Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 6/2001

Mycielscy
Poprzedni Następny

Rody uczone (56)

Osiągnięcia naukowe i kariery akademickie nie były dla nich powodem 
rozstania się z tradycjami światłej części warstwy ziemiańskiej.

Magdalena Bajer

Jerzy Mycielski

zaczęło się w połowie XIX wieku, od Jerzego Mycielskiego, który był profesorem historii sztuki, wielkim oryginałem opisanym przez Boya w Słówkach, a spokrewnionym, przez matkę, z innym tychże bohaterem: Stanisławem Tarnowskim. W domu dwukrotnego rektora UJ na Szlaku przebywał często i długo Jerzy, nasiąkając atmosferą wszechstronnych zainteresowań i ciekawości ogarniającej całe pole humanistyki. Później miał wprowadzić do języka naukowego pojęcie historia kultury, badając wzajemne związki i zależności archeologii, etnografii, prehistorii, filologii.

Jednym z jego bratanków był Andrzej Mycielski senior, profesor prawa, po wojnie we Wrocławiu, skąd go zapamiętałam, a różne szczegóły znajomości naszych rodziców przypomnieli mi zaproszeni do rodzinnej opowieści: prof. Andrzej Mycielski junior, jego siostra prof. Elżbieta Mycielska-Dowgiałło oraz bratanek obojga, syn prof. Jerzego Mycielskiego, zmarłego w 1984 r., Maciej, z pewnością też przyszły profesor, jako że pracuje w Uniwersytecie Warszawskim.

ROZMOWY O WSZYSTKIM

Przyszły ojciec trójki profesorów studiował prawo w Krakowie, a historię sztuki i sztukę samą poznawał pod kierunkiem stryja Jerzego, z którym odbył kilka zagranicznych podróży.

Wybitny humanista miał jeszcze innych bratanków: Zygmunta – znanego kompozytora i muzykologa, Jana – malarza i doktora praw, Kazimierza – dyplomatę.

Z Andrzejem łączyła go przyjaźń szczególnie serdeczna, toteż Andrzej junior uważa, że atmosfera jego rodzinnego domu była sukcesją po stryjecznym dziadku. Najkrócej określają ją moi rozmówcy złożonym przymiotnikiem: akademicko-intelektualna. – Powolne rozważanie, czasami wielogodzinne, czasami irytujące dla otoczenia, spekulacje, często nie prowadzące do niczego, ale ćwiczące młodych ludzi w wysiłku umysłowym i zaszczepiające przekonanie, że to może trwać przez długą część dnia. Maciej, przedstawiciel młodego pokolenia, także rósł w takim domu, gdzie rozważania na „tematy abstrakcyjne” były codziennością i uważa to za wielki przywilej swego dzieciństwa oraz oręż przeciwko frustracjom wieku młodzieńczego, jakie dotknęły wielu jego kolegów w epoce gierkowskiej, kiedy okazywało się boleśnie, że różne wmawiane wzory i sukcesy są złudą. – Dzieci profesorów tego nie doznały, dlatego że nauczone były innych, autentycznych miar wartości różnych rzeczy. A uczyły się tego w domu, w tych właśnie nieustannych rozmowach, do niczego, zdawałoby się, nie prowadzących. Było w nich może coś z „próżniactwa” warstwy ziemiańskiej, jakiś luksus wynikający stąd, że nie trzeba się było troszczyć o kawałek chleba, ale też w tej sferze duchowo-intelektualnej tkwiła odporność na pokusy doczesne i doraźne pożądania. Nie rozmawiało się o pieniądzach, o formalnych awansach, o przypadkowych zaszczytach.

Za wartość wyniesioną z domu uważają zgodnie – pani prof. Elżbieta i jej brat – kontakt z innymi ludźmi oraz umiejętność słuchania, konieczną w każdej prawdziwej wymianie myśli. „Zaangażowane słuchanie” cechowało wszystkich członków rodziny. Najdalej od doktrynerstwa, najdalej od forsowania swoich racji prowadzono dialog w niezmiernie ważnej dla Mycielskich kwestii wiary. Andrzej Mycielski senior miał do końca życia wiele wątpliwości i pytań, które ani taił ani dydaktycznie rozstrzygał wobec dzieci. Do ostatnich dni dzielił się nimi, przy czym nigdy nie trzeba było żadnej kwestii zaczynać od pieca – podkreśla córka Elżbieta – gdyż najważniejsze pytania były w umysłach i sercach stale obecne.

