Recenzje


Modele polityki

Jest to książka na temat polityki rządowej wobec uniwersytetów. Autor przedstawia historię tego zagadnienia: od mecenatu do polityki naukowej, dzieje uniwersytetu od korporacji do instytucji, omawia problemy autonomii (powinna być ustawowo zagwarantowana, ale uczelnie nie mogą się stawiać ponad prawem). Pisząc o współczesnych modelach polityki naukowej wobec szkolnictwa wyższego, Antonowicz wyróżnia: model tradycyjny, pluralistyczny, biurokratyczny, totalitarny i ewaluacyjny. W dalszych rozdziałach omawia kwestie legislacji i nadzoru, polityki finansowej i personalnej w poszczególnych modelach. Pisze też o nowych sposobach zarządzania menedżerskiego, wypierających model biurokratyczny i przeprowadza krytykę uniwersytetu przedsiębiorczego.

Ostatni rozdział kieruje naszą uwagę w stronę przyszłości. Jakie są perspektywy polityki państwowej w stosunku do uniwersytetów? Obecność państwa w sferze akademickiej - powiada autor - ma racje społeczne i ekonomiczne. Pierwsze niosą ryzyko ideologizacji uniwersytetu, drugie - ryzyko jego komercjalizacji. Ani rynek, ani państwo nie gwarantują optymalnego działania uczelni. Polityka rządowa powinna wynikać z określenia priorytetów: czy uniwersytety mają być „bastionami merytokracji”, czy instrumentem polityki społecznej.

Urynkowienie uniwersytetów, związane z procesem komercjalizacji wiedzy, sprzyja racjonalizacji zmian strukturalnych i zbliża uczelnie do społeczeństwa. Zderzają się jednak dwie kultury: akademicka (bezinteresowność badań i nauczania, służenie całemu społeczeństwu, kierowanie się chęcią poznania świata) i kultura przedsiębiorstw (zysk, czesne, sprzedaż wyników badań, sprzedaż usług).

Pomimo urynkowienia, państwo pozostanie głównym źródłem finansowania uniwersytetów - pisze autor. Jednak podstawową kategorią w polityce rządowej wobec instytucji akademickich staje się ich „finansowa i społeczna rozliczalność”. Państwo patrzy na akademię, jako na instytucję użyteczną ekonomicznie. Na drugi plan schodzi kulturowa, cywilizacyjna funkcja uniwersytetu. Współczesna polityka rządowa musi znaleźć równowagę między wymiarem kulturowym a utylitarnym uczelni.

Kreśląc zalecenia dla polskiej polityki wobec uniwersytetów w sferze legislacyjnej, autor postuluje stabilny porządek prawny, wyznaczenie kompetencji organów ministerialnych, wytyczenie zakresu autonomii. Wyzwaniem legislacyjnym jest zmiana zapisu o bezpłatności nauki. Autor opowiada się za współpłatnością, jako rozwiązaniem sprawiedliwszym. W sferze finansowania musi dojść do zwiększenia nakładów państwowych i hierarchizacji celów, przejrzystej metody przydzielania pieniędzy na inwestycje. Z punktu widzenia interesu publicznego - mówi autor - korzystniejsza będzie polityka wspierania najlepszych uczelni. Szkoły nastawione tylko na dydaktykę nie mają przed sobą przyszłości, ze względu na ograniczony potencjał demograficzny kraju. Stawiać trzeba na uczelnie, które prowadzą badania.

W sferze zarządzania uczelnią polityka rządowa powinna zmierzać do „uelastycznienia i wzmocnienia przywództwa organizacyjnego oraz wewnętrznej integralności podejmowanych działań”. Natomiast w wymiarze personalnym winna umożliwić modernizację i uelastycznienie form zatrudnienia, decentralizację polityki personalnej. „Polska polityka rządowa wobec uniwersytetów, podobnie jak w stosunku do całego szkolnictwa wyższego, musi być czytelna, długofalowa i wewnętrznie spójna” - konkluduje autor.

(fig)

Dominik Antonowicz, Uniwersytet przyszłości. Wyzwania i modele polityki, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2005.

