Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 11/2002

Ziółkowscy
Poprzedni Następny

Rody uczone (68)

Prof. Marek Ziółkowski, „obciążony” odziedziczoną skłonnością do angażowania się w sprawy publiczne, za nieodzowny atrybut postawy wobec świata i konieczną 
cechę postępowania w życiu uważa umiar.

Magdalena Bajer

Fot. Stefan. Ciechan

W nauce można pójść jednym albo drugim torem. Jeden to jest drążenie w obrębie tej samej dyscypliny. I tu osiąga się rezultaty największe. Ja poszedłem drugą drogą. Mianowicie poszerzając obszar. Wiązało się to z jakimiś cechami osobowości – u mnie z ciekawością intelektualną, z chęcią edukowania się nieustannego (...). Pytanie, czy to dobrze dla nauki, dla tak zwanych osiągnięć, pozostawiam otwarte. Tak mówił podczas swego jubileuszu w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu prof. Janusz Ziółkowski, wybitny socjolog i zasłużony polityk III RP. Nie zdążyłam porozmawiać z profesorem – zmarł wiosną 2000 roku – o jego rodzinnych tradycjach, ale cieszę się z dawnej rozmowy o socjologii i o sprawach ojczystych, opublikowanej w „Tygodniku Powszechnym”. Ośmielam się odpowiedzieć na jego pytanie: Z pewnością potrzebny był wielki autorytet uczonego w służbie publicznej na samym początku epoki przemian. Owoce tej służby są trwałą częścią wiedzy o społeczeństwie, zatem należą do dorobku nauki.

Tradycję rodzinną, bogatą i wielowątkową, poznałam podczas spotkania z prof. Markiem Ziółkowskim juniorem, tym z pięciorga rodzeństwa, który poszedł wprost śladem ojca – jest socjologiem i udziela się w życiu publicznym. W spotkaniu uczestniczył zięć pana profesora Jan Majewski, również z „uczonego rodu”, ekonomista i japonista. Historia spokrewnionych i skoligaconych domów, o których opowiadali, toczy się na wyrazistym tle duchowego oraz intelektualnego bogactwa, gorliwie przez kolejne pokolenia pomnażanego.

IMPORT MOCNO ZAKORZENIONY

– Ja się czuję Wielkopolaninem, a ojciec był importem z Sosnowca. Ziółkowscy, wedle rodzinnej legendy, przywędrowali do Polski z Ludwikiem Węgierskim w XIV w. Wielkopolska tożsamość dominuje, jakkolwiek obaj uczeni synowie Janusza Ziółkowskiego nie studiowali w Poznaniu, choć prof. Marek powiada, że w Łodzi i Warszawie czuje się tak samo u siebie, jak w rodzinnym mieście, a jego brat pracuje w Uniwersytecie Warszawskim.

Ich ojciec w 1945 roku przyjechał do Poznania na studia, zakochał się, ożenił i został. Był honorowym obywatelem miasta (rodzinnego Sosnowca także). Skończył ekonomię jako uczeń Edwarda Taylora, potem socjologię, mając za mistrzów Czesława Znamierowskiego i Tadeusza Szczurkiewicza, patrona doktoratu uzyskanego w 1950. Potem, z przyczyn politycznych, nie mógł kontynuować kariery uniwersyteckiej, pracował w urzędzie miasta.

Syn przerywa tu opowieść o biografii Janusza Ziółkowskiego, w którą nieraz jeszcze ingerowała historia, żeby przywołać osobę matki, partnerki wielu dokonań i współautorki wielu prac naukowych. Była mediewistką, doktorat zrobiła u Kazimierza Tymienieckiego, a gdy władze PRL uznały go za wroga socjalistycznej nauki, została wyrzucona z uniwersytetu. Wiele lat pracowała jako pierwszy kustosz Muzeum Narodowego w Poznaniu. Na wieżę Starego Ratusza przychodzili do niej synowie, oglądali zabytki i rozmawiali o „rzeczach dawnych”. Marek uważa, że te długie porywające opowieści matki wywarły nań wielki wpływ, chociaż historykiem został nie on, ale starszy brat. Od obojga rodziców udzielała się dzieciom ciekawość świata i szacunek do wiedzy, razem z poczuciem, że powinno się wiedzę pomnażać.

