Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 12/1998

Rząd przykręca kurek
Poprzedni Następny

W budżecie na 1998 r. udział nakładów na szkolnictwo wyższe
w Produkcie krajowym Brutto został ponownie obniżony.
Na ratowanie szkolnictwa wyższego kolejny raz zabrakło środków.

Aleksander Kołodziejczyk

Wykształcenie jest inwestycją narodów i wolnych ludzi we własną przyszłość. To oświata i szkolnictwo wyższe zadecydują o pozycji Polski pośród innych państw. Te niezwykle trafne i mądre słowa, godne męża stanu, wypowiedział prof. Jerzy Buzek, premier Rządu RP w zeszłorocznym expos?. Dodał również: Zwiększymy wydatki na szkolnictwo wyższe. Będziemy też wspierać rozwój nauki. W roku bieżącym prof. Leszek Balcerowicz, wicepremier i minister finansów, w Średniookresowej strategii finansowej potwierdził znaczenie edukacji i nauki dla państwa, zaliczając je, jako jedyne, do prorozwojowych dziedzin finansowanych z budżetu. Dlaczego zatem szkolnictwo wyższe i nauka były i są w Polsce traktowane po macoszemu? A że tak jest, świadczy spadek nakładów na nie. Od 1990 roku nakłady realne zmniejszyły się o połowę, a w przeliczeniu na jednego studenta studiów dziennych spadły trzykrotnie. Z przykrością muszę stwierdzić, że największe redukcje nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę w latach dziewięćdziesiątych kojarzą się z nazwiskami profesorów Leszka Balcerowicza i Grzegorza Kołodki (patrz: Tab. 1).

Tabela 1. Część PKB (w procentach) przeznaczana na polskie szkolnictwo wyższe w latach 90. i autoży projektów budżetowych
Rok '90 '91 '92 '93 '94 '95 '96 '97 '98 '99
% PKB na
szkolnictwo wyższe
1.05 0.82 0.88 0.82 0.77 0.75 0.83 0.86 0.83 ?
Minister Finansów   Balcerowicz Kołodko/Belka Balcerowicz

ŚCIANA PŁACZU

W budżecie na 1998 r. udział nakładów na szkolnictwo wyższe w Produkcie Krajowym Brutto został ponownie obniżony. Co prawda, projekt budżetu sporządził ustępujący rząd, ale nowe władze zdołały wprowadzić do niego szereg poprawek. Na ratowanie szkolnictwa wyższego kolejny raz zabrakło środków. Ich wielkość w porównaniu z innymi wydatkami, np. z dopłatami do ubezpieczeń społecznych, deficytowych przedsiębiorstw, rozdrobnionego rolnictwa czy restrukturyzacji górnictwa, jest znikoma. W ten sposób, mimo zapewnień kolejnych rządów o preferencjach dla szkolnictwa wyższego oraz nauki i o ich znaczeniu dla rozwoju kraju, systematycznie spada udział nakładów na nie w PKB. Oszczędzając na nauce i szkolnictwie ratowano upadającą gospodarkę, starano się zachować spokój społeczny. Środowisko akademickie rozumiało sytuację i w poczuciu odpowiedzialności ogromnym wysiłkiem wychodziło naprzeciw aspiracjom młodych Polaków, zwiększając liczbę miejsc na studiach.

Chociaż od 1992 r. dochód narodowy zaczął systematycznie wzrastać, środki na szkolnictwo wyższe i naukę były, niestety, nadal redukowane. A konieczne było nie tylko przywrócenie poprzedniego poziomu finansowania, ale i odpowiednie zwiększenie nakładów, stosownie do znacznego przyrostu liczby studentów. Te oczekiwania były i są zgodne z interesem narodowym, co najpełniej wyraża rezolucja Sejmu z 1995 roku, zobowiązująca Rząd RP do przeznaczenia na szkolnictwo wyższe i naukę odpowiednio 2 i 1 proc. PKB (byłoby to zresztą nadal mniej niż w krajach, którym zależy na wszechstronnym rozwoju). Rezolucja ta, mimo że zobowiązywała rząd do spełnienia postawionych wymagań w ciągu dwóch lat, nie została zrealizowana do dziś. W wyżej wymienionej Strategii wicepremier i minister finansów nie przewidział wzrostu finansowania dziedzin prorozwojowych. Podczas tegorocznej inauguracji w jednej z nowo powstałych wyższych szkół prywatnych poseł na Sejm RP, były minister zajmujący się prywatyzacją stwierdził w wykładzie inauguracyjnym, że lubi uczestniczyć w inauguracjach w szkołach prywatnych, bo szkoły publiczne to istna ściana płaczu.

