Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 7-8/2001

Między dźwiękami
Poprzedni Następny

Sposób bycia

Zastanawiamy się z żoną, czy naturalną konsekwencją naszych kontaktów 
z Ameryką Południową nie powinno być przeniesienie się tam na stałe.

Piotr Kieraciński

Jego przygoda z górami zaczęła się w dzieciństwie. Urodził się w Szczyrku. – Naturalnym środowiskiem były dla mnie zawsze góry – mówi prof. Zdzisław Jan Ryn. W czasie studiów należał do Studenckiego Koła Przewodników Górskich, potem został ratownikiem GOPR, by w końcu trafić do Klubu Wysokogórskiego. Pierwszą przygodą wysokogórską była wyprawa na Elbrus (5642 m n.p.m.) w Kaukazie. Wtedy po raz pierwszy zetknął się z chorobą górską. Poczynione obserwacje o zachowaniu człowieka na dużych wysokościach za cenne uznał prof. Antoni Kępiński. Dzięki temu doktorat i habilitacja prof. Ryna związane były z funkcjonowaniem ludzkiego mózgu na dużych wysokościach. – Udało mi się szczęśliwie połączyć pasje sportowe, zwłaszcza alpinistyczne, związane z poznawaniem odległych i trudno dostępnych części świata, z medycyną górską – mówi uczony.

RZECZYWISTOŚĆ MAGICZNA

Kolejna przygoda wiązała się z wyprawą w góry Hindukuszu. Nie tylko zebrał nowe materiały do badań naukowych i zaspokoił potrzebę zdobywania szczytów. Wtedy po raz pierwszy poczuł się eksploratorem, odkrywcą nieznanego. – W rejonie Kohe Zebak weszliśmy na szczyt, prawie sześciotysięczny, ale był to szczyt dziewiczy – wspomina. – Po raz pierwszy miałem uczucie, że jako pierwszy człowiek wchodzę na wierzchołek góry. Eksplorację prof. Ryn wymienia na pierwszym miejscu wśród powodów, które pchają go w wysokie góry i inne odludne okolice. Każda z wypraw, w której brał udział zawierała element eksploracyjny. Z każdej wynikało coś odkrywczego, bądź dla medycyny górskiej, bądź dla archeologii wysokogórskiej. – Emocje towarzyszące chwili, gdy jako pierwszy człowiek wchodzę na dotychczas niezdobyte szczyty, w miejsce nieznane lub zapomniane – tak było w przypadku opuszczonego od czasów prekolumbijskich wąwozu Nascimento na pustyni Atacama – są nieporównywalne z niczym innym – mówi prof. Ryn.

Kolejnym bodźcem jest pasja sportowa – nie tylko alpinistyczna. w 60. roku życia odważył się na pierwszy lot na paralotni, od razu w Andach na wulkanach Araukanii. Wysokość jest kolejnym wyzwaniem, które „zmusza” krakowskiego uczonego do wypraw w góry. – Przebywaniu na dużej wysokości towarzyszy rodzaj szczególnego oszołomienia, kiedy ma się wrażenie bycia ponad Ziemią, niemal w kosmicznych wysokościach, gdzie granica między realnością a mistyką ulega zatarciu. Rzeczywistość zmienia się nagle w opisywaną w literaturze latynoamerykańskiej „rzeczywistość magiczną”. Prof. Ryn doświadczył tego wielokrotnie, m.in. podczas samotnej jazdy motocyklem na andyjskim płaskowyżu (Altiplano) u styku granic Boliwii i Chile, na wysokości przekraczającej 4 tys. m n.p.m. – Wielokrotnie miałem poczucie złączenia się ze wszechbytem, z przestrzenią, odczuwałem bliskość Boga. W życiu codziennym takie stany są wytworem fantazji lub specjalnej stymulacji. Na Altiplano są czymś naturalnym, nabierają cech realności. To doświadczenie pojawia się zazwyczaj na styku możliwości fizycznych człowieka. A wraz z wysokością stają się one coraz mniejsze. od ok. 4 tys. metrów zaczynamy odczuwać skutki choroby górskiej, rozmnażanie się na tej wysokości jest dla człowieka z nizin – nawet zaaklimatyzowanego – poważnie utrudnione. od 5 tys. zaczynają się kłopoty z percepcją i funkcjonowaniem organizmu. Powyżej 7,8 tys. m panuje strefa śmierci wysokościowej, w której normalny organizm nie jest w stanie przeżyć.

ZE ŚCIŚNIĘTYM SERCEM

Trzecią wyprawą, przełomową, była ekspedycja w Andy Patagońskie w 1973/74 r. Starannie przygotowane plany współpracy z andynistami chilijskimi pokrzyżował zamach stanu w Chile. Projektowana na cztery miesiące wyprawa przeciągnęła się do ponad roku. Zamiast po chilijskiej stronie, Polacy działali po stronie argentyńskiej. „Wyspiańskim” dopłynęli – dziesięć osób, samochód Star z dziesięcioma tonami sprzętu i żywności, mikrobus i dwa sportowe motocykle – do Peru. Stamtąd przez Boliwię dotarli do Argentyny i dalej, na jej najdalszy skraj – do Patagonii. Aby osiągnąć cel wyprawy – Andy Patagońskie – przejechali Starem 9 tys. kilometrów. Po czterech miesiącach, gdy formalnie wyprawa miała odpływać z powrotem do Polski, stanęli u celu. Setki kilometrów od najbliższej osady ludzkiej, w zupełnej głuszy.