Z urodzenia Wielkopolanin, Adam Ziółkowski (ów starszy brat mojego rozmówcy), pojechał do Warszawy, żeby nie studiować tam, gdzie ojciec wykładał i gdzie akurat wtedy (rok 1968) miał za swe niezależne, odważnie głoszone poglądy poważne kłopoty. Musiano go przyjąć na orientalistykę, bo znał doskonale oba języki obce, z których był egzamin. Po roku przeniósł się na historię. Dzisiaj jest starożytnikiem. – Prawdziwy uczony. Niczym więcej się nie interesuje poza swoim Rzymem, świątyniami rzymskimi, dysputami w ekskluzywnym gronie kilkudziesięciu specjalistów ze świata. Zdaniem brata, socjologa, odziedziczył tę postawę po mamie, inaczej niż on sam, przedłużający raczej ojcowski wzór „poszerzania”.

Prof. Ziółkowski senior obliczył kiedyś, że „tylko” 20 lat, od doktoratu, poświęcił nauce. Najintensywniejszy pod tym względem był okres 1956-65 (wtedy mógł przyjść na uniwersytet), przerwany dwukrotnie wyjazdami naukowymi do Anglii. Pracował głównie nad socjologią miasta. W 1965 wyszedł z uczelni wniosek o profesurę, a sam zainteresowany pojechał do Delhi, by objąć tam stanowisko dyrektora ośrodka badawczego UNESCO. Marek zdawał maturę i jako jedyny z rodzeństwa został w Polsce. Później ojciec pracował w Paryżu, skąd wrócił niedługo przed Marcem. Z tych samych ciągle powodów Janusz Ziółkowski otrzymał tytuł profesora dopiero w 1972. Potem znów wyjechał za granicę i znów zajmował odpowiedzialne stanowiska w UNESCO, żeby, na własne żądanie, wrócić w listopadzie 1980. Syn Marek był wtedy członkiem uniwersyteckiej Komisji Zakładowej „Solidarności”. 

W tamtym gorącym czasie profesor wygłaszał wiele odczytów „naukowo-patriotycznych”. Wiosną 1981 wybrano go na rektora UAM. Zaangażował się mocno w tworzenie akademickich struktur samorządowych, w powołanie do życia Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich, niezależnego przedstawicielstwa środowiska akademickiego. W stanie wojennym władze pozbawiły go funkcji rektora.

W czerwcu 1989 został senatorem RP. W latach 1991-95 był sekretarzem stanu w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy.

MAREK – POSZERZANIE OBSZARU

Chciał studiować matematykę albo fizykę. W ostatniej chwili zdecydował się na socjologię – w Łodzi, ale skończył także filozofię, a przez jakiś czas studiował matematykę. Całej karierze naukowej patronowała prof. Antonina Kłoskowska.

W latach 70., kiedy Marek Ziółkowski zaczynał samodzielną pracę naukową, polska socjologia była silna w metodologii, teorii socjologicznej oraz takich dziedzinach jak socjologia języka, kultury. Doktorat robił z socjologii języka. Zagadnienia polityki, gospodarki, przemian społecznych (najbardziej dlań interesujące) pozostawały wtedy domeną „socjologii oralnej”, jak ją nazwał kiedyś prof. Antoni Sułek, były tematem wystąpień na konferencjach, odczytów, publikacji o nakładzie nie większym niż 50 egzemplarzy. Pokolenie mojego rozmówcy miało jednak poczucie, że warto się nimi zajmować, że wyniki trafią kiedyś do społeczeństwa. Kiedy znikły ograniczenia trzeba się było różnych rzeczy douczyć, żeby krytykę zawartą w aluzjach „przekuć w teorie na tak”. Ludzie tego pokolenia pragnęli formułować takie teorie, pragnęli weryfikować swoje naukowe sprawności w rzeczywistości społecznej.

Słysząc to nie dziwiłam się, że prof. Ziółkowski junior przeszedł od socjologii języka i socjologii wiedzy, którymi się zajmował, do studiów nad mentalnością Polaków, nad naszym myśleniem potocznym, także myśleniem politycznym, nad zbiorową pamięcią. Chronologia tematyczna jego ponad 10 książek i bardzo licznych artykułów wyraźnie pokazuje tę drogę prowadzącą do badania najżywotniejszych dzisiaj kwestii społecznych i rozpoznawania miejsca społeczeństwa polskiego w kształtującym się nowym ładzie światowym, zatem do centralnych zagadnień współczesnej socjologii.

