Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

Dyskretny urok grantów
Poprzedni Następny

Trawestując obiegowe porzekadło o gentlemenach
i pieniądzach należałoby rzec, że naukowa
burżuazja o grantach nie dyskutuje.
Ona je ma.

Roman Ger

Fot. Stefan CiechanNa początku niech będą słowa: Sprawiedliwej metody nie ma. W tej chwili trudno mówić, moim zdaniem, o spójnej i racjonalnej polityce podziału środków na badania (prof. Andrzej Wiszniewski, „Forum Akademickie”, luty 1998, str. 12). Po takiej wypowiedzi urzędującego przewodniczącego Komitetu Badań Naukowych, gdybym chciał pozostać wiernym mottu, „Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy” (Stanisław Ignacy Witkiewicz, Szewcy), stanowiącego moją życiową dewizę, na temat grantów powinienem milczeć. Dwa są powody, że tego nie czynię. Milczenie w sytuacji, gdy sprawiedliwości nie ma, uważałem zawsze za moralnie naganne (choć wielu postawę taką poczytywało i poczytuje sobie za heroizm). Powód drugi jest bardziej prozaiczny, za to katalizujący: o wypowiedź na temat moich „doświadczeń z grantami” poprosiła mnie redakcja „Forum” w nadziei, że „publiczna dyskusja na ten temat przyczyni się do poprawy sytuacji”. W głębokim przeświadczeniu, że sytuacja poprawy (a nawet naprawy) istotnie wymaga, prośbie redakcji postanowiłem uczynić zadość.

KOPIUJEMY JAK PAPUGI

Ponieważ chodzi o moje „doświadczenia z grantami”, więc takie kwestie, jak geneza utworzenia Komitetu Badań Naukowych, ogólna kondycja nauki polskiej i tym podobne generalia traktuję jako aksjomaty. Nie zaliczam do nich wszakże samej idei ustanowienia instytucji grantów. Pomysł ten, jak większość innych zapędów reformatorskich (dotyczących zresztą nie tylko ustroju nauki) w rzeczywistości post-peerelowskiej, stanowi kalkę wzorów przede wszystkim amerykańskich. Dla mnie nie był on nowy, bo wielokrotnie recenzowałem wnioski o granty matematyków amerykańskich w czasach, gdy w Polsce mało kto lub zgoła nikt o takim pojęciu nie wspominał. „Pomysł” ten jest zatem takim samym przejawem naskórkowej amerykanizacji życia w Polsce, jak np. nikomu niepotrzebna i skutkująca wyłącznie negatywami likwidacja stanowiska docenta albo osławiona „lista filadelfijska”, która w Polsce przybrała kształt gilotyny, a o której poza Polską i Filadelfią mało kto słyszał. By sięgnąć do porównań pozanaukowych, innowacje te tak się mają do trendów światowych, jak smętne cheer girls, które, amerykańskim wzorem, od niedawna pojawiły się na polskich boiskach, do awansu sportu polskiego w rankingach międzynarodowych. Trudno powiedzieć, by w wyniku takich zabiegów organizacyjnych awans stał się zauważalny. Kopiujemy więc te wzorce jak papugi, nie bacząc na różnice cywilizacyjne, kulturowe, a przede wszystkim ekonomiczne.

GRANT NIE HONORARIUM

Niemniej, patrząc na rzecz pragmatycznie i chcąc zapewnić zarówno sobie, jak i swoim współpracownikom możliwość kontynuacji naukowej egzystencji rzuciłem się od razu na głęboką wodę drapieżnego kapitalizmu naukowego, przesyłając swój pierwszy wniosek o grant na ręce dopiero co powołanego (grudzień 1990) dysponenta budżetowych pieniędzy na naukę, tj. na adres stosownej Sekcji Komitetu Badań Naukowych. Woda ta była (i taką pozostała) cokolwiek mętna, a w dodatku... nie umiałem pływać. Myślałem wówczas o całym swoim zespole i wszystkich swoich najbliższych współpracowników wpisałem na listę potencjalnych wykonawców projektu. Wniosek odrzucono. Najpoważniejszy zarzut dotyczył zaplanowanych (w symbolicznej wysokości) środków na honoraria dla członków zespołu. W wyrażonych na piśmie opiniach (dostęp do nich był szalenie utrudniony: tylko osobiście, tylko na miejscu tj. w Departamencie Badań Sekcji nr P3.1 KBN przy ul. Wspólnej w Warszawie i żadnych kserokopii!) stwierdzono, że potraktowałem grant jako możliwość powiększenia uniwersyteckiego uposażenia. Nota bene, do niebotycznych nigdy ono nie należało. Nigdy już potem nie ważyłem się w planowanym kosztorysie nawet wspomnieć o jakichkolwiek honorariach dla wykonawców projektu. Jest to o tyle godne uwagi, że pierwszą korektą kosztorysu grantu – który w końcu, za czwartym podejściem, został mi przyznany – narzuconą mi przez jego obsługę administracyjną, było, obok redukcji zaplanowanych środków, uwzględnienie pewnych kwot na... honoraria dla kierownika projektu i głównego wykonawcy (innych wykonawców nie było).