Ona sama mniej w tym wszystkim uczestniczyła dzieląc z matką trudy prowadzenia domu. Kiedy prof. Mycielskiego wyrzucono z Uniwersytetu Wrocławskiego pod zarzutem sprzyjania Mikołajczykowi (absurdalnym, gdyż z tradycji oraz przekonań był konserwatystą) i rodzina zamieszkała w Magdalence pod Warszawą, pani Elżbieta wracając kiedyś z zakupami zauważyła na śmietniku, w obejściu, metrowej wysokości „babę” spalonego makaronu, który pozostawieni samym sobie panowie ugotowali w kotle od bielizny, niedokładnie umytym, ich samych zaś tak pogrążonych w dyskusji (może o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga), że nie zauważyli jej nadejścia.

Dzisiaj pani prof. Elżbieta dodaje, że w takim zapamiętaniu intelektualnym nigdy nie było obojętności na ludzką dolę. Sędziwy profesor orientował się w życiu rodzinnym sekretarek i woźnych, współczuł z powodu chorób ich dzieci, cieszył się postępami w nauce. Taki model domu powieliły wszystkie dzieci, co przyświadcza Maciej, określając jako coś w pół drogi między stylem ziemiańskim, bezinteresownej rozmowy salonowej a debatą uniwersytecką. Prof. Jerzy Mycielski – młody wybitny fizyk, bardzo się interesował historią, co Maciej uważa za jedno ze źródeł własnego wyboru. Brały się stąd często tematy rodzinnych debat, tak autentycznie a najnaturalniej rozszerzających horyzonty. Jego stryj, również fizyk, młodszy o kilka lat, przemierzył we wszystkich kierunkach lasy w Magdalence, dyskutując ze swoim ojcem prawnikiem, zamiłowanym w sztuce, o granicach komputeryzacji; a działo się to na początku ery komputerów. Powracającym wątkiem była ocena secesji. Rozprawiano o zagadnieniach lingwistycznych. właściwie trudno by znaleźć, pośród zagadnień współcześnie istotnych, takie, które nie zaprzątałoby umysłów w rodzinie Mycielskich.

PORWAŁ NAS PRĄD

Wszystkie owe dysputy, spory i dzielenie się pytaniami towarzyszyły wytężonej pracy naukowej i dydaktycznej Andrzeja Mycielskiego seniora, najpierw w Wilnie (przedtem było paryskie stypendium Funduszu Kultury Narodowej w r. 1934), w tajnym nauczaniu podczas wojny i we współpracy z konspiracyjną prasą, potem w dalszym ciągu profesury we Wrocławiu. Zawsze też zajmował się popularyzowaniem prawa.

Marzył, żeby córka Elżbieta poszła w jego ślady, ona jednak interesowała się geografią i, może bardziej jeszcze, geologią. Od wielu lat uprawia obie te dyscypliny, a raczej prowadzi badania na ich pograniczu – po studiach geograficznych. Kiedy wybierała studia, w dalszych kręgach ziemiańskiej rodziny uważano to za fanaberię, jednakże młodzieńczym pasjom przeszkód nie stawiano. Prof. Andrzej dopowiada, że w czasach, kiedy oni troje wybierali drogę akademicką, alternatywą była „danina służalczości”, warunkująca spełnianie ambicji w każdej innej dziedzinie życia społecznego. – Myśmy byli, w gruncie rzeczy, paniska. Mogli nam nie dać paszportu, ale żeby nam ktoś wyznaczał, że mamy robić pracę taką lub inną, to nie wchodziło w grę. Mowa o pracy w naukach ścisłych, bo w humanistyce dopiero następne pokolenie zaznaje swobody. Maciej, przygotowujący się do habilitacji, obserwował ojca wiedząc, że jego kolejne osiągnięcia od niego samego zależą, że zewnętrzne ograniczenia nie dotykają samego sedna pracy badawczej, stanowiąc tylko jej, czasem uciążliwe, okoliczności. Przypomniałam sobie, słuchając tego, moją rozmowę z prof. Jerzym Mycielskim (którą skonfiskowała cenzura w latach 80.) o granicach kompromisów koniecznych w życiu.

Od ojca fizyka syn historyk przejął podstawową kwalifikację badacza, tj. „chwyt buldoga” – umiejętność rozgryzienia problemu do końca, a także skłonność do konstruowania modeli, która nie jest bynajmniej właściwa jedynie fizykom i matematykom. W rodzinie jest zresztą również wybitny matematyk, prof. Jan Mycielski, pracujący w Ameryce (niegdyś razem ze Stanisławem Ulamem).