– W Patagonii zamierzaliśmy zdobyć Fisz Boya niemal z marszu, w ciągu dwóch tygodni – wspomina prof. Ryn. – Tymczasem patagońskie huragany uwięziły nas na prawie dwa miesiące bez możliwości działania, walczących o przetrwanie. Cyklony wyrywały i unosiły dwudziestometrowe drzewa, kamienie fruwały jak kartki papieru. – Nikt z nas nie zapomni widoku, jak tafla wody z Laguna Kapri została przez huragan uniesiona w powietrze i rozproszyła się w chmurę deszczu. Wkrótce skończyła się żywność. Tę samą torebkę herbaty zaparzali nawet po dwadzieścia razy. Polowanie na patagońskie owce ułatwiło im przeżycie. Oszałamiający wicher, nieustanne zagrożenie życia, samotność, oddalenie od ludzkich siedzib i brak kontaktu z kimkolwiek z zewnątrz były trudne do zniesienia. W ataku desperacji z szałasu ukrytego w zagłębieniu terenu oddalił się w nieznane jeden z uczestników wyprawy. Na szczęście odnalazł się po kilku miesiącach w cywilizowanej okolicy. Do końca wyprawy z dziesięciu dotrwała ich tylko połowa. – To było niezwykle bogate doświadczenie, najpiękniejsza przygoda mego życia, która obfitowała i w dramatyczne sytuacje i w taką rozpiętość emocji, jakiej nigdy nie dane mi było potem przeżywać – mówi prof. Ryn. – Do tej pory, gdy przelatuję nad Andami Patagońskimi, ze ściśniętym sercem patrzę na te góry.

MAGIA MEDYCZNA

Ta przygoda rozpoczęła niezwykłe związki krakowskiego psychiatry z Ameryką Łacińską. Wyjeżdżając w 1973 r. z Polski nie znał hiszpańskiego. Przez kilka tygodni podróży statkiem z rozmówek hiszpańskich nauczył się podstawowych zwrotów. Doskonalił język w rozmowach z uczonymi w uniwersytetach oraz z indiańskimi tubylcami. Gdy wyjeżdżał po ponadrocznym pobycie na tym kontynencie, swobodnie porozumiewał się w języku hiszpańskim. Od tamtej pory wszystkie ważniejsze wyprawy eksploracyjne i naukowe związane były z Ameryką Łacińską. Odbywał długie staże naukowe w Boliwii i Meksyku – zajmował się wówczas tradycyjną medycyną indiańską. Poświęcił jej książkę Los Andes y la Medicina, wydaną w Boliwii. Na meksykańskim Jukatanie poznawał tajemnice curanderos – indiańskich uzdrawiaczy-magów. Dla kolegów botaników i farmaceutów zbierał lecznicze zioła, wykorzystywane przez tradycyjną medycynę rdzennej ludności Ameryki. Sam interesował się psychicznymi relacjami między curanderos i ich pacjentami. – Magiczna część medycyny indiańskiej polega na wykorzystaniu siły oddziaływania psychoterapeutycznego na człowieka dotkniętego lękiem przed siłami natury – konkluduje lata obserwacji i badań. – Czy nie jest to szarlataneria? – pytam. – Gdyby to była tylko szarlataneria, zostawiłbym to innym specjalistom – odpowiada uczony. – Jako psychiatra widzę w tym mądrość wynikającą z wielowiekowych doświadczeń. Powoli wkradał się w łaski indiańskich magów. Przełamywanie barier szło opornie. – Dopiero, gdy curanderos spostrzegali, że znam niektóre ich tajemnice, że moja wrażliwość emocjonalna funkcjonuje na podobnym poziomie, bariera nieufności pękała. Poznanie medycyny indiańskiej to jeden z głównych motywów jego kontaktów z tubylcami.

WYSŁANNIK Z INNEGO WYMIARU

Najbardziej fascynującą przygodę przeżył w Chile, w krainie niepokonanych Araukanów – jedynego plemienia, które nie uległo naporowi Inków, ani nie poddało się konkwiście hiszpańskiej. Legendarna rzeka Bio Bio stanowi do dzisiaj północną granicę Araukanii, ziemi Mapuchów (Ludzi Ziemi w języku mapudung?n).

