Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Czy nauce potrzebna jest autonomia?
Poprzedni Następny

Agora

W patrzeniu naukowców na naukę często widać niemal fanatyczny fundamentalizm, który wydaje się tym większy, im bardziej kosztowna jest dyscyplina, 
którą reprezentują. Niezwykle utrudnia to prowadzenie rzeczowego dyskursu.

Maciej W. Grabski

Fot. Stefan Ciechana

 Przedstawię garść refleksji profesora, którego zawikłane sploty okoliczności przeniosły wiele lat temu na drugą stronę okienka z napisem KASA DLA NAUKI. Okazało się wkrótce, że nauka widziana od tej strony jest bardzo różna od obrazu uformowanego dotychczasowymi doświadczeniami. Straciła przy tym wiele ze swego blasku.

Fundacja, którą kieruję, realizując misję wspierania tego, co najlepsze w nauce polskiej, musi działać w nieautonomicznej przestrzeni, wyznaczonej przez trzy punkty: naukę, politykę i pieniądze, które tworzą swoisty Trójkąt Bermudzki, z jego prawdziwymi i domniemanymi zagrożeniami. Względy bezpieczeństwa naszej misji i konieczność zachowania niezależności oraz rozpoznawalnej identyczności zmuszają nas do utrzymywania równowagi w środku tego trójkąta. To miejsce jest bardzo dobrym punktem obserwacyjnym, pod warunkiem, że dla zapewnienia ostrości widzenia odłoży się na bok akademickie szkiełko, a wraz z nim wiele z dotychczasowych wyobrażeń o nauce.

PUNKT WIDZENIA

Gdy zacząłem zajmować się praktyką najpierw budżetowego, a wkrótce niezależnego wspierania nauki, musiałem postawić sobie fascynujące pytanie: czemu mają służyć wydawane pieniądze oraz na co i jak powinny być wydawane?; a więc pytanie, de facto, o sens własnej działalności. Odpowiedź okazała się nadspodziewanie trudna, gdyż przekonanie o oczywistości tej działalności, ze względu na sprawę nauki, nie stanowi, wbrew pozorom, dostatecznego dla niej usprawiedliwienia. Stadne przekonania, które dość bezrefleksyjnie podzielałem przedtem, zostały podważone w chwili, gdy dostrzegłem, że całkowicie dla nas oczywiste argumenty, które prezentujemy jako uzasadnienie naukowych potrzeb, są zupełnie nieoczywiste dla tych, którzy środkami dysponują. Jako uczeni uważamy więc, że to głupota lub niekompetencja dysponentów stoi na przeszkodzie do zaspokojenia naszych roszczeń. Toteż, gdy zdarzy się, że któryś z nas sam dysponentem zostaje, dziwimy się ogromnie, że nagle wydaje się tę mądrość tracić. Ponieważ to jest właśnie mój przypadek – a mam głębokie przekonanie, że mimo wszystko nie jestem niekompetentnym głupcem – musiałem zidentyfikować źródło tej uniemożliwiającej dyskusję różnicy spojrzenia. Moim zdaniem, tkwi ono we wbudowanym w świadomość większości naukowców przekonaniu o autonomii nauki, czyli o jej specyficznym uprawnieniu do kierowania się własnymi prawami, niezależnie od pozostałych dziedzin społecznej rzeczywistości.
Będę starał się wykazać, że z pewnych przyczyn, wynikających z samej natury nauki, nie może być ona autonomiczna, gdyż nie jest niezależnym bytem i nie jest w stanie rządzić sama sobą. W tym celu potrzebny jest czynnik pochodzący spoza systemu, opierający się na refleksji poza tym systemem generowanej. Pokażę, że strategia nauki oparta na koncepcji jej pełnej autonomii ma utopijny charakter, co w ogromnym stopniu utrudnia nie tylko porozumiewanie się nauki i polityki, ale również nauki i społeczeństwa. A to stanowi dla nauki ogromne zagrożenie.