Na tej drodze była, trochę przez okoliczności wywołana, fascynacja przydatnością matematyki w badaniach socjologicznych. – Miałem nadzieję, że za pomocą języka matematycznego wykażę fałsz rozumowań „naukowego socjalizmu”. Ciągle, zresztą, gdy mam analizę socjologiczną, taką statystyczną, gdzie stosuje się wyrafinowane metody matematyczne, pociąga mnie to i przekonuje. ale z drugiej strony, gdy mam dobrze nagrany wywiad, zupełnie nie dający się matematycznie opisać, to też wierzę, że on mi odsłania rzeczywistość. Posługuję się jednym i drugim, a moim uczniom mówię: dane obiektywne, potem próbka, którą da się wyliczyć statystycznie, a potem wywiady, gdzie ludzie mówią, a nie tylko odpowiadają na pytania ułożone przez socjologa.
Prof. Marek Ziółkowski, „obciążony” odziedziczoną skłonnością do angażowania się w sprawy publiczne, za nieodzowny atrybut postawy wobec świata i konieczną cechę postępowania w życiu uważa umiar. Podziela (i moją) nadzieję, że okoliczności zewnętrzne, potrzeby historyczne, pozwolą mu harmonijnie łączyć badania z działaniami.

WSPÓLNE ZASOBY

Teść młodszego z socjologów Ziółkowskich, Witalis Ludwiczak, przezywany przez studentów, dla rudej czupryny, „Melonem”, był profesorem prawa międzynarodowego prywatnego, a jednocześnie... hokeistą. Przez wiele lat szefował poznańskiemu AZS-owi.

Wspiera bardzo mocno humanistyczną tradycję rodzinną, co z kolei trochę równoważą: teściowa – doktor chemii i żona Marka – doktor fizyki w UAM; a jeśli popatrzeć troszkę dalej, to spokrewniony z Ziółkowskimi prof. Władysław Pełczewski, bardzo wybitny w swojej dziedzinie – automatyce, a, jak inni z jego pokolenia, czynnie zatroskany sprawami organizacji nauki.
Więzi rodzinne sięgają szeroko, ogarniając domy współmałżonków oraz włączając naukowe zasługi ich antenatów do wspólnego zasobu dóbr duchowych. Dzięki temu odsłaniają się, zaskakujące często, intelektualne powinowactwa, nawiązują zapoczątkowane kiedyś wątki, pokazuje się bogata tkanka różnorakich aktywności, właściwych przedstawicielom warstwy inteligenckiej, także w najmłodszym dzisiaj pokoleniu.

Doktor ekonomii Jan Majewski, podobnie jak jego teść, prof. Marek Ziółkowski, myślał o studiowaniu fizyki, pewnie pod wpływem opowieści o stryjecznym dziadku (spotkał go parę razy w życiu) Szczepanie Szczeniowskim, który był synem również Szczepana, założyciela pierwszego w Polsce laboratorium wytrzymałości materiałów, opisanego w Kronikach Prusa. Późniejszy profesor – przed wojną we Lwowie i Wilnie, po wojnie w Poznaniu, wreszcie w rodzinnej Warszawie – tam właśnie poznawał uroki fizyki doświadczalnej, której dorobek miał pomnożyć swoimi pracami. Był typem encyklopedysty w najlepszym znaczeniu tego określenia, interesował się historią, szczególnie średniowieczem, językami starożytnymi. Na wojnę bolszewicką zabrał w plecaku gramatykę hebrajską. Stryjeczny wnuk podchwycił, niekoniecznie świadomie, trop lingwistyczny – zna sześć języków. Z przyszłą żoną, studentką romanistyki, chętnie rozmawiali po francusku.

Była w otoczeniu pana Jana Majewskiego jeszcze jedna ważna osoba – ciotka Izabela Mierzyńska, która ukończyła polonistykę i prawo, po czym, pracując poza uniwersytetem, obroniła znakomicie doktorat z prawa rzymskiego. „Intelektualistka pełnej krwi” zaszczepiła bratankom umiłowanie wiedzy i szacunek do pracy naukowej. Prof. Marek Ziółkowski porównuje ją do swojej matki, która odegrała podobną rolę w jego rodzinnym domu.

