Dietlowie
Poprzedni Następny

 

Znajomość historii i pamięć potrzebne są po to, 
aby cnoty oraz umiejętności rozwijały się w harmonii.

Magdalena Bajer

Pośród polskich „uczonych rodów” wiele nosi cudzoziemskie nazwiska. Wiem już, że ich przedstawiciele nie potrzebują ekstraordynaryjnych poświadczeń ani patriotyzmu, ani ofiarności w cywilnej, obywatelskiej służbie Ojczyźnie, wybranej kiedyś przez przodków. Tak jest i z Dietlami. Prof. Jerzy Dietl, mieszkający dzisiaj w Konstantynowie pod Łodzią, przechowuje książkę swego protoplasty Georga, pisaną gotykiem po niemiecku w początkach XVIII w. Nieco wcześniej rodzina przybyła do Galicji, a jej liczni członkowie pełnili funkcje ekonomów w dobrach, głównie Lubomirskich i Sanguszków, ale i w miejscowej administracji.

Wielki lekarz Krakowa

Najsławniejszy z Dietlów, Józef – jego imię nosi część Plantów – był wnukiem austriackiego oficera. Studiował w Wiedniu i tam rozpoczął pracę naukową, by zostać profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie współtworzył Wydział Lekarski. Rozpoczynając pierwszy wykład, powiedział do studentów: – Wy mnie nauczycie języka polskiego, a ja was nauczę medycyny. Jako balneolog zasłużył się wielce rozwojowi Krynicy, Szczawnicy, Rabki. Zgodnie z zapotrzebowaniem swoich czasów angażował się w życie publiczne, a wedle nakazów własnego patriotycznego ducha także politycznie, zasiadając w Izbie Panów parlamentu austriackiego jako reprezentant Galicji. Wiele lat był prezydentem miasta Krakowa, co przede wszystkim upamiętnia pomnik dłuta Ksawerego Dunikowskiego postawiony niedługo przed wojną.

Przede wszystkim jednak był Józef Dietl znakomitym lekarzem oraz nauczycielem i wychowawcą pokoleń lekarzy, uosabiającym zalety umysłu oraz cnoty składające się na to, co czasem nazywamy lekarskim powołaniem. Kolega w profesurze, choć specjalista innej dziedziny, wieloletni rektor UJ, Stanisław hrabia Tarnowski, zapisał to w szkicu o Matejce, którego fragment poświęcił portretowi Józefa Dietla pędzla właśnie Jana Matejki. Podobny tak, że w niczym od żywego nie inny i ma ten wzrok przenikliwy, ten genialny błysk w oczach, który pamięta każdy, kto widział Dietla przy chorych i wie, jak z Dietlem razem wstępowała do pokoju chorych nadzieja. Warto też wiedzieć, że autor portretu był w 1860 roku pacjentem swego modela i bardzo się z nim zaprzyjaźnił. Wizerunek uchodzi za najlepszy z istniejących, a znajduje się dzisiaj w Muzeum Uniwersyteckim Collegium Maius.

Wielkopolska bardziej

Bardzo wiele rozmaitych wątków znajdujemy w tradycji polskiej rodziny Dietlów. Wątek uczony kontynuuje stryjeczny wnuk wielkiego lekarza z Krakowa, wymieniony już prof. Jerzy Dietl, a także jego syn, prof. Tomasz Dietl – każdy w innej specjalności.

Ojciec i dziadek moich rozmówców studiował prawo w Uniwersytecie Jagiellońskim, gdyż taka była powinność synów rodzin ziemiańskich oraz inteligenckich. W Galicji, cieszącej się względną autonomią, wykształceni Polacy obejmowali stanowiska w austriackiej administracji. Pełnił więc w różnych miejscowościach funkcję starosty, dopóki nie ściągnął go do Wielkopolski minister byłej tzw. Dzielnicy Pruskiej, Stanisław Janta-Połczyński, który okazał się wujem po kądzieli. Bronisław Dietl został prezydentem miasta Torunia, gdzie zdołał w znacznym stopniu spolszczyć ten urząd, po czym był starostą w Inowrocławiu. Po przewrocie majowym zajął się głównie pracą społeczną – w Akcji Katolickiej, w Polskim Czerwonym Krzyżu, którego prezesem był w Poznaniu, dokąd „kujawscy Dietlowie” przenieśli się przed wojną. Późniejszy prof. Jerzy urodził się w Inowrocławiu i wychował w tradycjach bardziej wielkopolskich niż galicyjskich, choć te drugie nie zostały w rodzinie zapomniane. Niemało Dietlów pozostało w Galicji na pokolenia, a na Kujawach, gdzie rozrodziła się, przybywszy z Prus, rodzina matki pana profesora, z domu Znanieckiej, bliskimi sąsiadami byli: Jan Kasprowicz, Ludomir Różycki, Stanisław Przybyszewski. Ciotka, de domo Bieńkowska (stąd koligacja z krakowskim profesorem Piotrem Bieńkowskim), po studiach malarskich w Monachium i Dreźnie, z których wyniosła przyjaźń z Dagny Juel, pierwszą żoną Przybyszewskiego, „wprowadzała bardzo artystyczną atmosferę”.