Aby uniknąć nieporozumień – to, o czym będę mówił, odnosi się w większym stopniu do nauki w sensie science, a więc metody poszukiwania prawdy o świecie, niż do technologii, a więc umiejętności wykorzystywania nie tylko tej, ale i pozanaukowych prawd w celach praktycznych. Technologia rządzi się innymi, prostszymi i bardziej przejrzystymi regułami, wynikającymi z praw rynku. Nieco inaczej jest też z naukami humanistycznymi i społecznymi. A to dlatego, że zajmują się człowiekiem i społeczeństwem oraz być może również ze względu na swoją relatywnie niską kosztochłonność. To rozróżnienie jest mi potrzebne dla uproszczenia wywodu, ponieważ obecnie pojęcie „nauka” nabrało różnorakich, niekiedy zbyt szerokich znaczeń. Aby dostrzec ten ogromny bałagan pojęciowy, wystarczy popatrzeć na klasyfikację dyscyplin naukowych według KBN, którą przecież wymyślili uczeni, a nie urzędnicy.

TAKTYCZNY MIT

Problem autonomii nauki i związane z nim kontrowersje stanowią od lat przedmiot rozważań filozofów i socjologów nauki, chociaż znajduje to bardzo nikłe odzwierciedlenie w świadomości ogółu uczonych. Co więcej, sądzę, że ta świadomość jest kształtowana w znacznie większym stopniu poprzez wyobrażenia rozmaitych naukowych guru (przodują w tym zakresie niektórzy laureaci Nagrody Nobla), których niezwykle autorytarne wypowiedzi na temat istoty nauki wykraczają zazwyczaj daleko poza obszar ich naukowej kompetencji, a nieraz i życiowego doświadczenia, ale mieszczą się w ramach idei autonomicznej nauki.

Koncepcję politycznej i społecznej autonomii nauki najpełniej chyba sformułował w 1945 r. dr Vannevar Bush, doradca prezydenta F.D. Roosevelta, którego tekst Science. The Endless Frontier uznawany jest powszechnie, chociaż niesłusznie, za fundament systemu polityki naukowej w USA po II wojnie światowej (niesłusznie, gdyż żadna z jego rekomendacji nie została politycznie wykorzystana). Stanowił on podstawę powstania taktycznego mitu, który składa się z trzech elementów:
• Nauka jest polem wolnej gry wolnych intelektualistów, którzy, zgodnie z własnym wyborem i kierując się własną ciekawością, pracują nad wyjaśnianiem nieznanego.
• Nauka, a szczególnie badania podstawowe, muszą być finansowane przez państwo, ale to sami naukowcy powinni decydować o drogach rozwoju nauki i kierunkach badań.
• Rozwój nauki następuje liniowo – od badań podstawowych do stosowanych i stanowi podstawę dobrobytu gospodarczego.
Nic dziwnego, że poglądy Vannevara Busha zostały potraktowane przez uczonych na całym świecie jako podstawowy paradygmat, niemal prawo natury. Stanowiły przecież polityczną wykładnię ich wyidealizowanego poglądu na relację nauki i społeczeństwa, do tego stopnia, że nazwano je „kontraktem dla nauki”. Dziwny to kontrakt, na którym widnieje podpis tylko jednej strony!

Ważnym elementem tak rozumianej autonomii jest neutralność nauki wobec polityki. Nikt, a szczególnie polityka (i będąca jej emanacją administracja państwowa), nie ma prawa wtrącać się w sprawy uczonych, gdyż tylko oni sami są uprawnieni do rozwiązywania swoich spraw i rządzą się przy tym swoimi własnymi prawami. Obowiązkiem państwa jest zaś występowanie w roli bezinteresownego filantropa, dostarczającego środków na zaspokajanie potrzeb nauki, przede wszystkim zaś na badania podstawowe, i niezadawanie zbędnych pytań. Nauka stanowi dobro samo w sobie, a to, czy badania będą prowadziły do jakiegoś bezpośredniego, utylitarnego pożytku, nie ma znaczenia, gdyż nauka stanowi automatyczny generator rozwoju i dobrobytu. Poza tym – na co się wskazuje, podając zwykle te same przykłady – czasem się zdarza, że pozornie bezużyteczne prace po latach zapomnienia okazują się zaczynem nowych kierunków badań. A jeżeli tak jest, to finansowane musi być wszystko, co tylko naukowcom przyjdzie do głowy. odkryć naukowych nie można zaplanować ani przewidzieć, jakie będzie ich przyszłe znaczenie. Poza tym naukowcy wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny, co nauce jest potrzebne.