Po tej debiutanckiej porażce zacząłem wnikliwiej studiować rozmaite instrukcje. Dowiedziałem się o istnieniu „Biuletynu KBN” (nie wiem, czy istnieje nadal; do moich rąk i oczu dotarł tylko nr 1/91) a także Zasad zgłaszania projektów badawczych oraz ich finansowania przez Komitet Badań Naukowych – datowanych na listopad 1990 (?). Lektura ich objętościowo zwielokrotnionej wersji z sierpnia 1993 r., zatytułowanej Kryteria i tryb przyznawania środków z budżetu państwa na finansowanie projektów badawczych, i zawartych tam „objaśnień” wraz z wydanym niezależnie Komentarzem do dokumentu KBN „Kryteria i tryb...” , stanowiła już niebłahe przedsięwzięcie. Niezależnie od Instrukcji opracowania wniosków o sfinansowanie projektu badawczego, uważnie studiowałem również Zasady, jakimi kieruje się SEKCJA MATEMATYKI KBN przy ocenie projektów badawczych, wydane w trosce o to, by były one „znane środowisku matematycznemu w Polsce”. Temu ostatniemu dokumentowi, przyjętemu przez Sekcję Matematyki KBN na posiedzeniu 29 maja 1995 roku, chciałbym poświęcić trochę uwagi.

Wyrażona jest tam m.in. opinia, że zdecydowanie za mało matematyków polskich pracujących naukowo ubiega się o finansowanie swoich badań, na co duży wpływ ma powszechnie znana dyrektywa KBN, by finansować co najwyżej 25 proc. projektów biorących udział w jednym konkursie. I dalej: Opinia ta odstrasza od składania projektów części tych matematyków, którzy, nie zawsze zgodnie z prawdą, uważają się za słabszych. Otóż, to nie jest do końca tak. Bardziej niż niewiara we własne siły „odstraszać” może fakt, że składanie wniosków, których przygotowanie wymaga każdorazowo wygospodarowania (oczywiście, kosztem snu) co najmniej dwutygodniowej niszy czasowej w napiętym wszak rytmie codziennych zajęć i obowiązków, tylko po to, by ktoś inny był beneficjantem bezwzględnie zwiększonych w ten sposób 25 proc. Nosi to wszelkie znamiona zachowań masochistycznych.

BOGACTWO ROZMAITYCH ŚREDNICH

W wymiarze indywidualnym o wiele bardziej kształcąca jest lektura punktu 5. omawianych zasad. Czytamy tam m.in., że w każdym konkursie Sekcja ustalała nieprzekraczalny górny limit kwoty zwanej dalej „jednostką”, która może być przyznana jednostkowemu wykonawcy projektu badawczego. Pełną „jednostkę” przydziela się każdemu matematykowi reprezentującemu poziom międzynarodowy. „Da liegt der Hund begraben”, chciałoby się zakrzyknąć i postawić nowy pomnik na grobowcu nie tyle psa, co idei szlachetnej konkurencji w nauce i może nie w Winterstein w Turyngii, ale np. gdzieś na Mazowszu, nie nazbyt daleko od ulicy Wspólnej. Inskrypcja winna zaś brzmieć: „Tu leży grant pogrzebany”.

Magiczne słowo „międzynarodowy”. Zdawać by się mogło, że wszyscy je rozumieją i to w dodatku jednakowo, ale – aby nie błądzić – pytam, co w istocie oznacza recenzencka wypowiedź na temat osiągnięć potencjalnego kierownika grantu: publikuje w czasopismach o zasięgu międzynarodowym, które należy raczej traktować jako lokalne albo jaka jest intencja konstatacji: publikuje w czasopismach, których jest redaktorem naukowym (to nic, że międzynarodowych). Nie wymyśliłbym tego. To są cytaty z opinii trzeciego recenzenta mojego niegdysiejszego wniosku o grant, na tyle już pokrytego patyną, że skala ocen była jeszcze dziesięciopunktowa. Dwaj pierwsi ocenili projekt odpowiednio na 9 i 8 punktów, cytowany opiniodawca był bardziej powściągliwy i przyznał tylko 4 punkty. W moim absolutnie subiektywnym odczuciu – niejako na zamówienie. Źle się jednak spisał, bo, jak łatwo obliczyć (bez występowania z wnioskiem o grant), średnia arytmetyczna tych trzech ocen wynosi 7. Ta liczba punktów, na mocy jawnej (sic!) deklaracji Komitetu, gwarantowała wówczas „zakwalifikowanie projektu do finansowania”. Średnia taka najwyraźniej jednak uznana została za zbyt prymitywną, co zaowocowało interwencją przedmiotowo właściwej Sekcji. Sekcja zaś, obliczywszy, że projekt zasługuje tylko na 6,79 punktu, zmuszona była w urzędowym piśmie z przykrością zawiadomić [mnie], że projekt nie został zakwalifikowany do finansowania.