Gospodarze owych kujawsko-wielkopolskich włości reprezentowali raczej tamtejszą racjonalność i skrzętność, co mój rozmówca ujął lapidarnie stwierdzając, iż „bardziej dbano o konie fornalskie niż o wierzchowce”.

Poznań z wujem Florianem

Urodzony w roku 1927 prof. Jerzy Dietl, wychowywał się w Poznaniu, gdzie ogród rodzicielskiego domu sąsiadował z ogrodem Znanieckich i bliska zażyłość łączyła rodziców Jerzego z dość dalekim krewnym, zwanym wszakże wujem, ojcem polskiej i jednym ze współtwórców światowej socjologii – Florianem. Córka profesora Znanieckiego, znana w Ameryce socjolog, Helena Lopata, wychowywała się razem z przyszłym profesorem ekonomii. Młody człowiek spędzał zimowe ferie z Jaworniku koło Wisły, gdzie Znanieccy mieli dom ucząc wuja gry w brydża i jazdy na nartach, z miernym, jak wspomina, powodzeniem. O wiele skuteczniejsze były nauki i pouczenia udzielane Jerzemu przez Floriana Znanieckiego. Wobec młodzieńczego zacietrzewienia w opinii np. o wyższości książek Curwooda nad książkami Londona, profesor przedstawił wywód o autorytetach, mówiąc, że jeśli ludzie bardziej światli coś sądzą, to należałoby się zastanowić dlaczego oraz wziąć pod uwagę to, że są wyrazicielami grupy społecznej, która jest grupą wiodącą intelektualnie. Pamiętając o tym, trzeba się następnie dopasowywać do opinii takiej grupy. Jerzy Dietl wziął to sobie do serca, a że w domu Znanieckich spotykał wielu ludzi z ówczesnej elity intelektualnej – Józefa Chałasińskiego, Jana Szczepańskiego, Czesława Znamierowskiego, młodziutką asystentkę, Antoninę Kłoskowską, dzisiaj profesora w Warszawie – sam poszedł drogą prowadzącą do owego intelektualnego i duchowego przywództwa, jakie ciągle jeszcze jest w Polsce udziałem inteligencji.

Odporność

W szeroko skoligaconej rodzinie Dietlów dzieci wychowywano nader skromnie. Profesor uważa dzisiaj, że jego samego aż nadto, po czym pozostały mu długo np. obawy przed publicznym występowaniem, co po wielu latach miało się zdarzać często.

Wielka była w domu atencja dla wiedzy i wykształcenia, oczywista powinność kończenia studiów, upragniona przez rodziców kariera naukowa.

Jerzy znalazł się podczas okupacji w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie przyszło mu w wieku 13 lat zarabiać na życie, najpierw handlem domokrążnym, co nazywa swoją młodzieńczą „prywatną inicjatywą”. Uczył się jednocześnie na tajnych kompletach – jako żołnierz Armii Krajowej – od dowódców, częstokroć przedwojennych nauczycieli.

Wojenny, niezmiernie intensywny, okres duchowej i umysłowej formacji uodpornił młodego człowieka ostatecznie na oferty ideologiczne, jakie się pojawiły z nową władzą, w nowej politycznej sytuacji, jakkolwiek uczony większą wagę skłonny jest przypisywać środowisku poznańskiemu, zwłaszcza uniwersyteckiemu. Pytałam o to wyraźnie, gdyż Jerzy Dietl poszedł po wojnie na studia ekonomiczne, poddane szczególnie silnej presji marksizmu: – W naszym środowisku ta opcja (przynależność do partii – M.B.) nie wchodziła w rachubę. Studiował u przedwojennych profesorów, którzy bronili więzionych za strajki studentów. W więzieniu poznał prawie wszystkich późniejszych przyjaciół – grono młodych ludzi ożywionych patriotyzmem i rozdyskutowanych na wszelkie ważne tematy.

