasowym (od założenia pisma do powstania KOR), lecz także atrakcyjnością tematów. Nie bez znaczenia jest, że wśród publicystów „Kultury” znaleźli się tak wybitni autorzy, jak – poza wspomnianym już Juliuszem Mieroszewskim – Józef Czapski, Leszek Kołakowski, Czesław Miłosz, Józef Łobodowski, Konstanty A. Jeleński, Józef i Stanisław Mackiewiczowie. Grażyna Pomian ubolewa, iż na wznowienie swoich artykułów nie zgodził się Gustaw Herling-Grudziński, co świadczy o tym, że tworzeniu „Kultury” towarzyszyły też spektakularne odejścia. „Kultura” miała odwagę przeciwstawić się poglądom większości swoich czytelników, ponosząc często ryzyko utraty prenumeratorów. Podjęcie na początku lat 50. sprawy Lwowa i Wilna oraz opowiedzenie się za uznaniem powojennych granic to – jak zauważa Grażyna Pomian w jednym z komentarzy – nie tylko wyraz realizmu politycznego, ale także podejmowania misji wychowawczej. Zdaniem autorki antologii, fakt, iż na wschodniej granicy Polski panuje spokój, zawdzięczamy również wizjonerom z „Kultury”. Przegląd publicystyki „Kultury” stanowi bogaty materiał do refleksji nad tym, jak zmieniało się oblicze polskiej inteligencji – ze starej, poszlacheckiej (nazywanej przez Mieroszewskiego kordianowską) przeobrażała się w nową, wywodzącą się ze środowisk robotniczych i chłopskich. Wojciech Rysak w artykule z 1972 r. Inteligencja polska: rzeczywistość czy mit stwierdza nieobecność inteligencji jako warstwy spełniającej określone funkcje społeczne; przeobraziła się w pracowników umysłowych, zadowalających się dobrym stanowiskiem i zaspokojeniem potrzeb konsumpcyjnych. Nie powstała jeszcze monografia „Kultury”, publikacja Grażyny Pomian może zatem stanowić poważny przyczynek do jej opracowania. Autorka zadbała o reprezentatywny dobór artykułów i dzieląc je w kluczu tematycznym zadała sobie trud napisania wstępów do poszczególnych rozdziałów, rozszyfrowała też pseudonimy i sporządziła indeks. Układ książki jest przejrzysty, a rzeczowe wprowadzenia umożliwiają lekturę nawet tym, dla których będzie to pierwszy kontakt z „Kulturą”. Jedynym powodem, dla którego antologia może poleżeć na półkach księgarskich, jest jej cena (75 zł). (skg) Wizja Polski na łamach „Kultury”. 1947-1976, opr. Grażyna Pomian, Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1999.
Po stronie życia
Zwiadowcy światła rozpoczynają się szkicami dotyczącymi malarstwa (van Gogh, Bacon, Bosch, Gierymski), kolejne eseje prowadzą dialog z literaturą (Conrad, Camus, Malraux, Mann), z filmem (Kieślowski) oraz z wydarzeniami nie związanymi ze sztuką (zatonięcie Heweliusza, zaginięcie polskiej himalaistki Wandy Rutkiewicz, życie Gandhiego). Zalewski, śledząc intrygującą go problematykę przekracza europejski krąg kulturowy, wkraczając w cywilizację Egiptu, przedstawiając dzieje starożytnego władcy Echnatona, w cywilizację indyjską czy kulturę islamu. Człowiek Zalewskiego rekonstruuje postawę skrajnie egzystencjalną, jego credo brzmi: „buntuję się, więc jestem”. Bunt jest postulatem moralnym wobec braku jakiejkolwiek instancji porządkującej kosmos, jest to heroiczny sposób uporządkowania absurdu, metoda przywracania harmonii między historią i naturą, aby w naporze „ciemnych sił” być gotowym do przekraczania siebie w odpowiedzialności za świat zagrożony. Stąd też esejom autora przyświeca literatura egzystencjalna i wylansowany przez nią pryzmat postrzegania człowieka. Zalewski zdecydowanie jednak odcina się od nihilizmu Malraux i w dylemacie wyboru między życiem a śmiercią jednoznacznie opowiada się po stronie życia. Liczne wojenne wspomnienia autora, wplatane w tok narracji, zdają się tłumaczyć jego preferencje filozoficzne, człowieka, który wraz ze swym pokoleniem doświadczył bezpośrednio czasów dżumy, czasów pogardy, które niejednokrotnie stawiały w sytuacji wyboru między człowieczeństwem a przetrwaniem. Dlatego dla autora egzystencjalizm to coś więcej niż filozofia. Rzeczywistości sztuki, literatury i świata przenikają się tu wzajemnie. Dzieła Camusa stają się kluczem interpretacyjnym dla wydarzeń w północnej Afryce, podobnie jest z twórczością Manna i Egiptem, katastrofa promu Heweliusz skontrastowana jest z historią Lorda Jima Conrada. Te interakcje są obustronne, niekiedy zaskakujące. Zawsze jednak w centrum zainteresowania jest człowiek postawiony wobec żywiołów zewnętrznego i wewnętrznego świata. Autor dokonuje równocześnie krytyki postmodernistycznego pragmatyzmu, gdy mówi: W oczadziałej aurze naszego czasu przepada pojęcie honoru (...) być może nie jest to czas honoru, bo nie jest to czas charakterów (...) panuje lichwa. Może dlatego ostatnie zbliżenie przenosi nas na subkontynent indyjski, gdzie autor podąża tropem heroicznych bohaterów Conrada, Camusa – ucieleśnionych w duchowym przywódcy Indii. I okazuje się, że był to trop właściwy: W każdym kraju przez jego kulturę płynie nurt, który w tym, co głosi Gandhi, w jego najważniejszych ideach, rozpoznaje wartości znane nam od początku, od samego zarania, od samych źródeł. W tym ostatnim szkicu Zalewski przekracza tak silnie dotąd akcentowany europocentryzm: Pomyślałem o wielkiej, jednoczącej kulturze, i jakby w odpowiedzi Malraux doda: wiem, że samotność nam nie zagraża, dopóki w przechodniu nad Gangesem rozpoznawać będę mojego starszego brata. P.Z. Witold Zalewski, Zwiadowcy światła, Czytelnik 1999.
Książki nadesłane
|
|
|