Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 9/2001

Trzeciakowscy i Kindlerowie
Poprzedni Następny

Rody uczone (58)

Osiągnięcia naukowe i kariery akademickie nie były dla nich powodem 
rozstania się z tradycjami światłej części warstwy ziemiańskiej.

Magdalena Bajer

Janusz Kindler

Kiedy poznałam prof. Witolda Trzeciakowskiego – działacza opozycji demokratycznej, nic nie wiedziałam o jego dalekiej (w czasie i w przestrzeni) genealogii i prawie nic o dramatycznej biografii.

DALEKIE RUBIEŻE

Prof. Witold Trzeciakowski junior, który nosi imię po ojcu i po dziadku Orłowskim, nestorze polskiej interny, oraz prof. Janusz Kindler są kuzynami po kądzieli. Wspólni przodkowie to Oraczewscy, których kresowy majątek został po pierwszej wojnie światowej 18 km za wschodnią granicą Rzeczpospolitej.

Prof. Kindler odnalazł to miejsce podczas służbowej podróży gdy jako ekspert Banku Światowego od spraw wody pojechał na Białoruś. Kiedy indziej odwiedził znacznie dalsze „miejsce rodzinne” – Rostów nad Donem, gdzie przy ul. Sądowej 53 mieszkali jego dziadkowie, należąc do licznej w XIX wieku kolonii polskiej, która utrzymywała tam filię Uniwersytetu Warszawskiego.

Wspólna cioteczna babka obu moich rozmówców, Alina z Trzeciakowskich wyszła za mąż za Witolda Orłowskiego, wspomnianego wielkiego lekarza, który jest w rodzinnej tradycji postacią wzorową i uosabia jej uczony wątek. Wnuk, prof. Witold Andrzej Trzeciakowski, najstarszy z trzech braci, czuje mocno odpowiedzialność z tego płynącą, a że i po matce, Annie z Przedpełskich, znanej tłumaczce, dziedziczy wartości intelektualne, jest ona tym większa. – Mama nigdy nie chciała tłumaczyć rzeczy łatwych, a wysoko opłacanych. ojciec, choć uprawiał naukę bardzo upolitycznioną, ekonomię, zawsze był człowiekiem niezależnym. Kiedy w szkole trzeba było wygłosić wierszyk o socjalizmie, rodzice uznali, że to niemożliwe i alternatywą okazało się... napisanie (przy pomocy mamy) własnego tekstu.

Świadomość rozdźwięku między tym, co oficjalne i tym, co rzeczywiste, towarzyszyła kilku pokoleniom Orłowskich, Przedpełskich, Trzeciakowskich na Zakaukaziu i w Warszawie. Rzeczywiste były powinności sprostowania wzorom, tj. kształcenia się, ale i radości jazdy konnej w Oborach i okolicy, gdzie państwo Trzeciakowscy trzymali kupionego w latach 60. wierzchowca – pomysł pani Ani na ubarwienie szarości tamtego czasu zajęciem przez nią i męża ulubionym w dzieciństwie.

Kindlerowie pochodzą spod Zwickau w pobliżu Lipska i prawdopodobnie na przełomie XVII i XVIII wieków przybyli do Kalisza, gdzie sporo żyło rodzin niemieckiego pochodzenia. Część rodziny rychło przeszła z protestantyzmu na katolicyzm i spolszczyła się – z tej linii pochodzi obecny dziekan Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej, Janusz. Inni Kindlerowie zapoczątkowali w Pabianicach dynastię fabrykantów. Ze starszego pokolenia żyje pani Marychna Kindler, romanistka – tłumaczka, która wiele lat pracowała w PIW.

Dziedzictwo owej linii menedżerskiej odezwało się w biografii ojca profesora, absolwenta SGH, przed wojną i jeszcze podczas okupacji dyrektora zakładów przemysłowych w Ostrowcu Świętokrzyskim, należącego do tzw. „szczupaków”, młodych organizatorów gospodarki w niepodległej Polsce.

Matka była wykształconym w SGGW inżynierem ogrodnikiem. Ona głównie wychowywała dwójkę dzieci – siostra profesora jest elektronikiem, specjalistą od telewizji cyfrowej i wykładowcą w UW. Oboje rodzice działali aktywnie w harcerstwie, ojciec organizował skauting na Łotwie. Janusz wstąpił do ZHP zaraz po wojnie, a po Październiku 1956 organizował, dopóki to było możliwe, drużyny na Mokotowie.