To wszystko prawda, ale, jak uczy doświadczenie, nie całkiem. Poglądy te oddziałują na tyle silnie, że prawie w każdej rozmowie czy dyskusji na temat nauki mogę zidentyfikować ich ślady.
W patrzeniu naukowców na naukę często widać niemal fanatyczny fundamentalizm, który wydaje się tym większy, im bardziej kosztowna jest dyscyplina, którą reprezentują. Niezwykle utrudnia to prowadzenie rzeczowego dyskursu. Towarzyszy temu niezwykłe zjawisko pasowania na uniwersalny autorytet każdego, komu w nauce powiodło się na tyle, że został „oznakowany”. Ten sam mechanizm zaczął jednak działać również wewnątrz nauki, co już jest bardzo śmieszne, gdyż daleko odbiega od podstawowej przecież zasady naukowego krytycyzmu. Ileż to razy słyszałem: to jest ważny temat, za to kilka lat temu przyznano Nagrodę Nobla. Natychmiast nasuwa się odpowiedź, że w takim razie tym tematem na pewno już nie warto się zajmować!

Z OGRANICZONĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ

Poważnym defektem idei pełnej autonomii nauki jest problem jej społecznej odpowiedzialności. Już Francis Bacon, od którego zresztą pochodzi idea konieczności finansowania nauki przez państwo, wskazywał, że trzeba ją uprawiać nie dla przyjemności, lecz dla praktycznego celu, jakim jest zapewnienie władztwa człowieka nad światem (nawiązywał w tym do św. Tomasza z Akwinu). Jan Paweł II w swoim przemówieniu do rektorów polskich uczelni potwierdził dobitnie: Nauka, jeśli nie jest uprawiana w poczuciu służby człowiekowi, łatwo może stać się elementem politycznych przetargów, z pominięciem dobra wspólnego, albo, co gorsza, może być wykorzystana do panowania nad drugim.

Ta myśl o społecznej odpowiedzialności i służebnej roli nauki, z której wynika oczywista konieczność istnienia wzajemnej relacji miedzy nauką a społeczeństwem (a więc potrzeba ograniczenia autonomii), jest jednak zastępowana pewnikiem, że nauka sama z siebie przyczynia się do generacji dobra, co oznacza, że nie ma potrzeby tworzenia jakiegokolwiek mechanizmu sprawowania społecznej kontroli nad nauką.

Pogląd, że nauka, badania naukowe, rozwój wiedzy naukowej stanowią nośnik dobra i postępu, wydaje się być od czasów oświecenia niepodważalnym paradygmatem. Nie ulega wątpliwości, że nauka dostarczyła ogromnej ilości rozwiązań, które przyczyniły się do wielkiej poprawy jakości ludzkiego życia i do udoskonalenia demokratycznych instytucji, chociaż nie wszyscy skorzystali z tych dobrodziejstw w równej mierze. W XX wieku zaczęto mówić o rewolucji naukowo-technicznej i standardowe stało się stwierdzenie, że to właśnie badania naukowe tworzą podstawę wzrostu dobrobytu społeczeństw. Dzisiaj, będąc pod wrażeniem rozwoju technologii informacyjnych i minionego, ale efektownego komercyjnego sukcesu „dot-comów”, politycy zaczęli używać nośnych politycznie i medialnie haseł o gospodarce opartej na wiedzy, które radośnie podchwyciła nauka. W tym rozumowaniu znajdują się istotne luki. Nauka w nieuprawniony sposób przypisuje sobie wszystkie osiągnięcia technologii, która zwykle z nauką niewiele ma wspólnego. od stulecia jest generowana w korporacjach przemysłowych, a nie w laboratoriach uniwersyteckich. Ale o tym zwykle zapominamy.