W porze deszczowej prof. Ryn jechał w towarzystwie zaprzyjaźnionych antropologów z katolickiego uniwersytetu w Temuco na spotkanie z dwunastoma kacykami Mapuchów. W strugach deszczu terenowy samochód dotarł do Pueblo Rulo. Pod wielkim szałasem, wśród dymu ogniska kłębił się tłum Indian – oprócz zaproszonych kacyków były ich rodziny i zwierzęta. Rozpoczęła się ceremonia powitalna. Szałas wypełnił rytm bębnów i dym rytualnych kadzideł. Pito chichę, strząsając na ziemię krople dla przodków – picie napojów alkoholowych to rytuał pojednania. Polski uczony odpowiedział na ten gest butelką żubrówki, która na nienawykłych do mocnych trunków Mapuchach zrobiła piorunujące wrażenie. W końcu wręczył wodzom egzemplarze hiszpańskiej edycji monografii Araukania i jej mieszkańcy, napisanej w 1845 r. przez Ignacego Domeykę. Towarzyszący prof. Rynowi antropolodzy wytłumaczyli Indianom, że oto przybysz z dalekiego kraju przywiózł im historię ich plemienia sprzed 150 lat. Powstało nagłe zamieszanie. Indianie uznali za coś niezwykłego fakt, że istnieje spisana historia ich ludu – mapudung?n to jeden z nielicznych języków, który nie ma wersji pisanej. Człowieka, który przywiózł im taki podarunek, uznano za wysłannika z innego wymiaru. Kurtuazyjna wizyta polskiego ambasadora przekształciła się niespodziewanie w ceremoniał Mari Mari Peni (Witaj Bracie), podczas którego Zdzisław Ryn został uznany za białego brata Mapuchów. – Byłem tym wszystkim oszołomiony – dym ogniska, rytm bębnów i rytualne recytacje miejscowych machi, sprawiały niezwykłe wrażenie. Potraktowałem to początkowo jako folklor – przyznaje. Okazało się jednak, że była w tej ceremonii niezwykła powaga i siła, która do dziś nakazuje mu utrzymywać z Mapuchami kontakty – wkrótce jeden z nich, za sprawą prof. Ryna, przyjedzie do Krakowa na studia rolnicze.

DRUGA OJCZYZNA

Ulubionym krajem Ameryki Łacińskiej jest Boliwia. Tam przeżył swoje najbardziej fascynujące spotkania. Do dziś właśnie tam można spotkać autentyczną indiańską Amerykę. – Człowiek zatapia się tam w samo życie, w naturę, a kontakty z tubylcami mają tam cechy pierwotnej naturalności, niewinności. Do tego dochodzi niezwykła przyroda – z niebotycznych, pokrytych wiecznym śniegiem Andów w ciągu dwóch dni można zjechać do dyszącej gorącem i wilgocią tropikalnej dżungli amazońskiej.

Podróże po bezdrożach wiążą się nieraz z ryzykiem. Związane jest ono nie tylko z surowością natury. Podczas jednej z wypraw jeepem dookoła jeziora Titicaca trafił ze swoim towarzyszem do niewielkiego puebla, zagubionego na pograniczu peruwiańsko-boliwijskim. – Zostaliśmy niespodziewanie ostrzelani przez jakichś pijanych bandziorów i nocą ze zgaszonymi reflektorami musieliśmy salwować się ucieczką – wspomina. Także wspinaczce towarzyszy ryzyko. Podczas wyprawy na Aconcagua prof. Ryn stoczył się 90 m po lodowcu. Cudem uniknął śmierci. Spośród ok. 80 towarzyszy jego górskich wypraw 35 straciło w górach życie. – Myślę, że w tej chwili inaczej niż przeciętny człowiek podchodzę do sytuacji niebezpiecznych – mówi.

Dziesięć lat swego życia spędził w Ameryce Łacińskiej. Przebył tam kilkaset tysięcy kilometrów, od Meksyku, po Ziemię Ognistą i Antarktydę. – To jest bagaż doświadczeń, który kompensuje pięćdziesiąt lat życia tutaj. Tam jest moja druga ojczyzna, kto wie, czy emocjonalnie nie ważniejsza. Znam ten kontynent lepiej niż Polskę czy Europę. Nieoczekiwanym dla niego samego przypieczętowaniem latynoskich fascynacji była ponadpięcioletnia misja dyplomatyczna w Chile i Boliwii. Nadal co ro ku odwiedza Chile – jako inspirator wypraw w tamte strony: na Atacamę, w Kordylierę Domeyki, do Araukanii lub jako uczestnik kongresów naukowych. Wyprawa „Atacama 2000”, zorganizowana pod patronatem The Explorers Club, otrzymała statuetkę Kolosa w kategorii podróże, przyznawaną za polskie dokonania podróżnicze i eksploracyjne. 

Utrzymuje kontakty naukowe z uniwersytetami i towarzystwami naukowymi. W najbliższym czasie zamierza odwiedzić – kolejny raz – Wyspę Wielkanocną i Wyspę Robinsona Cruzoe. – Zastanawiamy się z żoną, czy naturalną konsekwencją naszych kontaktów z Ameryką Południową nie powinno być przeniesienie się tam na stałe.

Prof. Zdzisław Jan Ryn jest psychiatrą, pracuje w Katedrze Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1991-96 był Ambasadorem RP w Chile i Boliwii. Otrzymał najwyższe odznaczenie przyznawane cudzoziemcom – Krzyż Wielki Orderu Zasługi Chile Jest członkiem The Explorers Club. 

 

Komentarze