Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 1/1999

Nieuzasadnione obawy
Poprzedni Następny

Uczelnie wyższe obawiały się, że szkoły zawodowe pochłoną znaczną część budżetu przeznaczonego na szkolnictwo wyższe.

Rozmowa z prof. Andrzejem Bałandą, przewodniczącym Konferencji Rektorów Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych

Fot. Andrzej Swic
Prof. dr hab. Andrzej Bałanda (ur. 1941), fizyk, ukończył studia na UJ w 1963 r pod kierunkiem prof. Henryka Niewodniczańskiego. Wykonał pionierskie w Polsce badania w dziedzinie spektroskopi jądrowej uprawianej na wiązce cząstek naładowanych. Od 1978 zajmuje się fizyką ciężkich jonów i spektroskopią dileptonów. Liczne zagraniczne pobyty naukowe, m.in. w ZIBJ w Dubnej, GSI w Darmstad, Wolnym Uniwersytecie w Amsterdamie, KIV w Groningen. Członek zarządu zespołu HADES. Jest rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Sączu i przewodniczącym Konferencji Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych. Hobby: turystyka wysokogórska (członek Klubu Wysokogórskiego i instruktor taternictwa jaskiniowego) i uprawa kwiatów i ziół.

W dyskusji na temat powołania wyższych szkół zawodowych padały głosy, że być może pieniądze lepiej wyłożyć na infrastrukturę w istniejących dużych ośrodkach akademickich, tak aby młody człowiek miał szansę zobaczyć prawdziwe środowisko akademickie i przyzwyczaić się do samodzielności.
- Jest w tym dużo racji, ale istnieją także inne argumenty. Wielu z tych młodych ludzi, którzy studiują np. w Nowym Sączu nie byłoby stać na studia w odległym ośrodku. Oni po prostu nie podjęliby studiów. Dodatkowo istnieją silne aspiracje środowisk lokalnych, aby tworzyć wyższe uczelnie, a przez to także lokalne elity intelektualne. Przedstawiciele władz samorządowych gotowi są współfinansować powstające uczelnie i tworzyć dla nich bazę lokalową. Takiego zainteresowania i takiej ofiarności nie byłoby, gdyby uczelnie zawodowe nie miały szansy powstać.

- Jednym z głównych argumentów było odwoływanie się do niskich kosztów studiowania w mniejszych miastach, a tym samym większej dostępności studiów dla kandydatów z rodzin mniej zamożnych. Czy tak jest w rzeczywistości?
- Zdecydowanie tak. W Nowym Sączu obok naszej szkoły działa uczelnia niepaństwowa. Można powiedzieć, że jest to uczelnia renomowana, znana nie tylko w naszym regionie, ale i w całej Polsce. Wielu jej studentów to młodzi ludzie z innych stron, nawet z zagranicy. Rzut oka na parking pozwala stwierdzić, że wielu studentów tej szkoły pochodzi z rodzin dobrze sytuowanych. W naszej szkole większość studentów to osoby z regionu nowosądeckiego, pochodzący z rodzin niezamożnych. Wiem na pewno, że wielu z tych studentów, którzy trafili do naszej szkoły, nie studiowałoby, gdyby nie bezpłatne studia w szkole państwowej. Ci studenci nie tylko nie płacą za studia, ale co trzeci z nich otrzymuje pomoc socjalną.

- Środowisko szkół państwowych mocno kontestowało ideę powołania wyższych szkół zawodowych. Z biegiem czasu to nastawienie uległo chyba zmianie?
- Uczelnie wyższe obawiały się, że szkoły zawodowe pochłoną znaczną część budżetu przeznaczonego na szkolnictwo wyższe. Porównując proporcje - w szkołach zawodowych zaczęło w tym roku studia 4 tys. studentów, a w pozostałych uczelniach państwowych studiuje ponad 1 mln młodych ludzi - widać, że te obawy były nieuzasadnione. Nasz budżet to zaledwie ułamek procenta całego budżetu szkolnictwa wyższego. Na dodatek istniały obawy o poziom kształcenia w nowopowstałych szkołach. One także przy bliższym zapoznaniu się z działalnością wyższych szkół zawodowych powinny zostać rozwiane. W rozmowach z rektorami dużych uczelni akademickich widzę, że ich stosunek stopniowo zmienia się na pozytywny, wręcz deklarują współpracę.