NADZIEJE ZAWIODŁY

Szkoły wyższe, mimo poważnych ograniczeń finansowych, rozwijały się nadal, jednak wobec wyczerpania rezerw prostych, ich rozwój dokonywał się już tylko kosztem zasobów własnych, w tym dekapitalizacji majątku i nadzwyczajnego wysiłku pracowników. Równocześnie uczelnie samodzielnie przeprowadziły gruntowną reformę oczekując, na razie bezskutecznie, na stosowne wsparcie finansowe. W latach 1996 i 1997 zapaść finansowa szkolnictwa wyższego została w końcu zauważona i ówczesny rząd zwiększył nakłady na rzecz środowiska akademickiego. Te dodatkowe środki, zgodnie z intencją rządu, zostały przeznaczone w całości na podwyższenie żenująco niskich uposażeń kadry, zabrakło natomiast i nadal brakuje środków na sfinansowanie rosnących kosztów utrzymania, bieżących remontów, a przede wszystkim inwestycji. Nie odnawiana i nie powiększana baza dydaktyczna, głównie wyposażenie laboratoriów, sprowadzają uczelnie do roli skansenów. Studenci nie mieszczą się już w murach akademii. Dlatego trzy lata temu rektorzy uczelni autonomicznych podjęli dramatyczną decyzję o nie zwiększaniu liczby nowo przyjmowanych studentów. Nie widzieli bowiem innej możliwości powstrzymania procesu pogarszania się warunków studiów i obniżania ich poziomu. Liczba studentów nadal jednak wzrastała, ponieważ wyższe roczniki stawały się coraz liczniejsze. Nadzieją był nowy rząd, który zadeklarował zwiększenie pomocy państwa. Nadzieje zawiodły, gdyż udział nakładów w PKB na szkolnictwo wyższe w 1998 roku został ponownie obniżony a dotacja na inwestycje spadła realnie prawie o 30 proc. Czyżby po roku działania rządu, w sytuacji kiedy zapaść finansowa szkolnictwa wyższego uległa dalszemu pogłębieniu, jedynym rozwiązaniem było jej niedostrzeganie?

MNIEJ PROMOCJI

Dzieje się tak pomimo intensywnych starań obecnego kierownictwa Ministerstwa Edukacji Narodowej. Środowisko akademickie docenia wysiłki ministra Mirosława Handkego w dążeniu do przeznaczenia w roku przyszłym na szkolnictwo wyższe i naukę łącznie 1,5 proc. PKB (obecnie 1,3 proc.). Dlaczego jego starania zyskują tak słabe poparcie a nawet sprzeciw w rządzie, w którego skład wchodzi tak wielu profesorów? Tymczasem gwałtownie spada liczba przyznawanych tytułów profesorskich: w 1989 r. nadano 910 nowych tytułów naukowych, podczas gdy w 1995 r. zaledwie 367, co oznacza 60 proc. regres. W ubiegłym roku Centralna Komisja zaopiniowała pozytywnie jedynie 390 wniosków. Występuje również wyraźna tendencja spadkowa przyrostu innych wysoko kwalifikowanych pracowników naukowo-dydaktycznych, a główną przyczyną tego stanu rzeczy, obok niedostatków finansowych, jest przeciążenie kadry obowiązkami wynikającymi z nadgodzin a przede wszystkim wieloetatowości. Spadek liczby nowych habilitacji jest, co prawda, łagodniejszy niż tytułów naukowych, jednak również groźny, ponieważ od doktorów habilitowanych zależy wiele uprawnień akademickich, a ponadto z tej grupy rekrutują się profesorowie. Mniej doktorów habilitowanych oznacza mniej tytułów profesorskich, ponieważ średnio tylko jeden z dwóch doktorów habilitowanych uzyskuje ten tytuł (patrz: Tab. 2).