Osobowość do kupienia

Wydaje się nam, że należymy do pewnej specyficznej kultury narodowej, która, jak sądzimy, powinna być przedmiotem naszej troski. Konsumujemy jednak także produkty z globalnego supermarketu kultury, w przekonaniu (w dużej mierze niesłusznym), że możemy kupić, robić i być wszystkim, czym tylko chcemy. A nie da się obu tych rzeczy mieć naraz. Nie możemy wybierać ze wszystkich kultur świata i równocześnie zachować własnej specyfiki. Jeżeli sądzisz, że możesz wybierać elementy swego życia i kultury z zasobów całego świata, to gdzie właściwie jest twój dom? Czy istnieje jeszcze jakaś ojczyzna, do której możesz powrócić? Czy ojczyzna i korzenie mogą być po prostu jeszcze jednym konsumenckim wyborem?

Tymi pytaniami Gordon Mathews wprowadza czytelnika w krąg zagadnień, które przedstawił w swojej książce. Dla autora polem badań są trzy olbrzymie sfery geograficzno-kulturowe: Japonia, Chiny i USA. Mathewsa interesuje przede wszystkim rzeczywistość końca XX w. Dokonał jej prezentacji w odniesieniu do trzech obszarów geograficznych, ukazując nie ich odmienność, lecz dążenie do spójności. W wyniku kilkuletnich badań okazało się bowiem, iż to, o czym tak często mówimy, czyli świadomość specyfiki narodowej, identyfikacja z określoną kulturą kształtowaną przez wieki - jest w dobie globalizacji medialnej pustym frazesem.

Globalizacja medialna, dzięki której w Waszyngtonie, Tokio i Pekinie ludzie oglądają nie tylko te same filmy, lecz i kanały telewizyjne, słuchają tych samych piosenek czy korzystają z tych samych zasobów internetowych, wprowadziła całe społeczeństwa w dziwaczny model świata. Zdaniem Mathewsa, sposób myślenia czy zachowania bardziej łączy dziś amerykańskiego biznesmena z japońskim niż japońskiego dyrektora fabryki z japońską sprzątaczką. Wspólnota kulturowa, w swoim tradycyjnym rozumieniu, nie istnieje. To nie kilkupokoleniowa przynależność do konkretnej ojczyzny poświadcza naszą osobowość. Człowiek współczesny przede wszystkim pragnie sam ją stworzyć. Uważa, że ma do tego niczym nie ograniczone prawo, gdyż właśnie media, szybki, elektroniczny przepływ informacji umożliwiają mu bycie w całym świecie, choćby nigdy nie opuścił swego rodzinnego miasta. Przestrzeń wirtualna zastąpiła fizyczną, a zatem kultura, jaką akceptujemy, nie ma żadnego związku z miejscem naszego pobytu ani ze świadomością wpisania nas w tradycję przodków. Dziś przeciętny Amerykanin może zostać bez problemów buddystą tybetańskim, a japońska malarka - sięgać do wzorców kultury zachodniej, odrzuciwszy uprzednio wszelkie związki z rodzimą tradycją. A skoro tak, to co dalej z cywilizacją, nauką?

Autor zastrzegł, że jako antropolog nie może udzielić jednoznacznej odpowiedzi, gdyż nie wiadomo, jak będzie wyglądała przyszłość. Jednak ton ostatniego rozdziału nie nastraja czytelnika pozytywnie: „Tak czy inaczej, nie możemy już wrócić do domu: nie czeka na nas żadna kulturowa ojczyzna”.

Czy naprawdę? Po lekturze książki można powiedzieć tylko - tak. Jednak sądzę, że warto przede wszystkim odnieść to stwierdzenie do nas samych i może ogólnie - do Europejczyków. Czy nasz świat jest także już tylko supermarketem, po którym błądzimy bezwiednie i, korzystając z promocji, kupujemy feng shui, pokemony i McDonalda? Myślę, że warto postawić sobie też inne pytanie: w jakim stopniu przyswojenie obcych wzorców kulturowych niszczy moją odrębność? Sądzę, że inne rozłożenie akcentów, postawienie pobocznych pytań, dałoby odbiorcy więcej możliwości do naprawdę głębokiej refleksji nad kondycją współczesnej kultury.

