Granice przyzwoitości
Poprzedni

 

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

Mimo wielości zła, wciąż się dziwię, ale też wciąż wierzę, że jest go dużo mniej niż dobra. Wierzę w człowieka i dlatego mam jeszcze zdolność zdumiewania się złem. Ze zdumieniem dowiedziałem się zatem, że jeden z profesorów szacownej skądinąd uczelni utrzymuje się pośrednio z dochodów burdelu. Prawdę mówiąc, tyleż to oburzające z punktu widzenia moralności indywidualnej, co i społecznej. W gruncie rzeczy i tak wielu naszych ludzi nauki sprzedaje się – w dodatku mniej widowiskowo i za małe pieniądze – różnym mało interesującym instytucjom, a czyni to tylko ze względu na własną mizerię finansową. Mogę wskazać nie tylko młodych pracowników nauki, którzy bezwstydnie kupczą swymi umiejętnościami, pisząc za pieniądze prace magisterskie, a nawet doktorskie. Nie uczynię tego jednak, przynajmniej na razie, choćby przez wzgląd na fakt, iż praktyk takich w zasadzie dowieść się dziś nie da, a wtedy piętnującego czeka bez wątpienia przykry proces o zniesławienie, który w dodatku zakończy się dlań dotkliwym wyrokiem finansowym.

Wszystkie te kwestie związane z etycznym wymiarem nauki grzęzną w instytucjonalnej niemożności, wspieranej opacznie pojmowaną solidarnością środowiskową, nakazującą „prać brudy we własnym domu” i „nie kalać własnego gniazda”. W efekcie brudy pozostają nie wyprane, a nad całością imprezy zwanej nauką polską unosi się zapaszek nie zawsze przyjemny. Lecz nic to, w końcu z pewnością dobra jest więcej niż zła, choć oczywiście owo dobro jest mniej widowiskowe.

Te, skądinąd nieprzyjemne, sprawy są niczym wobec tego, co dzieje się w nauce na świecie. W dodatku nie chodzi o jakiś margines, lecz o samo centrum. I nie dziwi mnie larum podniesione przez czujnego jak zawsze Stanisława Lema, który na łamach „Tygodnika Powszechnego” (nr 8/2000) ostrzega przed nowymi praktykami w sferze patentowania wynalazków, pisząc, że „ostatnio brytyjski urząd patentowy udzielił doktorowi Wilmutowi z Roslyn Institute – to jest ten Wilmut od owcy Dolly – patentu na jego metodę klonowania oraz na wszystkie istoty, które zostaną do tego klonowania użyte. Patenty te zostały niezwłocznie przejęte jako licencja przez korporację Geron, wielką kompanię z siedzibą w Kalifornii, zajmującą się biotechnologią”. Kompania ta znajduje się poza obszarem jurysdykcji brytyjskiej, zatem, nawet jeśli w Wielkiej Brytanii podstawy prawne patentu zostaną podane w wątpliwość, nie będzie to już obejmować USA, gdzie działa Geron. „Kompania Geron” – pisze dalej Lem – „oświadczyła wprawdzie, że nie leży w jej intencjach i nie jest jej zamiarem wyklonowanie pełnych istot, chce tylko używać embrionów klonowych jako materiału do badań. Intencji jednak nie można egzekwować, więc taka deklaracja niewiele znaczy”.

Znaczy ona niewiele zwłaszcza jeśli chodzi o klonowanie istot nazywanych ludzkimi. Ważne jest natomiast co innego: „Kompania Geron uzyskała prawo do posiadania ludzkich embrionów – i jest to kolejny etap długiego procesu. Tzw. kompanie genomiczne są bowiem zaangażowane w gwałtowną walkę, ażeby zdefiniować, określić i ogarnąć patentami wszelkiego rodzaju geny, zarówno ludzkie, jak i zwierzęce, które będą stanowić niezbędny surowiec w nadchodzącym stuleciu biotechnologii. (...) Obecnie dochodzimy do klonowania ludzkich embrionów – i wszystko to miałoby być własnością prywatną, której nabywca upoważniony jest do eksploatacji?”. Pytanie, trzeba przyznać, ma niezwykły ładunek dramatyzmu, a dotyczy kwestii tak doniosłej, jak prawa człowieka. Nic więc dziwnego, że swój artykuł kończy Lem mało budującym obrazkiem: „A to, obawiam się, tylko prolog: jakie bitwy będą się w przyszłości na tym polu toczyć i do czego ostatecznie dojdziemy – przewidzieć się nie da. Moje figlarne opowieści sprzed czterdziestu lat o korze mózgowej, którą tapetuje się ściany, zaczynają przybierać kształt budzącej grozę rzeczywistości”.

Wierzę Lemowi niemal bez zastrzeżeń – wielokrotnie dowiódł on swych kasandrycznych zdolności, nie ma zatem powodu, by i tym razem nie dotknął jądra kształtującego się problemu. A wydaje się, że jego istotnym dopełnieniem jest zagadnienie podnoszone przeze mnie w poprzednim felietonie – rozproszenie i zatomizowanie wiedzy ludzkiej. Właśnie temu zapewne zawdzięczamy fakt, że urząd patentowy uznał metodę doktora Wilmuta za „wynalazek”. Równie dobrze za „wynalazek” można by uznać dzieło Stworzenia i szkoda zaiste, że nie ma odpowiedniego przedstawiciela Stwórcy, który by zdołał jego „wynalazki” zabezpieczyć patentami przed ludzką manipulacją. Rzecz w tym, iż dla urzędników, czyli osłów patentowych, było obojętne, co mianowicie patentem obejmują. Nie zdawali sobie po prostu sprawy z wymiaru – prawnego i etycznego, lecz także poznawczego i zgoła technicznego – zgłoszonego „wynalazku”.

Nie jestem strachliwy. Nawet biorąc pod uwagę wzrastające tempo rozwoju nauki i wydłużającą się żywotność ludzi mam prawo założyć, że szczęście „nowego wspaniałego świata” mnie nie dopadnie. I dobrze. Pozostali niech powtarzają za Szymborską: „Wierzę w wielkie odkrycie./ Wierzę w człowieka, który dokona odkrycia./ Wierzę w przestrach człowieka, który dokona odkrycia.// (...) Wierzę w nieprzyłożoną rękę,/ wierzę w złamaną karierę,/ wierzę w zaprzepaszczoną pracę wielu lat./ Wierzę w sekret zabrany do grobu.// (...) Moja wiara jest silna, ślepa i bez podstaw”.

Uwagi.