Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 3/1999

Inglotowie
Poprzedni Następny

Nie wystarczy talent, łut szczęścia, trzeba dochodzić do wyników w wielkim
trudzie i zawsze kosztem czegoś innego. Jednak pochłonięci swoimi badaniami,
umieli koszty wyważyć tak, żeby nikt nie miał poczucia krzywdy.

Magdalena Bajer

Fot. Stefan Ciechan
Stefan Inglot przed maturą
wziął udział w obronie Lwowa

Daleko wędrowali do siebie goszczący mnie we wrocławskim mieszkaniu państwo profesorowie: Anna z Dubowskich Inglotowa i Mieczysław Inglot. Ich córka już we Wrocławiu się urodziła i przyszła na nasze spotkanie, choć zastrzega się, że wprost tradycji "uczonej" kontynuować nie będzie. Jej starszy brat Tomasz czyni to udatnie, ale nie mógł być obecny, mieszka bowiem w Stanach Zjednoczonych, odwiedzając dom rodzicielski i Ojczyznę raz po raz.

Ze wsi światłej do "zawsze wiernego"

Pierwotne brzmienie nazwiska niemieckich kolonistów, osiadłych w XIV wieku w podłańcuckiej wsi Albigowa, brzmiało prawdopodobnie: Engelhardt. Poprzez Englatów, Inglatów - zwą się od dawna już Inglotami.

Albigowa była, jak powiada prof. Mieczysław, wsią "postępową", mieszkańców oświecali księża-organicznicy, ucząc nowoczesnego uprawiania ziemi, rozbudzając ciekawość rzeczy dziejących się poza opłotkami. Jego ojciec Stefan, urodzony w r. 1902, uczył się w gimnazjum łańcuckim, przerywając edukację tuż przed maturą na udział w obronie Lwowa. Potem jeszcze wojował z bolszewikami i we Lwowie pozostał na studiach odbywanych pod kierunkiem prof. Franciszka Bujaka, wybitnego uczonego, również chłopskiego pochodzenia, jednego z twórców polskiej szkoły ekonomicznej w okresie międzywojennym. Doktorat i habilitację robił poza uniwersytetem, pracując w Ossolineum i wykładając w Akademii Handlu Zagranicznego. Nie mógł otrzymać katedry zajmowanej przez czynnego naukowo, choć niemłodego już, swego mistrza, został jednak "profesorem tytularnym" już w 1938 r. Pracę habilitacyjną Koloni w średniowiecznej Alzacji ogłosił najpierw po francusku, gdyż niektórzy ówcześni członkowie PAU kwestionowali wagę badań nad dziejami chłopów, czym od początku zajął się Stefan Inglot. Habilitację 30-letniemu badaczowi przyznano, on zaś pozostał przy swych zainteresowaniach, a także politycznej orientacji ludowca. Podczas wojny był prezesem nielegalnego Stronnictwa Ludowego i zajmował się tajnym nauczaniem, nadal pracując w Ossolineum. W r. 1944 został aresztowany, przypadkowo.

Po wojnie objął w Krakowie katedrę w Studium Spółdzielczym Wydziału Rolniczego UJ, organizując jednocześnie Katedrę Historii Społecznej i Gospodarczej w Uniwersytecie Wrocławskim. W roku 1951 władze komunistyczne spętały ruch spółdzielczy więzami ideologii, a krakowskie Studium zamknęły. Prof. Stefan Inglot wyjechał do Wrocławia.

Znad Naroczy przez Sybir

Nad jeziorem Narocz w nowogródczyźnie, o którym uczono przed wojną, że jest największe w Polsce, Dubowscy mieli mały majątek Buraki. Rodzina zubożała po powstaniu styczniowym. Ojciec Anny Inglotowej po paru klasach gimnazjum wstąpił do Szkoły Junkrów w Carskim Siole, kończąc ją z odznaczeniem, co pozwalało mu wybrać pułk, gdzie chciał służyć. Wybrał Irkuck, odległy od frontów Wielkiej Wojny. Po wybuchu rewolucji rodzina przedostała się do kraju, żeby zdążyć na wojnę polsko-bolszewicką.

Matka była jedną z pierwszych absolwentek medycyny w polskim uniwersytecie w Wilnie. Od razu poszła pracować na prowincję, gdzie u progu niepodległości lekarzy bardzo było potrzeba. Własne dzieci karmiła piersią, w zgodzie z najgłębszym przekonaniem i tym, co zalecała pacjentkom. Brała nas na sanie słomą moszczone i jechała kilometrami do porodu albo jakiej małej operacji. Lekarzem-praktykiem pozostała do końca życia, pracując - po drugiej wojnie światowej - na Dolnym Śląsku, znowu w terenie, jako znakomity pediatra.