Monika Szabłowska-Zaremba

Gordon Mathews, Supermarket kultury, tłum. Ewa Klekot, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej

Encyklopedia aktorów i samolotów

Nie ma żadnej przesady w tekstach reklamowych rozpowszechnianych przez PWN, które głoszą, że „Wielka Encyklopedia PWN” (30-tomowa, 2001-05) będzie przez wiele lat autorytatywnym źródłem informacji o współczesnej Polsce i Polakach. Funkcję tę może spełnić tylko narodowa encyklopedia w postaci książkowej i nie zastąpią jej w tym ani zagraniczni konkurenci, ani encyklopedie internetowe. Dlatego też „Wielka Encyklopedia PWN” jest poniekąd z góry skazana na sukces, który przedtem był udziałem jej poprzedniczki, encyklopedii 12-tomowej (1962-69). Od autorów haseł i redaktorów można by więc oczekiwać szczególnej staranności i odpowiedzialności w porównaniu z wymaganiami stawianymi innym publikacjom. Nie kwestionując ogromu pracy i kwalifikacji większości autorów haseł, należy podkreślić, że o powodzeniu tego typu przedsięwzięć decydują najsłabsze punkty.

W encyklopedii nie zadbano o właściwe proporcje między poszczególnymi dziedzinami, a nadmierne eksponowanie tematyki lotniczej, sportowej, teatralnej i filmowej przybiera rozmiary wręcz groteskowe. Ponad 10 proc. wszystkich tabel dotyczy tematyki lotniczej. Na ogół są to szczegółowe dane techniczne różnych typów samolotów, w tym modeli wyprodukowanych w jednym lub paru egzemplarzach.

W encyklopedii PWN zabrakło miejsca dla najczęściej cytowanego matematyka, chemika, astronoma i dla 8 najczęściej cytowanych fizyków w Polsce (liczby cytowań wg „Wprost” z 8 kwietnia 2002) oraz dla większości członków korespondentów PAN, natomiast dowiemy się z niej, jaką rolę grał Zdzisław Kozień w Mazepie. Odnotowano także zajęcie przez Adama Małysza 51. i 52. miejsca w konkursie olimpijskim. Biografia Tadeusza Łomnickiego liczy 74 wiersze, natomiast urzędującemu prezydentowi RP poświęcono 32 wiersze, Kazimierzowi Funkowi zaś (odkrywcy witamin i jednemu z największych polskich uczonych wszech czasów) - zaledwie 18. Znany działacz SLD Krzysztof Martens trafił do encyklopedii tylko dzięki swoim osiągnięciom w brydżu sportowym. W encyklopedii pominięto wielu polityków PRL, w tym członków Rady Państwa i Biura Politycznego. Czyżby to miała być zemsta za czasy PRL, kiedy nazwiska ówczesnych prominentów można było znaleźć wszędzie?

Prymat filmu nad nauką i polityką w hasłach biograficznych obejmuje także przedstawicieli innych narodowości. Felliniemu poświęcono aż 80 wierszy (w encyklopedii 12-tomowej - zaledwie 19), natomiast Mussoliniemu - 55 (przedtem - 74), Fermiemu (najbardziej znany włoski fizyk, noblista) - 39 (przedtem - 46). Czytając biografię innego noblisty, Johna Nasha, można odnieść wrażenie, że jego największym dokonaniem było dostarczenie tematu twórcom filmu Piękny umysł. W haśle Włochy dział film zajmuje trzy szpalty, a dział nauka - tylko jedną.

Zastrzeżenia budzi dobór ilustracji. Nie ma ich tam, gdzie by się bardzo przydały: przy opisie egzotycznych zwierząt (np. mangusta) i zjawisk fizycznych (np. micela). Z drugiej strony, rysunki ilustrujące hasła Narew i Narocz (jezioro) przedstawiają krajobrazy, które można spotkać w całej Europie.

W niektórych hasłach, w tym dotyczących intensywnie rozwijających się dziedzin nauki i techniki, najnowsze pozycje w spisie literatury liczą po kilkadziesiąt lat. Autor hasła Teoria nauki otwarcie przyznaje, że opracowano je na podstawie tekstu z 1968 roku.

Są też zwykłe błędy merytoryczne, np. w haśle Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, liczącym 12 wierszy, znalazłem aż dwa. Dotyczą one filii w Rzeszowie (od 2001 roku - samodzielna uczelnia) oraz Wydziału Matematyki i Fizyki (obecnie Matematyki, Fizyki i Informatyki). PWN zapowiada kolejne wydania encyklopedii - oby były one gruntownie poprawione.

Marek Kosmulski

Wielka Encyklopedia PWN, T. 1-30, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2001-2005.