SŁUŻBA

Młodzi Kindlerowie wcześnie stracili ojca – duchową formację zawdzięczają matce, która „niesłychanie umiejętnie rozbudzała ambicje”. Późniejszy profesor zapamiętał na zawsze, że cokolwiek się robi, trzeba to robić najlepiej, jak można. Tak samo wychowano młodego Witolda Trzeciakowskiego – zapamiętał, że jego ojciec, pracując kiedyś na poczcie, przykładał się pilnie do naklejania znaczków.

Prof. Kindler powtarza swoim studentom: – Jeżeli działa się konsekwentnie i porządnie, uczciwie, nie idąc na łatwiznę, prędzej czy później okaże się, że to jest właściwa droga.

Kindlerowie są pochodzenia niemieckiego. Trzeciakowscy zginęli w Powstaniu Warszawskim, tak samo wuj Przedpełski. Ojciec, prof. Witold Trzeciakowski senior, jako ostatni z żołnierzy opuszczał Starówkę osłaniając odwrót. Został ciężko ranny w rękę, co uniemożliwiło mu wymarzoną karierę pianistyczną.

Ofiary poniesione dla Ojczyzny wiążą mocno syna, który emigrację, a nawet dłuższy wyjazd uważałby za zdradę. Profesor w Centrum Badań Wysokociśnieniowych PAN miewał do tego liczne okazje i niemałe pokusy. Najmłodszy jego brat, inżynier – specjalista od energetyki jądrowej, jest wicedyrektorem elektrowni atomowej pod Toronto. Rodzina ciężko przeżyła jego decyzję.

W domu Kindlerów nierzadko używano słowa służba. Służba zatrzymała Janusza w Polsce, choć również miał interesujące propozycje pracy za granicą i choć doświadczył rozmaitych jej dobrodziejstw. Najstarszy z pięciorga jego dzieci Paweł nie dokończywszy studiów zootechnicznych w Polsce uzyskał w Vancouverze magisterium z animal sciences, następnie doktorat z endokrynologii ryb. Stypendium zagraniczne dostała jego żona, absolwentka ASP, na doktoryzowanie się z arts and education. Uczona tradycja przedłuża się więc i różnicuje, uzupełniając o socjologiczne studia ukończone przez najmłodszą Martę, która zdradza skłonności do pracy naukowej. Jest jeszcze wśród rodzeństwa specjalista komputerowy (po chemii uniwersyteckiej) na stanowisku regionalnego przedstawiciela na Europę środkowowschodnią, Rosję oraz kraje bałtyckie wielkiej firmy zachodniej.

WYBORY OGRANICZONE

Pokolenie, którego dorosłe życie przypadło po wojnie, wybierało drogi życiowe wedle wzorów rodzinnych i historycznych, ale pośród ograniczeń. Droga naukowa sprzyjała niezależności, a tę w domach inteligenckich bardzo ceniono.

Janusz Kindler został pracownikiem Politechniki Warszawskiej w wieku 36 lat. Musiał się śpieszyć z uzyskaniem kolejnych stopni akademickich. Powiada, że człowiek parę razy w życiu staje na rozstaju i musi zdecydować, w którą stronę pójdzie. Jemu się udawało decydować dobrze, co ułatwiał bagaż duchowy wyniesiony z domu. Nie rezygnował łatwo z „rzeczy zasadniczych” i to zawsze przynosiło dobre skutki.

Od dzieciństwa interesował się wodą, przegradzając rzeczkę Jeziorkę w majątku wujostwa pod Warszawą – czasem na kilka sekund skutecznie. Na Wydziale Budownictwa Wodnego PW śnił o konstruowaniu zapór w górach, elektrowni wodnych i tym podobnych rzeczy, co nigdy się nie spełniło. Profesor zajmuje się ochroną środowiska i podejmowaniem racjonalnych decyzji w zakresie gospodarki wodnej. Pracował w wielu krajach, nad takimi akwenami, jak jezioro Czad, Morze Aralskie. Również dzisiaj często przebywa za granicą.