Andrzej Mycielski junior uważa, że najstarszy brat Jerzy był „intelektualistą od urodzenia”, on i jego siostra są nimi „z przysposobienia”: – Nas porwał prąd. W tym prądzie dobrześmy się umieli znaleźć i dobrze nam szło, to inna sprawa. Oboje „porwani prądem” mają duży dorobek naukowy. Pani Elżbieta pracuje w UW, wiele czasu spędzając na wyprawach badawczych, głównie do Afryki, gdzie zajmuje się procesami pustynnienia, ostatnio w krajach Maghrebu. Pan Andrzej w Instytucie Fizyki PAN prowadzi badania podstawowe. Kilka prac opublikował wspólnie ze starszym bratem.

Nie jest wszakże tak, by w uczonej, dość już długiej a bardzo bogatej tradycji, dominowali przyrodnicy, jak się wspólnie pragną określać. Pani profesor szybko wylicza, od stryjecznego dziadka, historyka sztuki, poczynając: muzykolog, dwaj prawnicy, dwaj fizycy, matematyk, biolog (Roman Mycielski), geograf, historyk – prawie tyle samo humanistów. Trzeba jeszcze dodać, że brat Macieja jest architektem, ale i pisuje o architekturze, co pewnie „skończy się przynajmniej doktoratem”. Trzeci z synów Jerzego, fizyk, zajmuje się ekonometrią.

UŻYTECZNOŚĆ

Prof. Andrzej wiele lat z rzędu jeździł do Paryża współpracując z wybitną badaczką w jego dziedzinie, która wybierając się na emeryturę powiedziała, że chce zrobić przedtem „coś pożytecznego”. I „wydoktoryzowała” młodego człowieka z warszawskiego Instytutu Fizyki PAN. Mój rozmówca zapamiętał to sobie i bierze przykład wychowując młodych w poczuciu ważności badań naukowych, karier akademickich, nieustannego treningu umysłowego, jakie kształtowały jego rodzinę od połowy XIX w. Udział w dydaktyce ma ograniczony, ale wkłada w nią wiele serca. Pani Elżbieta to samo wyniosła z domu i przeżywszy dwuipółletni czas ascezy, kiedy pisząc pracę habilitacyjną i wychowując dzieci nie była ani razu w teatrze lub kinie, zebrała duży dorobek własny, ale zalicza doń na równi wykształcenie grupy doktorów w kieleckiej WSP, którzy dzisiaj prowadzą instytut przekazując dalej i „budując znacznie szerzej” na tych wartościach, które im zaszczepiła. Pani profesor ma szczególne okazje do tego, przebywając z wychowankami na co dzień podczas wypraw naukowych. Żyjąc pod namiotami na islandzkim lodowcu albo na marokańskiej Saharze daje się świadectwo własnej postawy, nie zawsze zauważalne od razu, a trwale zapadające w duszę.

Szerszy krąg to działalność w grupach duszpasterskich związanych z Laskami i Klubem Inteligencji Katolickiej, przede wszystkim spotkania małżeńskie, które ze swoim mężem zainicjowała i prowadziła także w Kijowie: – Jest to oddawanie długu zaciągniętego gdzieś tam u naszych przodków, dalszych i bliższych.

Maciej Mycielski powiada: – Cokolwiek się stanie z misją inteligencji, z jej etosem – uniwersytet będzie uczył. a uczenie jest przekazywaniem wartości. To ogromna satysfakcja, jak się ma tych dwudziestoletnich studentów i widzi, jak budzą się intelektualnie – w ciągu jednego semestru! Jest to też ogromna odpowiedzialność, czasem aż przytłaczająca, kiedy człowiek sobie uświadomi, ile mógłby zrobić, a nie zawsze potrafi czy może zrobić.

Stryj młodego historyka dopowiada na koniec jeszcze jedną ważną cnotę konieczną ludziom oddanym nauce, a mniej efektowną, i taką, która nie bywa tematem długich rozmów. Jest nią rzetelność, bez której badań uprawiać się nie da, która jednak ogromnie dużo znaczy w całym ludzkim życiu. „Chwyt buldoga” niezbędny jest do rozwiązywania wszelkich zadań, jeśli chce się je naprawdę rozwiązać. I tę cnotę upowszechnia wychowanie uniwersyteckie, jeśli wychowawcy rzetelnie je traktują.

Losy rodziny Mycielskich, którzy ze swych podkarpackich „obszarów dominialnych” poszli na Uniwersytet Jagielloński, są właściwie klasycznym modelem (o modelach sporo mówiliśmy podczas spotkania) rodowodu polskiej inteligencji. Osiągnięcia naukowe i kariery akademickie nie były dla nich powodem rozstania się z tradycjami światłej części warstwy ziemiańskiej. Stanowią razem bogaty zasób „tematów nieustających rozmów do niczego nie prowadzących”, z których przecież wynikają wartościowe nastawienia do ludzi i do świata.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Polskim Radiu Bis we wrześniu 1999 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

 

Komentarze