Po spadku liczby doktoratów na początku lat 90. nastąpił ostatnio umiarkowany ich wzrost, dzięki czemu został osiągnięty poziom z końca lat 80. Obserwując te zmiany należy sobie uzmysłowić fakt, że nigdy przyrost nowych promocji doktorskich nie był porównywalny z krajami rozwiniętymi. Niedostatek pracowników z doktoratem jest obecnie tym bardziej odczuwalny, że w ciągu ostatniego okresu nastąpił trzykrotny wzrost liczby studentów, a więc znacznie wzrosło zapotrzebowanie jakościowe i ilościowe na kadrę dydaktyczną; stąd nadmiar nadgodzin i wieloetatowość.

Tabela 2. Spadek liczby nowo nadawanych tytułów i stopni naukowych w latach 90.
Rok 1989 1990 1991 1992 1993 1994 1995 1996 1997
Liczba nowych
tytułów
profesorskich
910 804 451 568 447 379 367 543 390
Liczba
zatwierdzonych
habilitacji
745 973 593 1031 912 759 628 784 676
Liczba nowych
stopni
doktorskich
2399 2324 1500 1800 2000 2300 2300 2400 2586

STARE POTWORY

Informacje na temat szkód wynikających z wieloetatowości i propozycje przeciwdziałania niepożądanym skutkom tego zjawiska były od lat przekazywane władzom przez rektorów, jednak, jak na razie, wysiłki te nie dały pożądanych efektów. Preferowana jest ilość a nie jakość. Przeciążeni pracownicy w pogoni za dodatkowymi zarobkami, zachęcani finansowo przez powstające jak grzyby po deszczu uczelnie bez kadry, nie mają czasu na podwyższanie własnych kwalifikacji, na stymulowanie rozwoju młodej kadry, na właściwe przykładanie się do zajęć. Kolejnym groźnym symptomem kryzysu szkolnictwa wyższego jest ucieczka najaktywniejszych pracowników, głównie z grupy asystentów i młodych adiunktów, do przedsiębiorstw. Właściwie zjawisko to powinno być godne poparcia i stanowić powód do zadowolenia. Pomoc w podnoszeniu kwalifikacji na każdym etapie życia i umożliwianie zdobywania najwyższych kwalifikacji powinno należeć do priorytetowych zadań uczelni. Szkoły wyższe nie mają jednak obecnie środków do odtworzenia kadry, a ponadto pośród uzdolnionych absolwentów brakuje chętnych na podejmowanie kariery akademickiej, głównie z uwagi na wysokość oferowanych wynagrodzeń. Powstała głęboka luka pokoleniowa, a wiele wydziałów zachowuje uprawnienia akademickie jedynie dzięki zatrudnianiu profesorów emerytowanych. Spadająca liczba nowych tytułów naukowych szybko sprowadzi te jednostki do rzeczywistości. Odmłodzenie kadry naukowo-dydaktycznej stanowi wyzwanie nie tylko dla uczelni, ale powinno zostać wpisane do najważniejszych zadań władz państwowych. To one dzielą dostępne środki stymulując rozwój zagrożonych dziedzin. Do odtworzenia kadry, oprócz środków finansowych, potrzeba również dużo czasu. Im później otrzymamy konieczne środki, tym trudniej będzie odrobić straty. Rodzą się pomysły sugerujące rozwiązanie tego problemu poprzez przemianowanie doktorów bez habilitacji na pełnoprawnych profesorów. Do niedawna byłem przekonany, że już nigdy ten antyakademicki pomysł, rodem z marca 1968 roku, nie zostanie wyciągnięty z lamusa. Okazuje się, że stare potwory ciągle straszą i lęgną się w głowach, niezależnie od poglądów politycznych.