- Państwowe wyższe szkoły zawodowe miały być w pewnym sensie poligonem doświadczalnym, na którym chciano wypróbować niektóre rozwiązania, zanim wejdą do ustawy o szkolnictwie wyższym. Wprowadzono np. instytucję kanclerza, konwent, mocniejszą pozycję rektora, Komisję Akredytacyjną Wyższego Szkolnictwa Zawodowego. Czy te rozwiązania sprawdzają się?
- Szkoły zawodowe tak naprawdę funkcjonują od października ubiegłego roku, bo wcześniej trwał okres ich tworzenia. To trochę za krótko, aby w pełni ocenić funkcjonowanie różnych mechanizmów. Ale na przykład w odniesieniu do stanowiska kanclerza, któremu podlega cała administracja, i który zajmuje się wszystkimi sprawami finansowymi, to już widać, że jest to w pewnym sensie odciążenie rektora od obowiązków dnia codziennego. Rektor ma wówczas większą możliwość koncentrowania się na polityce zewnętrznej uczelni, tworzeniu nowych kierunków, dobieraniu odpowiedniej kadry, a więc sprawach związanymi z nauką i tokiem studiów. Z doświadczeń dziewięciu powstałych dotychczas uczelni zawodowych widać już, że funkcja kanclerza, jako dyrektora generalnego, jest dobrym rozwiązaniem.

- A konwent?
- Konwent to ciało funkcjonujące na kształt rady nadzorczej. Można by go porównać do władzy ustawodawczej. To są na ogół ludzie reprezentujący władze samorządowe, jakieś lokalne organizacje czy przedsiębiorstwa - ludzie związani z regionem. Oni wiedzą najlepiej, jakie jest w regionie zapotrzebowanie na kadrę z wyższym wykształceniem i jakich ludzi najbardziej brakuje. Natomiast rektor i senat są taką władzą wykonawczą. W skład konwentu wchodzą także rektor, prorektor, kanclerz. Tam dyskutuje się o perspektywach rozwoju uczelni: jakie kierunki kształcenia warto byłoby rozwijać, jak pozyskiwać bazę lokalową.

- Zatem nawet z tak krótkiej perspektywy widać, że jest to ciało spełniające swoją funkcję.
- W skład konwentu wchodzą przedstawiciele władzy lokalnej. Oni z reguły są mocno zainteresowani rozwijaniem szkolnictwa wyższego na swoim terenie. W przypadku szkoły sądeckiej ustaliliśmy, jeszcze przed wyborami samorządowymi, że przewodniczącym konwentu, niezależnie od tego kto wygra wybory - a z mocy ustawy nie może to być nikt z uczelni - powinien być prezydent miasta. To stwarza sytuację, w której przedstawiciele konwentu czują się mocno zaangażowani w sprawy uczelni. Zwłaszcza w mniejszych miastach jest to bardzo ważne. Myślę, że warto wykorzystać te doświadczenia w nowej ustawie.

- Ustawa wyraźnie precyzuje, że w uczelniach zawodowych student musi odbyć co najmniej 2200 godzin zajęć dydaktycznych, a na studiach zaocznych i wieczorowych 80 proc. tej liczby oraz 15 tygodni praktyki zawodowej. Takiego zapisu nie ma w ustawie o szkolnictwie wyższym.
- Tak, to jest paradoks i w wielu uczelniach akademickich są prowadzone odpłatne studia przy o wiele mniejszym obciążeniu dydaktycznym. Podobnie ma się rzecz z zajęciami w szkołach niepaństwowych. Tam również wymiar godzin bywa o wiele mniejszy. Szkoły niepaństwowe powstałe przed 1997 rokiem mają trzy lata na zdobycie uprawnień do prowadzenia studiów magisterskich, co da im status szkoły akademickiej. W przeciwnym przypadku - o ile do tego czasu oczywiście nie zacznie obowiązywać nowe prawo o szkolnictwie wyższym - wymagania ustawy z czerwca 1997 r. będą dotyczyły także tych uczelni. Na razie, paradoksalnie, te najostrzejsze rygory dotyczą tylko nowopowstałych szkół zawodowych.

- Pojawiła się ostatnio w Sejmie inicjatywa złagodzenia wysokich limitów i surowych wymogów zapisanych w ustawie. Proponuje się zmniejszenie tych wymogów do 70 proc. na studiach wieczorowych, a na studiach zaocznych do 50 proc. liczby godzin przewidzianych dla studiów dziennych.
- Znam tę propozycję, ponieważ byłem proszony przez posłów o jej zaopiniowanie. Uważam, że inicjatywa o tyle idzie w dobrym kierunku, że zauważa iż w różnych typach uczelni obowiązują różne wymagania. Moim zdaniem kwestia nie tkwi w obniżeniu kryteriów, ale w ich ujednoliceniu dla wszystkich typów szkół wyższych.