Ojca pani Anny aresztowali Sowieci zaraz po wkroczeniu w 1939 r., a że był wójtem, znanym był z sympatii piłsudczykowskich, czekał go los najgorszy. Przeżył jednakże jeden z najcięższych łagrów nad Morzem Białym, pracując jako felczer, czego trochę nauczył się od żony. Jako jeden z pierwszych trafił do armii Andersa, wyciągając z kazachskiego kołchozu wywiezioną tam rodzinę. O tej wywózce napisano w jednej z zesłańczych książek, mnie państwo Inglotowie pokazali "sybirską" fotografię trzech córeczek Dybowskich, które należą dzisiaj do "uczonego rodu". O Annie będzie jeszcze sporo, Barbara jest profesorem antropologii w PAN-owskim Zakładzie we Wrocławiu, ukończywszy wcześniej medycynę, Krystyna, średnia, wybrała studia w Akademii Rolniczej.

Przedtem była praca matki nad siły, żeby przeżyć, pełna "filmowych sytuacji", jak ta, kiedy pani doktor, wróciwszy do zasypanej śniegiem po komin lepianki, znalazła córki zaczadzone niemal śmiertelnie i odratowała je dzięki swym lekarskim umiejętnościom. Była tułacza droga do kraju z przystankiem trzymiesięcznym nad Kanałem Sueskim, gdzie Anna z zapałem łowiła ryby.

Nad Odrą

Mieczysław Inglot kończył studia polonistyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim u prof. Kazimierza Wyki, co nie całkiem było zgodne z pragnieniami prof. Inglota seniora, obawiającego się, że nie zapewni to synowi chleba. Stawiał mu za wzór stryja Jana Inglota, który ukończywszy Politechnikę Lwowską, znalazł pod doktoracie ciekawą i zapewniającą niezły byt pracę w Ostrowcu Świętkorzyskim, by po wojnie na Śląsku zakończyć karierę jako profesor przemysłowego instytutu w Gliwicach.

Mieczysław Inglot jednak pisał wiersze i miał nawet wieczór poetycki wspólny z Tadeuszem Nowakiem, znanym później pisarzem. Skończył polonistykę, otrzymał aspiranturę i, niedługo przed doktoratem poznał, na obozie studenckich kół naukowych, Annę Dubowską, która, jeszcze studiując, dostała pracę w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej im. Ludwika Hirszfelda we Wrocławiu. Inglot junior przeniósł się więc do miasta nad Odrą, gdzie zresztą mieszkali jego rodzice, gdzie znalazł opiekuna i współpracownika w badaniach nad romantyzmem, w osobie prof. Bogdana Zakrzewskiego. Pytany o inspiracje do pracy naukowej przypisuje je ojcu, który we Wrocławiu właśnie stworzył większą część swego dorobku, liczącego ponad 400 publikacji, ale i inicjatywę zorganizowania w PAN Komisji Koordynacji Badań nad Historią Wsi oraz prowadził wieloraką działalność, powiedzmy, inspiratorską. Bezpośredni wpływ miały kontakty z prof. Wyką, uczonym o wielkiej wyobraźni i rozległych historycznoliterackich zainteresowaniach.

Prof. Anna Inglotowa mówi: Chciałam iść na medycynę i tylko na medycynę, ale już od trzeciego roku studiów bardziej interesowała mnie medycyna eksperymentalna i nauka niż praktyka. Wyznaje jeszcze: Moim marzeniem było zawsze zrobić coś wielkiego eksperymentalnego. Zaraz po studiach, w r. 1959, dzięki pomocy przyrodniego brata, wyjechała na stypendium do Stanów Zjednoczonych, trafiając do kilku znakomitych ośrodków badawczych, m.in. Ann Arbor, Michigan. Nie ostatnią korzyścią z tego powodu jest znajomość języka - prof. Anna od sześciu lat redaguje w języku angielskim pismo, założone kiedyś przez Ludwika Hirszfelda, "Archivum Immunologiae Terapiae Experimentalis", "wyciągnąwszy" je z kryzysowych tarapatów u progu najnowszej wolności.

Pytam o "wielką rzecz". Będą nią chyba wyniki prowadzonych od kilku lat badań nad leczeniem choroby Alzheimera, do czego zespół pani profesor stosuje siarę owiec, a dokładniej jedną z zawartych tam substancji. To, co chroni mózg noworodka przed inwazją czynników zakaźnych, z jakimi organizm styka się po urodzeniu, łagodzi wiele objawów choroby wieku podeszłego.

Oboje państwo Inglotowie mają po około 200 prac naukowych, każde w swojej dziedzinie. Oboje angażują się w upowszechnianie wiedzy, o co w dziedzinie prof. Inglota chyba nieco łatwiej. Oboje działają w towarzystwach naukowych, są członkami komitetów redakcyjnych. O popularyzacji uprawianej przez panią Annę godzi się powiedzieć, że jedną z jej książek, Tajemniczy świat wirusów, recenzowała pochlebnie, z górą 20 lat temu, Wisława Szymborska.