Kontrowersyjne listy

Nad sprawą wydania listów Stanisława Ignacego Witkiewicza do żony Jadwigi od dawna trwały dyskusje. Z jednej strony, to trudne do przecenienia źródło wiedzy o artyście, z drugiej - bardzo intymny zapis jego uczuć i myśli. Witkacy nieraz prosił, nakazywał wręcz żonie, by paliła jego listy zaraz po przeczytaniu. Wiedział jednak, że ukochana tego nie robi i przestrzegał: „(...) nie mogę o tym pisać, ponieważ nie chcesz spalić moich listów. A jeśli komu po śmierci mojej do rąk wpadną, będę skompromitowany (i Ty także), że o takich rzeczach musiałem pisać do żony (!)”.

Prawdopodobnie do kompromitacji ani Witkacego, ani jego żony nie dojdzie, bo przyzwyczailiśmy się, że artyści to często szokujący stylem swego życia ekscentrycy. Ale rzeczywiście łatwo zbulwersować się przy lekturze tej korespondencji. Witkiewicz był szczery do granic przyzwoitości, a właściwie nieraz te granice przekraczał. Bywał obsceniczny, wulgarny, szorstki wobec żony. Z listów wyłania się obraz człowieka uzależnionego od nikotyny, dużo pijącego, zażywającego narkotyki i ogarniętego manią samobójczą. Witkacy pisał do żony (nazywał ją Niną lub Nineczką) niemal codziennie i o wszystkim: o swoich wycieczkach w góry, „orgiach seksualnych” (czyli spotkaniach z przyjaciółmi, podczas których bawiono się, rozmawiano i nieraz brano narkotyki), o portretach, które aktualnie malował, dziełach, które pisał i o interesach, którymi w Warszawie zajmowała się Jadwiga. I oczywiście o swoich uczuciach do żony.

Ale jego listy wcale nie opowiadają o pięknej, romantycznej miłości. Wręcz przeciwnie - mówią o losach nieudanego małżeństwa. Jadwiga wyprowadziła się od męża dwa lata po ślubie, a i wcześniej często wyjeżdżała, nie mogąc znieść wścibskiej teściowej. I właśnie z powodu problemów w związku powstały te listy. Witkacy prosił żonę o przyjazd, o listy, które tak rzadko do niego pisała. Zapewniał o swej miłości i przywiązaniu. Dlaczego więc Jadwiga nie zdecydowała się na powrót? Nie było to małżeństwo zawarte z wielkiej miłości, a raczej z rozsądku. Chociaż, czy rozsądną można nazwać decyzję tej pary? Witkacy na ślub zdecydował się prawdopodobnie pod wpływem słów wróżki, która przepowiedziała mu ważny w jego życiu rok (artysta wywnioskował, że albo umrze, albo ożeni się). Jadwiga, niezbyt ładna stara panna, w małżeństwie z Witkacym widziała ostatnią szansę na zamążpójście. Jemu imponowało jej arystokratyczne pochodzenie ze starego rodu Unrugów, jej - sława narzeczonego. W swoich wspomnieniach Jadwiga pisała, że Witkacy opowiadał wszystkim, że ją kocha, a ona go „zaledwie znosi”. Podobno bawiła go ta nowa sytuacja. Wydawałoby się, że Jadwiga rzeczywiście nie doceniła uczuć wielkiego artysty. Ale miała też powody do złości - Witkacy nie pozwolił założyć sobie „łańcucha na szyję” (jak sam pisał), co oznaczało m.in., że niejednokrotnie zdradzał żonę.

Janusz Degler, twórca przypisów, wykonał niebywałą pracę wyjaśniając konteksty i odszukując informacje o osobach występujących w listach. I choć lektura jest naprawdę wciągająca, mam spore wątpliwości co do słuszności wydawania tych listów (będą jeszcze trzy tomy, bo pierwszy obejmuje tylko lata 1923-27). To w końcu zapis autentycznych przeżyć, uczuć i myśli autora. To nie wydanie fikcyjnych opowiadań, jak w przypadku dzieł Kafki, które też miały być spalone. Czy te listy nie powinny zostać w bibliotece i stanowić jedynie źródło wiedzy dla badaczy? Czy pod pretekstem umiłowania sztuki można upubliczniać najintymniejsze sprawy z życia człowieka, bez względu na jego wolę? W dobie reality show widocznie wszystko można.

