Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

Skalmierius 1985
Poprzedni Następny

Sposób bycia

Do prof. Skalmierskiego muzycy przynoszą czasami skrzypce, które niegdyś były znakomite, 
ale w pewnym momencie „zamilkły”.

Piotr Kieraciński

Fot. Piotr Kieraciński

Ty grasz na skrzypcach. Weź je – powiedziała teściowa prof. Bogdana Skalmierskiego, wręczając mu stare skrzypce. W rzeczywistości od czasów studenckich nie miał skrzypiec w ręku. Jego własny instrument leżał zakurzony na szafie. Kiedyś grywał amatorsko – jest w tej dziedzinie samoukiem. Podarunek od teściowej zachęcił go do ponownego sięgnięcia po skrzypce. Okazało się, że mimo zewnętrznego podobieństwa, instrumenty brzmią odmiennie. Kolega ze studiów, który amatorsko zajmował się lutnictwem, stwierdził, że za brzmienie skrzypiec w dużej mierze odpowiada lakier. Skalmierski postanowił zedrzeć lakier z jednych skrzypiec. Podczas pracy pękła płyta rezonansowa instrumentu, a jego brzmienie zupełnie się zmieniło. – Wtedy pojawiła się myśl, że zmiana brzmienia skrzypiec ma związek ze zmianą stanu naprężeń w płycie rezonansowej. Intuicja okazała się trafna – wspomina uczony. Takie skojarzenie nie było przypadkowe. Prof. Skalmierski nie zajmował się co prawda akustyką, był jednak mechanikiem. I właśnie w tym momencie zaszczepił się bakcylem poszukiwania tajemnicy Stradivariego.

PODWÓJNE WZMOCNIENIE

Przeglądając literaturę dotyczącą skrzypiec, natknął się na pracę, która porównywała cztery instrumenty: Stradivariego, Storioniego, dobrego lutnika współczesnego oraz skrzypce fabryczne. Okazało się, że formanty (obszary silnych wzmocnień) w instrumencie Stradivariego były położone najwyżej, w okolicach 3-4 kHz. Im gorszy instrument, tym niżej był główny formant instrumentu. Ale na tym nie koniec. Okazuje się, że ucho ludzkie najlepiej słyszy dźwięki o częstotliwości większej niż 3 kHz. – Położenie formantów w najlepszych skrzypcach zgadza się więc z najlepszą słyszalnością przez człowieka. Mamy zatem podwójne wzmocnienie dźwięku: rzeczywiste, wynikające z drgań płyty rezonansowej oraz pozorne, wynikające z własności fizjologicznych ucha ludzkiego – wyjaśnia prof. Skalmierski. Jego poszukiwania trwały. Nie miał szans dotrzeć do prawdziwych stradivariusów, jednak znalazł książkę, w której opisano wiele instrumentów zbudowanych w pracowni słynnego włoskiego lutnika. Okazało się, że skrzypce genialnego Włocha zbudowane były z niespotykanie cienkiego drewna. Płyty rezonansowe jego instrumentów miały ok. 2,4 mm grubości, tymczasem wierzchy współczesnych instrumentów lutniczych mają 3 i więcej mm grubości.

TAJEMNICY NIE WIDAĆ

Skalmierski postawił hipotezę, że tajemnicą Stradivariego było wprowadzanie do skrzypiec wstępnego stanu naprężeń. Lutnicy próbowali zbudować skrzypce grające tak, jak słynne stradivariusy, kopiując dokładnie materiały, kształty i wymiary instrumentów zbudowanych przez słynnego Włocha. Jednak te skrzypce nie brzmiały, jak stradivariusy. – Tajemnicy nigdy nie widać – komentuje te wysiłki Skalmierski, który uważa, że naprężenie płyty rezonansowej było tajemnicą mistrza z Kremony. Jego zdaniem, płytę rezonansową należy na skrzypce naciągnąć, jak skórę na bęben. Ale jak to zrobić? Skalmierski uważa, że stosowana dziś technologia jest zła. Zauważył on, że wygięcie boczków skrzypiec można opisać przy pomocy elastyk Eulera, co by znaczyło, że ich kształt odpowiada „naturalnemu” sposobowi wygięcia drewna. Jednak już od kilkuset lat boczki skrzypiec wyginane są na gorąco. To sprawia, że w pudle nie ma żadnych naprężeń, a płyta rezonansowa przyklejona jest sztywno do boczków instrumentu. Tymczasem należałoby boczki skrzypiec wyginać w warunkach naturalnych na zimno. Wówczas po doklejeniu płyty, byłaby ona przez sprężyste boczki rozciągana, a to równoważyłoby siłę ściskającą, z jaką na płytę oddziałują naprężone struny. Skalmierski sądzi, że w czasach Stradivariego tak właśnie robiono. – Nie darmo Stradivari po kilka razy rozklejał swe instrumenty i kleił je na nowo – zauważa.
– Gdy te pomysły słyszeli lutnicy, śmiali się ze mnie. Niech sam zbuduje takie skrzypce, mówili – wspomina autor niezwykłego pomysłu. – Cóż miałem robić? Zbudowałem skrzypce. Przez cały rok w chwilach wolnych od pracy jeździł do Katowic, gdzie pod okiem Stefana Węgrzyna, zawodowego lutnika, budował skrzypce wg opracowanej przez siebie technologii. Wyciąga jasny instrument w futerału i daje mi do rąk. Wewnątrz naklejona jest etykieta z napisem: Zbudował Bogdan Skalmierski, „Skalmierius”, Katowice 1985.

DLACZEGO MILCZĄ?

Trochę inaczej wygląda jednak technologia Skalmierskiego. Zamiast wyginać boczki na zimno, zrobił je w typowy sposób. Jednak sklejone pudło włożył w specjalną, metalową obręcz z ośmioma ściskami umieszczonymi w odpowiednich punktach. Tymi ściskami unieruchamiał boczki skrzypiec. Na tak naprężone pudło naklejał płytę. Uwolniony ze ścisków instrument rozciągał płytę wierzchnią, przeciwstawiając się naprężeniom, pochodzącym z naciągu strun. Wg metody Skalmierskiego, zbudowano pięć instrumentów, które zostały przekazane Akademii Muzycznej w Warszawie. Do niego samego zawodowi muzycy przynoszą czasami skrzypce, które niegdyś były znakomite, ale w pewnym momencie „zamilkły”. Skalmierski wie, dlaczego. Na płytę „wpełzły” złe naprężenia. Dlatego rozkleja skrzypce i składa je na nowo wg swojej technologii. Taki sposób renowacji nie tylko przywraca, ale czasami nawet poprawia pierwotne brzmienie instrumentów.

Skoro aż tyle wiemy, dlaczego nie udało się zbudować instrumentów, które brzmieniem dorównywałyby stradivariusom? Zdaniem Skalmierskiego, współcześni lutnicy stosują nową technologię, która eliminuje ryzyko porażki. Jednak ich warsztaty przypominają wyposażeniem warsztaty XVIII-wieczne. Tymczasem należałoby wprowadzić do nich komputery z programami, pozwalającymi na indywidualną analizę brzmienia każdego instrumentu i jego odpowiednią korektę.

Prof. Bogdan Skalmierski (ur. 1932) pracuje w Katedrze Mechaniki Stosowanej Politechniki Śląskiej.

Komentarze