Wybór japonistyki przez jego przyszłego zięcia nie miał antecedencji, chyba że szukać ich u pradziadka Tadeusza Wagnera, weterana wojny rosyjsko-japońskiej 1904 roku, i pośród przywiezionych przezeń pamiątek.

BUDUJĘ MOSTY

Młodzi państwo Majewscy pojechali na 2 lata do Japonii, gdzie Jan studiował ekonomię, bo jeszcze w Polsce uznał, że połączenie tych dwu kierunków, japonistyki i ekonomii właśnie, pozwoli zrozumieć fenomen osobliwego związku śmiałych przemian cywilizacyjnych z trwaniem najdawniejszej tradycji. Dzisiaj uważa, że to mu się w znacznej mierze udało, co obiektywnie poświadcza dzieło wspólne z uniwersyteckim mistrzem, prof. Romualdem Huszczą – pierwsza w Polsce gramatyka języka japońskiego.

W opinii czytelnika, życzliwego z pewnością, ale bezstronnego, jakim jest prof. Ziółkowski, ten podręcznik „daje wgląd w japoński sposób myślenia, tak odmienny od europejskiego”. Praca nad nim potwierdziła opinię, iż Japończycy, zapożyczając bardzo wiele, dawniej z języka chińskiego, dzisiaj z anglosaskich, nie czynią tego kosztem rodzimych zasobów słownictwa, lecz w procesie „twórczej integracji”. Ma to odzwierciedlenie w życiu społecznym, w gospodarce i nauce. – W sobie tylko właściwy sposób asymilują wartości innych kultur bez uszczerbku dla własnej – konstatuje Jan Majewski. Pod koniec XIX w., kiedy kraj zaczął się szybko modernizować, ukuto hasło: „Japońska dusza – zachodnia technologia”. Żeby mogło obowiązywać, trzeba mieć wyraźny wizerunek własnej duszy. Zdaniem pana Majewskiego, jego składnikami są u Japończyków, z jednej strony, duma z posiadania bardzo starej oryginalnej tradycji, z drugiej – pewien kompleks wobec cywilizacji, zwłaszcza amerykańskiej, która coraz bardziej dominuje w świecie.

Kiedy przedstawiał mi się na początku spotkania jako japonista i ekonomista (doktorat miał wtedy na ukończeniu) pomyślałam, że jest oryginałem czyniącym zadość swoim szczególnym upodobaniom. Dowiedziawszy się, że pracuje teraz w austriackim banku inwestycyjnym (mając na utrzymaniu żonę i dziecko), uznałam ekonomię za wybór z rozsądku, z przewidywania życiowych konieczności. Podczas rozmowy weryfikowałam stopniowo te mniemania, dowiadując się, że z prof. Huszczą przygotowują drugi tom japońskiej gramatyki (pierwszy ukazał się pod koniec 1999), że Jan Majewski nadal bada mechanizmy trwającego od 10 lat kryzysu gospodarczego w dalekim kraju, analizuje możliwości i sposoby przebudowania podstawowych struktur, przede wszystkim tego krwiobiegu gospodarki, jakim jest system finansowy. Zrozumiałam wzajemne uzasadnienie obu pasji mojego młodego rozmówcy, dowiadując się jeszcze o tym, że zobowiązują go do działań pozanaukowych, m.in. do publicystyki na temat tego, co dzieje się w Japonii, jakie jest znaczenie przeszłości w dzisiejszych przemianach, w edukacji młodych, do przekonywania nas tutaj, że w tak bardzo odległym geograficznie i odmiennym kulturowo kraju możemy znajdować wskazania, a i wzory rozmaitych dążeń, urzeczywistniania wizji dyktowanych współczesnymi potrzebami.

Oba sposoby uprawiania nauki opisane przez prof. Janusza Ziółkowskiego: drążenie w głąb dyscypliny i poszerzanie pola badań, trwają w „uczonym rodzie”, włączającym w swój obręb wciąż nowe osoby, splatają się wzajemnie, bogacą. Myślę, że to dobrze rokuje.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w programie BIS Polskiego Radia SA w listopadzie 2000 r.

 

Komentarze