Po studiach, ukończonych w roku 1950, i rychłym doktoracie oraz habilitacji uzyskanej w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, długo czekał na profesurę, co było represją władz za postawę w marcu 1968 roku. Otrzymał ją w roku 1971, sporo lat później został profesorem zwyczajnym. Przeniósłszy się z Poznania do Łodzi, zorganizował w tamtejszym uniwersytecie Katedrę Marketingu. Wykładał w wielu krajach całego świata. Dorobek profesora liczy 450 prac, w tym 30 książek.

Do dziedzictwa Dietlów należy aktywność w życiu publicznym. Prof. Jerzy, członek „Solidarności” od 1980 r. (w stanie wojennym zabroniono mu wykładać), uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, a po wyborach roku 1989 został senatorem Rzeczypospolitej, angażując się w prace kilku komisji, z racji czego wyjeżdżał często na międzynarodowe konferencje i negocjacje.

Analogie

Córka profesora Anna jest psychologiem, syn Tomasz, który uczestniczył w naszym spotkaniu, jest profesorem fizyki.

Urodzony w roku 1950 dorastał w czasach, kiedy oboje rodzice pochłonięci byli pracą i działalnością społeczną, nie mogąc poświęcać dzieciom tyle czasu, ile on sam może poświęcać swoim. – W domu były ustalone standardy. Wiadomo było, co to znaczy być przyzwoitym i że praca naukowa to nie jest zawód, ale... styl życia, wymagający poświęcenia np. pewnej części obowiązków rodzinnych, a także ciągłego odnoszenia własnych badań i własnych wyników do poziomu światowego. Ważną rolą rodziców była troska o środowisko dzieci. Wśród kolegów Tomasza Dietla z poznańskiego liceum im. Karola Marcinkowskiego, jest ośmiu profesorów.

On sam, ukończywszy studia w Uniwersytecie Warszawskim w roku 1973, uzyskał tytuł profesora w roku 1990, osiem lat później został członkiem korespondentem PAN (będąc już profesorem zwyczajnym). Wiele razy wyjeżdżał za granicę, najpierw jako stypendysta, później profesor-wykładowca. Podobnie jak ojciec uczestniczy w pracy rad naukowych kilku instytutów oraz kolegiów redakcyjnych czasopism naukowych. Liczba publikacji Tomasza Dietla przekracza dwie setki, a są wśród nich artykuły przeglądowe, rozdziały w monografiach, wiele prac ogłaszanych w głównych czasopismach światowych.

Osobno trzeba, jak myślę, wymienić dwa, spośród daleko nie wszystkich osiągnięć: 13 publikacji popularnonaukowych oraz udział w tworzeniu Szkoły Nauk Ścisłych, wyższej uczelni niepaństwowej (pierwszej w tej dziedzinie), powołanej do życia przez środowisko Instytutu Fizyki PAN. Prof. Dietl był prorektorem pierwszej kadencji, podejmując we właściwy obecnym czasom sposób społecznikowski wątek rodzinnej tradycji.

Ojciec-profesor odradzał mu studiowanie nauk społecznych, co zresztą wielkiego wysiłku nie wymagało. Dzisiaj do humanistyki zachęca wnuki.

W rodzinie Dietlów trwa tradycja otwartego katolicyzmu. Obaj panowie wspominali dyskusje toczone w gronie dwupokoleniowym o filozofii Maritainea, Gillsona, przyglądanie się marksizmowi z perspektywy tomizmu. Profesor Dietl–senior zauważa, że zawsze była to perspektywa znacznego oddalenia – w jego środowisku nikt nie doznał „heglowskiego ukąszenia”. Wnuki, dzieci Tomasza, wychowują się w kręgu KIK-u, gdzie teraz kładzie się nacisk na wspieranie podstawowych cnót – takich jak uczciwość, altruizm, chęć służenia ludziom i sprawom – niezbędnymi nowoczesnymi umiejętnościami.

Koło historii

Macierzysty dziadek Tomasza Dietla, Stanisław Roztworowski, po doktoracie z chemii uzyskanym we Fryburgu wrócił na Uniwersytet Jagielloński w roku 1915, ale wtedy pierwszą powinnością młodych inteligentów było służyć Ojczyźnie pracą polityczną albo szablą. Zdecydował się na to drugie, biorąc udział w powstaniach śląskich. Podczas wojny był generałem AK; ma ulicę swego imienia w Warszawie. Kiedy dorastał jego wnuk, najlepszą formą patriotycznej służby była praca naukowa i kształcenie młodych. Potem znów obróciło się koło historii porywając zapał najświatlejszych spośród tych, co znaleźli pożyteczny azyl w laboratoriach i bibliotekach.
Zgodziliśmy się, że znajomość historii i pamięć potrzebne są po to, aby cnoty oraz umiejętności rozwijały się w harmonii.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I Polskiego Radia SA w październiku 1998 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. 

Uwagi.