- Nie jest chyba łatwo zaangażować odpowiednią kadrę. Najlepsi i najaktywniejsi z reguły już pracują na kilku etatach.
- Tworzenie szkoły w małej miejscowości wymaga oczywiście wielu starań, w tym pozyskania odpowiedniej kadry. W ogromnej większości musi to być kadra przyjezdna. To wiąże się z problemem wieletatowści. Uważam, że wymagania stawiane uczelni zawodowej, aby mogła otworzyć nową specjalność, są bardzo niskie. Być może nawet za niskie: jeden samodzielny pracownik, a więc profesor lub doktor habilitowany, oraz czterech wykładowców, z których co najmniej dwóch musi mieć stopień doktora. Tu zresztą, moim zdaniem, zbyt rygorystycznie przypisuje się człowieka do danej specjalności, bo przecież może on być także wykorzystany do kształcenia także na innych specjalnościach. Ważne, aby cała uczelnia miała silną kadrę. Wprowadzenie od zaraz jednoetatowści - o czym mówi się na przykład przy okazji dyskusji nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym - spowoduje, że takie szkoły, jak nasza będą miały duże kłopoty z kadrą. Na niektórych kierunkach - na przykład ekonomicznych, neofilologicznych, gdzie znaczna część wykładowców zangażowana jest w kształcenie w szkołach niepaństwowych, które są w stanie zaoferować wykładowcom znacznie wyższe stawki niż moja uczelnia - ta sytuacja jest wyjątkowo trudna. Jeśliby doszło jeszcze do wprowadzenia wymogu jednoetatowości czy na przykład rygorystycznie wydawanych pozwoleń na pracę na drugim etacie, to szkoły zawodowe będą miały duże trudności. W okresie początkowym, dopóki nie wykształci się nasza własna kadra, muszą obowiązywać jakieś inne rozwiązania np. okres dostosowawczy na wychowywanie młodych nauczycieli akademickich, którzy dzięki mieszkaniom oferowanym przez lokalny samorząd będą skłonni podejmować pracę w mniejszych miejscowościach. To wymaga czasu.

- Wyższe szkoły zawodowe kształcą na specjalnościach, a nie, jak inne uczelnie, na kierunkach. Czy to jest istotne rozróżnienie?
- Jeżeli ministerstwo edukacji zgadza się na tak niskie wymagania kadrowe, żeby prowadzić daną specjalność, to może rzeczywiście konsekwencją tego powinno być podkreślenie, że jest to kształcenie innego rodzaju niż w pozostałych szkołach wyższych.

- Wnioski o tworzenie nowych szkół opiniowane są przez Radę Główną Szkolnictwa Wyższego, a także przez Komisję Akredytacyjną Wyższego Szkolnictwa Zawodowego. Zdarza się, że opinie się różnią.
- W opiniach Rady Głównej kładzie się nacisk na merytoryczną wartość zgłoszonych wniosków i wymagania odnośnie kadry. KAWSZ z reguły sprawdza na miejscu, jak wyglądają w praktyce przedstawione we wniosku warunki. Komisja stosuje odrobinę inne kryteria. Jednak oba te ciała wydają jedynie opinie. Ostateczną decyzję podejmuje minister edukacji i to on ponosi odpowiedzialność za funkcjonowanie szkół wyższych. Ministerstwo powinno także sprawować nadzór nad realizacją zobowiązań przedstawianych we wniosku, a z tym nie zawsze jest najlepiej.

- Komisja Akredytacyjna Wyższego Szkolnictwa Zawodowego wydała ostatnio kontrowersyjną uchwałę, w której zdecydowanie wypowiada się przeciw drożności studiów licencjackich i automatycznej możliwości ich kontynuacji na studiach magisterskich.
- Ja to rozumiem jako wskazanie celu działania szkół zawodowych. Powinny one przygotowywać do wykonywania zawodu. I z tym się zdecydowanie zgadzam, ale uważam, że jeśli młody człowiek jest na tyle zdolny, iż ma zamiar kontynuować studia, to nie można przed nim tej drogi zamykać. Trudno młodym ludziom, którzy w momencie wyboru nie mają najczęściej przeglądu sytuacji, zabronić kontynuacji nauki i powiedzieć: "Stop - wybraliście szkolnictwo zawodowe i nie możecie się dalej uczyć". Dlaczego osoba, która wybrałaby studia licencjackie w uczelni akademickiej, miałaby mieć możliwość ich kontynuacji na studiach uzupełniających, a ci, którzy wybiorą szkoły zawodowe, nie. Sam, jeżeli trafię na takiego zdolnego studenta, gotów jestem zaproponować mu studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie nadal prowadzę zajęcia.

Rozmawiał
Andrzej Świć

Uwagi.