Witold Andrzej Trzeciakowski określa swój wybór studiów i dalszej drogi jako „podyktowany realiami”. Dorastał w klimacie podziwu wobec tych osób z rodziny, które poniosły największą ofiarę dla Ojczyzny, i troski o to, by zewnętrzne otoczenie nie zagroziło pielęgnowanym w domu ideałom.
Jego osierocony podczas wojny ojciec zaczął gospodarować w małym majątku nad Jeziorką i prowadził odziedziczoną fabrykę hufnali w Szydłowcu. Menedżerski epizod skończył się wraz z dekretem władzy ludowej o nacjonalizacji – Witold Trzeciakowski senior wylądował na parę miesięcy w więzieniu. Żona żartowała, że wychodząc za zamożnego przedsiębiorcę nie przypuszczała, iż przyjdzie jej mieszkać we wspólnym pokoju warszawskiej kamienicy. Mąż jednak ukończył studia ekonomiczne i w 1956 r. wyjechał na stypendium do Harvardu, gdzie pod kierunkiem późniejszego laureata Nagrody Nobla zgłębiał tajniki modelowania matematycznego procesów ekonomicznych. Po powrocie współpracował w tym zakresie z wybitnym fizykiem, nieżyjącym już Jerzym Mycielskim. Najstarszy syn pamięta, że podczas spotkań obu panów trzeba było w domu chodzić na palcach. Później, gdy młody Witold Andrzej wybrał się na fizykę, ojciec próbował zainteresować go problematyką ekonomiczną, budząc bardzo wcześnie, żeby wspólnie zastanawiać się nad modelami funkcjonowania gospodarki. Trwało to niedługo, później syn zagłębił się w fizyce nie mając już nic wspólnego z ekonomią, ale istnieje osobliwa ciągłość, gdyż został doktorantem prof. Mycielskiego. Dzisiaj spotyka się z jego synem, również Jerzym, w akademickiej korporacji Arkonia. Przypomnieć warto, że z dawną Arkonią mieli bliskie związki Orłowscy i Trzeciakowscy w epoce zaborów.

IŚĆ ZA PASJĄ

W bibliografiach ludzi, którym żyć przyszło pośród przyśpieszonych obrotów historii, trudno rozdzielić wątki osobiste od tych wplecionych w los narodu i państwa. Dlatego przede wszystkim, że sami nie dzielili życia na część publiczną i prywatną, znajdując właśnie w owym splocie i sens, i upodobanie.

Prof. ekonomii Witold Trzeciakowski, któremu udało się wiele zrobić w tej dziedzinie nauki, poza czy ponad jej wyznaczonymi przez ideologię ramami, tuż po skończeniu studiów zaangażował się w działania opozycyjne, choć legalne. Zaraz po Październiku został członkiem Komitetu Pomocy Repatriantom ze Wschodu. Zaraz po sierpniu został doradcą Krajowej Komisji Wykonawczej „Solidarności”. W latach 80. należał do Społecznej Rady Gospodarki Narodowej i Prymasowskiej Rady Społecznej. Negocjował przy Okrągłym Stole. Odrzucił propozycję Mieczysława Rakowskiego objęcia funkcji wicepremiera, ale w rządzie Tadeusza Mazowieckiego kierował resortem współpracy z zagranicą. Następnemu pokoleniu skoligaconych rodzin przypadł w udziale los obywateli kraju wolnego i suwerennego. Nie oznacza to, zdaniem obu moich rozmówców, że ich zadania są mniejsze albo łatwiejsze. Jeśli skupienia nad pracą naukową nie przerywają wezwania do doraźnej służby społecznej, powinno ono rychło przynosić dojrzałe owoce. Wciąż aktualne jest zaszczepiane w ich rodzinnych domach przekonanie, że jeśli się w życiu najpierw rozpoznało własną pasję, a potem za nią poszło – trzeba dać z siebie wszystko. Obaj cenią sobie właściwą pracy badawczej swobodę dysponowania czasem i poszukiwania tematów i obaj utyskują na to, że wciąż przed każdym „masa rzeczy do zrobienia”.

W domach Trzeciakowskich, Przedpełskich, Kindlerów, jak w większości domów inteligenckich, kochano góry. Rodzice Witolda juniora w górach się poznali, a prof. Trzeciakowski senior pierwszy raz zabrał na narty kilkunastoletniego przyszłego prof. Kindlera. Potem wielekroć startowali w zawodach w barwach Ogniwa, zyskując większej i mniejszej miary laury.

Prawdziwe wspinaczki zaczęły się w Górach Skalistych, kiedy Janusz Kindler znalazł się w Kanadzie i został członkiem tamtejszego klubu alpejskiego, a trwają ciągle mimo licznych dziekańskich obowiązków.

W roku 1998, z córką Martą, obeszli dookoła Annapurnę w Himalajach i pokonali przełęcz na wysokości 5,5 tys. metrów. Profesor chciałby tę wspaniałą wyprawę powtórzyć.

Do chodzenia po górach, do wspinaczek i narciarstwa skłania ludzi, jak myślę, najlepsza ambicja sprawdzenia się w autentycznym trudzie. Podobna temu uporowi, jaki każe, w laboratorium czy w bibliotece mozolnie tropić, sprawdzać idee bądź hipotezy naukowe. Może dlatego często idą w parze.
 

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Polskim Radiu BIS w listopadzie 1999 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Komentarze