Naukowcy traktują więc jako fakt oczywisty to, że społeczne efekty badań, rozpatrywane w długiej skali czasu, są zawsze dobroczynne. Jednak już pół wieku temu Robert K. Merton zauważył, że ten akt wiary usprawiedliwia, co prawda, badania, lecz nie odzwierciedla faktów. Dobroczynność skutków badań była podważana tak często, że nie będę podawał przykładów. Ale co wynika z tego dla nas? Otóż, jeżeli przyjmiemy, że skutki nauki nie muszą być dobroczynne, tym samym nie możemy odmawiać społeczeństwu możliwości uważnego patrzenia nauce na ręce.

Z tego powodu refleksja nad etycznymi i społecznymi konsekwencjami prowadzenia badań naukowych dokonywana jest raczej niechętnie, a większość naukowców broni poglądu o ich nieuchronności. Wyrażane jest wciąż przekonanie, że, z etycznego punktu widzenia, nauka nie jest ani zła, ani dobra, a nieetyczne lub wrogie człowiekowi może być tylko wykorzystanie jej wyników. To jednak nie jest problem nauki, ale tych, którzy ją wykorzystują. Tom Lehrer, wspaniały piosenkarz i matematyk z Uniwersytetu Harvarda, drwiąco włożył w usta von Brauna zdanie: „Jeśli rakiety wystartowały, kogo obchodzi, gdzie spadną? To nie jest sprawa mojego wydziału”. Taką strategię uczeni uzasadniają broniąc swego prawa do nieokiełznanej ciekawości. Ale prawdą też jest, że poczynając od gazów bojowych, poprzez bombę atomową, a kończąc na ostatnich dyskusjach wokół genetyki i biotechnologii, właśnie w obszarze nauki pojawia się coraz bardziej pogłębiona refleksja na temat problemów związanych z jej janusowym obliczem. Równocześnie jednak ci sami ludzie negują możliwość kontrolowania nauki z zewnątrz i odmawiają prawa politykom do ingerencji w ich sprawy.

Tak więc, nauka, jako jedyna spośród wszystkich innych rodzajów społecznej aktywności człowieka, wciąż chce zachować swój wyjątkowy, wynikający z koncepcji pełnej autonomii, status dziedziny zwolnionej z odpowiedzialności za skutki swych działań.

Ten dylemat chyba najtrafniej sformułował Jan Paweł II: Dziś często jest podnoszony postulat nieograniczonej wolności badań naukowych. O ile trzeba uznać prawo nauk do stosowania właściwych im metod badawczych, o tyle nie można zgodzić się z twierdzeniem, że zakres samych badań nie podlega jakimkolwiek ograniczeniom. Ich granice wyznacza właśnie podstawowe rozróżnienie dobra i zła.

Jeżeli rozpatrzymy te wszystkie uwarunkowania, zasadne staje się pytanie, które stawiam sam sobie: czy, podejmując decyzję o przeznaczeniu pieniędzy dla nauki, mam prawo, a może nawet obowiązek, analizowania skutków, jakie mogą one przynieść? I czy taką decyzję mogę oprzeć na wynikach głosowania recenzentów?

BADANIA MOTYWOWANE CIEKAWOŚCIĄ

Zasadę, że to państwo powinno wspierać badania naukowe, sformułował kilkaset lat przed Vennaverem Bushem Francis Bacon, twierdząc, że oprócz państwa nie uczyni tego nikt inny. To właśnie państwo powinno finansować poszukiwanie „faktów światłodajnych”, a wtedy „fakty miododajne” pojawią się samorzutnie.