Geny silniejsze

Prof. Anna zdecydowanie twierdzi, że w rodzinie geny humanistyczne mają przewagę nad przyrodniczymi. Po mieczu idą od dziadka Stefana, którego córka uczonego małżeństwa Dorota dobrze pamięta otoczonego książkami i zawsze zajmująco pokazującego, jakie bogactwo ducha, myśli, wiedzy i ciekawych rzeczy w książkach jest zamknięte. Nikt z rozmówców nie potrafi wymienić niczego innego, poza nauką, czym zajmowałby się dziadek Tomasza i Doroty. W obrębie nauki wszakże interesował się żywo pracami synowej, choć były z zupełnie innej dziedziny niż jego własna. Rozmowy tych dwojga bywały dla pani Anny okazją do szlifowania umiejętności popularyzatorskich.

Wnuki dorastały pośród wymienionych tu rozlicznych umysłowych zajęć domowników. Los Tomasza powikłała najnowsza historia. Został najmłodszym więźniem politycznym we Wrocławiu, po czym zaproponowano mu "paszport w jedną stronę". Miał wtedy 22 lata i prawie ukończoną anglistykę. W Stanach Zjednoczonych przeszedł - w czterech uniwersytetach - wszystkie szczeble kariery naukowej i teraz jest profesorem kontraktowym w bardzo dobrym uniwersytecie w Minneapolis. Zajmuje się politologią, co, zdaniem jego ojca, wymaga bliższego objaśnienia: Bada przemiany prowadzące do rekapitalizacji w Europie wschodniej, skupiając się na zagadnieniach ubezpieczeń społecznych" Tomasz Inglot parę lat temu otrzymał stypendium im. Fulbrighta na przyjazd do Polski. Przyjeżdża, jak już wiemy, raz po raz, w związku ze swymi zainteresowaniami badawczymi, a za oceanem pielęgnuje w domu zapamiętane lwowsko-wileńskie tradycje, z czym wiąże się np. posyłanie mu na Boże Narodzenie grzybów. Żona jest Polką, historykiem sztuki i wykładowcą, a ostatnio autorką pięknie wydanej pracy o twórczości Magdaleny Abakanowicz.

Pani Dorota skończyła polonistykę, potwierdzając tezę matki o genach, co uważa za "najzupełniej naturalne". Wcześniej były dobre stopnie w szkole, wygrany konkurs, rozmowy z dziadkiem i dyskusjami z nauczycielką. Swój drugi fakultet - anglistykę, zawdzięcza bratu i rodzicom, którzy dbali o naukę tego języka i obecność angielskiej literatury w domu. Pani Dorota uważa, że chyba jest "bardziej anglistką" niż Tomasz, który miał zawsze skłonność do nauk politycznych, ale w latach studiowania nie mógł jej w Polsce zaspokoić. Jej mąż jest lekarzem, co może wzmocnić przyrodnicze geny w następujących pokoleniach. Pani Dorota wszakże bardzo stanowczo powtarza, że pracować naukowo nie zamierza, choć bardzo podziwia rodziców za to właśnie, iż są uczonymi.

Prof. Anna Inglotowa: Żeby być naukowcem, trzeba mieć osobowość, niestety, egocentryczną. Jeżeli jest coś na warsztacie, to jest dzień i noc. Powstaje np. pomysł w środku nocy czy po obudzeniu się, z tym się żyje i nie można tego opuścić. Zdaniem uczonej, nie wystarczy talent, łut szczęścia, trzeba dochodzić do wyników w wielkim trudzie i zawsze kosztem czegoś innego. Jednak państwo Inglotowie, pochłonięci swoimi badaniami, umieli koszty wyważyć tak, żeby nikt nie miał poczucia krzywdy. Córka czuje, że tego by nie umiała, dostrzegając bardzo trafnie główne motywacje postępowania każdego z rodziców.

Prof. Mieczysław Inglot: To jest trochę robota dla roboty, tzn. jak coś robię, to wiem, czy to opublikuję, czy nie, ale chcę to coś rozwiązać, zrobić do końca. I zawsze chcę mieć przed sobą zadanie. Dotychczas mi się udaje.

Nie słyszałam podczas tego spotkania utyskiwań na złą kondycję materialną ludzi nauki. Widziałam, jeśli tak to wolno określić, średni dobrobyt. Z pewnością moi gospodarze znaleźli to, co ich prawdziwie absorbuje, pochłania większość zainteresowania światem i większość czasu. Jest to zarazem coś, co daje perspektywę ważnych odpowiedzi, satysfakcji z tego, że się coś zrobiło po raz pierwszy i że postawione pytanie nie będzie ostatnim. Jeśli spróbuję jednym słowem określić atmosferę tego domu, powinno to być słowo: harmonia. Nic w niej z genetycznego dziedzictwa, ile zaś indywidualnej zasługi?

Tekst powstał na podstawie audycji "Rody uczone", nadawanej cyklicznie w Programie I Polskiego Radia SA, sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Uwagi.