JZJ

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy do żony, część I (1923-1927), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, seria: Dzieła zebrane Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Uszczęśliwić ludzi na siłę

Badania porównawcze nie należą do tych najchętniej podejmowanych, i to niezależnie od problematyki, bo i nie są najprostsze w realizacji. Owszem, często formułuje się taki postulat, ale z jego spełnieniem jest już gorzej. Małgorzacie Mazurek udało się jednak doprowadzić swoje „podwójne” przedsięwzięcie do końca. W efekcie powstała książka bezsprzecznie godna polecenia. Autorka próbuje w niej, z doskonałym skutkiem, odpowiedzieć na dwa pytania: jaką rolę pełnił zakład pracy w „realnym socjalizmie” i jak wyglądała praca robotników w rzeczywistości PRL i NRD przełomu lat 50. i 60. Swoje studia porównawcze autorka ograniczyła do dwóch reprezentacyjnych fabryk (zapewniając tym samym swojej książce klarowny układ): Zakładów im. Józefa Stalina w Berlinie i Zakładów im. Róży Luksemburg w Warszawie.

W NRD mapę społeczną wyznaczały w większym stopniu fabryki niż miasta i miasteczka. Organizacja społeczna i polityczna, a także wysoki stopień uprzemysłowienia, pełne zatrudnienie oparte na obowiązku pracy i w końcu gospodarka (a nie naród), traktowana jako spoiwo społeczeństwa, wszystko to powodowało, czy raczej wymuszało, maksymalne skupienie wokół zakładów pracy. Zatem, chcąc nie chcąc, stawały się one głównymi miejscami socjalizacji, integracji społecznej i ośrodkami państwowej polityki socjalnej.

W Polsce zakład pracy również postrzegano jako kluczową instytucję, gdzie tworzy się świadomość i zróżnicowanie społeczne środowiska robotniczego, ale nie była to już enerdowska „ortodoksja”. U nas realizacja ideologicznych postulatów nie była traktowana aż tak serio. Owszem, wskazywano np. na wychowawczą i opiekuńczą rolę zakładów pracy, opisywano je jako najważniejsze instytucje życia politycznego i miejsca samoorganizowania się społeczeństwa (fenomen tzw. uspołecznienia tego, co państwowe), ale, mimo wszystko, w o wiele mniejszym zakresie niż czyniono to w NRD. Zakłady im. Stalina miały ambicję być miejscowym ośrodkiem kultury i miejscem nowej obrzędowości komunistycznej. Urządzano w nich śluby socjalistyczne, świeckie chrzciny i socjalistyczne bierzmowania dla dzieci pracowników. Komiczną ciekawostką (pewnie tylko z dzisiejszej perspektywy) był jeden z punktów umowy zakładowej, w którym zakład zobowiązywał się zająć kształceniem dobrego smaku wśród swoich pracowników i odzwyczajeniem ich od kiczu. Odbywały się spotkania pod hasłem: „Jakie obrazy powinny wisieć w pokojach?”, „Jakie meble powinny stać w mieszkaniu?” albo: „Jak powinienem się ubierać?” Na tego, kto zbyt wcześnie szedł się przebrać i umyć po pracy, również czekały liczne atrakcje. Jedna z działaczek-opiekunek wchodziła prosto do przebieralni z aparatem fotograficznym i robiła zdjęcia, zamieszczane później w zakładowej gazetce z podpisem: „Kto wcześniej urządza sobie fajrant”.

W Polsce od czasów Solidarności zakłady pracy zaczęto już otwarcie nazywać najniższym ogniwem chorego systemu, a także miejscem, gdzie odzwierciedlały się zjawiska ogólnospołeczne.

Zachowane akta zakładowe, jak można się domyślać, reprezentują przede wszystkim głos państwowego pracodawcy. Szeregowy pracownik rzadko miał szansę przebić się do sfery publicznej. Dlatego też Mazurek wykorzystała w swojej pracy metodę wywiadu biograficznego (i to bodaj najciekawszy element książki!). Swoich rozmówców w obu przypadkach pyta m.in.: o codzienność (najbardziej interesującą i wciąż zadziwiającą) w dużych zakładach pracy, o rozdźwięk między propagandą a rzeczywistością, o konflikty wokół warunków pracy i skomplikowane interakcje między celami pracodawcy a interesami pracowników.

Małgorzata Pawełczyk

Małgorzata Mazurek, Socjalistyczny zakład pracy. Porównanie fabrycznej codzienności w PRL i NRD u progu lat sześćdziesiątych, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2005, seria: W Krainie PRL/W Krainie KDL.

Przydatny komplet