CUD GOSPODARCZY

Ratowanie szkolnictwa wyższego jest potrzebne nie samemu szkolnictwu, nie do zapewnienia stanowisk pracownikom szkół wyższych, lecz, zgodnie ze słowami premiera J. Buzka, "do prawidłowego rozwoju państwa polskiego". Wysoki stopień skolaryzacji, czyli duży udział studentów w całej populacji, jest ze wszech miar korzystny dla państwa. Nie tylko sprzyja podnoszeniu poziomu intelektualnego społeczeństwa i stymuluje wszechstronny jego rozwój, ale również istotnie przyczynia się do obniżenia stopy bezrobocia. Utworzenie nowych miejsc na studiach jest znacznie tańsze niż przygotowanie nowych stanowisk pracy, zasiłek dla bezrobotnego przewyższa średni koszt kształcenia, a ponadto ludzie wykształceni znacznie łatwiej znajdują pracę oraz częściej podejmują ryzyko zakładania własnego przedsiębiorstwa. Od kilku lat władze przedstawiają jako swój wielki sukces obniżający się poziom bezrobocia. Ten niewątpliwy sukces został osiągnięty bez znacznego wzrostu liczby nowych stanowisk pracy. Na czym więc polega ten cud gospodarczy? Głębsza analiza wskazuje wyraźnie, że obniżenie stopy bezrobocia w Polsce zostało spowodowane spadkiem liczby osób aktywnych zawodowo (głównie przejście na renty i emerytury) oraz znacznym wzrostem populacji studentów. Uczelnie w latach 90. wchłonęły ogromną armię absolwentów szkół średnich, opóźniając ich wejście w życie zawodowe. W 1990 r. było w Polsce niecałe 380 tys. studentów, podczas gdy w 1997 roku ich liczba przekroczyła 1,08 mln. Duży udział w tworzeniu nowych miejsc na studiach mają szybko rozwijające się uczelnie prywatne, ale największy bezwzględny przyrost nastąpił w szkołach publicznych. Gdyby więc nie szkolnictwo wyższe, szeregi bezrobotnych zasiliłoby ponad 700 tys. młodych ludzi.

INNE ŹRÓDŁA

Porównując sytuację finansową uczelni ze stanem sprzed przemian polityczno-ekonomicznych, należy uwzględnić nie tylko spadek dotacji budżetowej z 1,05 proc. PKB w 1990 r. do 0,83 proc. w 1998 r., ale i zanik pomocy ze strony biznesu. Jeszcze pod koniec lat 80. wiele uczelni pozyskiwało do kilkudziesięciu procent swojego dochodu ze źródeł pozabudżetowych. Obecnie zadłużone kopalnie, huty, stocznie i inne duże przedsiębiorstwa nie są w stanie uczestniczyć w dofinansowaniu szkolnictwa wyższego. Natomiast wielu polskich menedżerów deklaruje i widzi potrzebę takiej pomocy, jednak pod warunkiem zmiany obowiązującego systemu podatkowego. Jest to więc następny problem, który może rozwiązać jedynie ustawodawca, a inicjatywa ustawodawcza leży w rękach rządu.

Ostatnio lansowane są poglądy o możliwości poprawy finansowania szkolnictwa wyższego poprzez wprowadzenie powszechnej współodpłatności za studia. Jest to płonna nadzieja, ponieważ już obecnie ponad 70 proc. polskich studentów całkowicie lub w znacznej części ponosi koszty studiów. Upowszechnienie współodpłatności za studia może jedynie zmienić obciążenie poszczególnych studentów, tzn. rozłożyć czesne bardziej równomiernie. Ten zabieg, jeżeli nie zmniejszy, to na pewno nie zwiększy dochodów szkolnictwa wyższego, a dotknie boleśnie uzdolnioną młodzież z najbiedniejszych rodzin. Wprowadzane aktualnie kredyty dla studentów niewiele poprawią sytuację. W roku bieżącym spadła, po raz pierwszy od wielu lat, liczba nowo przyjętych studentów na studia odpłatne. Jest to alarmujący sygnał świadczący, że społeczeństwo nie jest w stanie dłużej ponosić znacznych i stale rosnących kosztów kształcenia w Polsce.

Prof. dr hab. inż. Aleksander Kołodziejczyk, chemik, jest rektorem Politechniki Gdańskiej.

Uwagi.