Zjawiskiem przeczącym temu poglądowi jest tendencja do finansowania badań podstawowych przez korporacje przemysłowe. Ale te badania różnią się bardzo od wymarzonych przez naukowców badań motywowanych ciekawością (curiosity driven research), gdyż zamawiane są u osób cieszących się największym, potwierdzonym naukową skutecznością, autorytetem w ściśle określonych obszarach i podporządkowane są określonym użytkowym celom. A to stanowi brutalną ingerencję rynku w autonomię nauki. Ale nie słyszałem, by ci, którzy takie splamione zapotrzebowaniem kontrakty otrzymują, składali z tego powodu protesty.

Podczas niedawnej konferencji w Columbia University, poświęconej analizie postępów w obszarze badań i technologii, zastanawiano się między innymi, jak często się zdarza, że badania motywowane ciekawością prowadzą do pojawiania się użytecznych wyników. Stwierdzono, że brak jest jakichkolwiek danych do określenia, w jakim stopniu taka strategia prowadzi do sukcesu. Pytanie jest uprawnione. Wbrew powszechnemu poglądowi, można sądzić, że bezpośrednia zależność między badaniami motywowanymi ciekawością i rozwojem technologicznym nie istnieje. Podobnie, jak nie można wykazać wpływu badań podstawowych na sukcesy rynkowe. Oczywiście, jeżeli pominiemy firmy, które całkiem dobrze prosperują wytwarzając instalację oraz aparaturę niezbędną do tych badań.

Zależności tu występujące na pewno nie są liniowe, jak to powtarza się za Vannevarem Bushem. Są zwykle złożone i wielokierunkowe, a bardzo często ich kierunek jest odwrotny, gdyż to właśnie rozwój technologiczny, indukowany potrzebami rynku, prowadzi do odkryć w obszarze nauk podstawowych. Podręcznikowymi przykładami są maszyna parowa i nadprzewodnik wysokotemperaturowy, które zbudowano znacznie wcześniej niż zdołano odkryć zasady rządzące ich pracą. Liczne studia prowadzone w ostatnich dziesięcioleciach potwierdzają, że blisko 90 proc. najbardziej zaawansowanych technologicznie produktów powstało w wyniku prac badawczych i rozwojowych, prowadzonych wewnątrz struktur korporacyjnych. A tylko w ok. 10 proc. opierały się one na pracach opublikowanych w ciągu poprzednich 10 lat.

Nieodległa wydaje się więc perspektywa rządowego finansowania wyłącznie badań służących głównie naukowej satysfakcji uczonych i kształceniu kadr uniwersyteckich, co jest, w rzeczy samej, dobre. Rządowego wsparcia wymagają obszary badań niesłychanie istotnych dla poszerzenia naszej wiedzy o świecie, które znaczenia komercyjnego pewnie nigdy nie uzyskają. Na pewno funkcja edukacyjna nauki jest bardzo ważnym argumentem na rzecz prowadzenia swobodnych badań naukowych. Na pewno też badania motywowane ciekawością uczonego stanowią jądro nauki.

Ale postawmy sobie uczciwe pytanie: ile uniwersytetów badawczych potrzeba w kraju takim, jak np. Polska, i czy każda wyższa szkoła powinna takie funkcje spełniać? Czy prawo swobodnego wyboru tematu badań można przyznać każdemu, kto nauką się zajmuje, szczególnie jeśli kosztują one miliony złotych? A skoro nie każdemu, to komu takie prawo nadać? Czy powinniśmy analizować efektywność naukową takich badań? Czy stać nas na finansowanie prac przyczynkarskich i wtórnych? I wreszcie: czy mogę takie pytanie stawiać tylko nauce? Moim zdaniem, nie.

Prof. dr hab. inż. Maciej W. Grabski, specjalista w dziedzinie inżynierii materiałowej, pełni funkcję prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. 

* Drugą część artykułu opublikujemy w następnym numerze „Forum Akademickiego”.

 

Komentarze