Gdyby ktoś pomyślał, że opisuję przypadek absolutnie incydentalny, to spieszę z informacją, że nieco później, przy nadal obowiązującej skali dziesięciopunktowej i poprzeczce automatycznego finansowania podniesionej do ośmiu, mój kolejny projekt, zdaniem recenzentów, zasługiwał odpowiednio na 9,5 oraz 8,5 i 6 punktów. Średnia (arytmetyczna) tych liczb jest równa 8, ale zdaniem Sekcji – jedynie 7,57. Mam pełną świadomość olbrzymiego bogactwa rozmaitych średnich. Tak się bowiem nieco zabawnie składa, że mam powody uważać się za eksperta odnośnej teorii. Złożyłem nawet wniosek o finansowanie projektu badawczego „Wartości średnie i twierdzenia reprezentacyjne w równaniach funkcyjnych”, ale został odrzucony. Szkoda, bo była tam mowa m.in. o średniej geometrycznej, harmonicznej, quasiarytmetycznej, logarytmicznej, średnich całkowych, Stolarskiego, Lagrange’a, Cauchy’ego, Pompeiu, Stamate, Fletta i wielu innych. Ale zapewne problem, czy istnieje taka średnia j trzech zmiennych, że j (9,8,4) = 6,79 oraz j (9,5, 8,5, 6) = 7,57, musi jeszcze jakiś czas pozostać na poziomie empirii.

WIATR OD FILADELFII

A potem doświadczałem wielu jeszcze innych drobnych innowacji, wprowadzanych najpewniej po to, abym się nie nudził lub w gnuśną nie popadł rutynę. Zadbano więc o to, żeby stosowne formularze, skale ocen, przeliczniki, normy, narzuty i temu podobna biurokratyczna strawa stale się zmieniała. Nagle zażądano, aby równolegle do tekstu polskiego złożyć jego angielskie tłumaczenie, aby w chwilę potem z tego zrezygnować, bo przecież zagraniczni recenzenci i tak nie rozumieją polskich realiów. Właśnie, sama tylko merytoryczna ocena projektu mogłaby przysporzyć niepotrzebnych kłopotów i doprowadzić do nieporozumień wynikających z braku rozeznania who is who w polskiej matematyce. Jeden z moich projektów, nie zakwalifikowanych do finansowania, lecz wysoko ocenionych przez Sekcję, potraktowano szczególnie. Zaproponowano mianowicie, aby jedynie zdecydować (na piśmie), czy godzę się, aby wystartował w następnym konkursie, już bez ponownej oceny, z niezmienioną, przyznaną już ilością punktów, i z wyraźną sugestią, że projekt ma wówczas duże szanse na sukces. Zgodziłem się (na piśmie). Pół roku później zawiadomiono mnie, jak zwykle z przykrością, że właśnie zmieniono skalę ocen. Zastosowano wprawdzie stosowne przeliczniki, ale są one niekorzystne dla takich wygodnickich jak ja. Projekt odrzucono. Nic to – powiedziałem, nie tyle jak mały, co błędny rycerz, walczący z wiatrakami napędzanymi filadelfijskim wiatrem. Na otarcie łez, zapewne abym nie popadł w depresję, musiałem zacząć się oswajać z kolejnymi nowinkami rodem zza oceanu: algorytmy, ewaluacje, akredytacje, credit hours, postgraduate studies pod swojsko (?) brzmiącą nazwą studiów doktoranckich, JEP-y (to, dla równowagi, inicjatywa europejska), granty uczelniane, badania własne, działalność statutowa... O grantach można by w tym zgiełku zapomnieć, gdyby nie otrzymywany od czasu do czasu projekt do zrecenzowania. Mam wówczas okazję zobaczyć, jak inni dopraszają się o pieniądze i popadam w melancholijną zadumę.

GRANT SFETYSZYZOWANY

Trawestując obiegowe porzekadło o gentlemenach i pieniądzach należałoby rzec, że naukowa burżuazja o grantach nie dyskutuje. Ona je ma. Dyskretny urok tej burżuazji nie czeka wszakże na swojego Bunuela. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że skromnie woli pozostać niedostrzeżonym. Przecież, nawet bez jakiegokolwiek nagłaśniania, grant jaki jest – każdy widzi. Jego rola nieustannie rośnie, staje się coraz wyraźniej narzędziem selekcji, gdyż w sytuacji ekonomicznej, w jakiej znalazły się uczelnie, systematyczna odmowa finansowania badań prowadzonych przez okrzepłe skądinąd zespoły uczonych, mające w swych szeregach „uznane autorytety międzynarodowe” oraz „specjalistów w skali światowej” (kolejne cytaty z recenzji; podkreślenia moje) skutkować może jedynie izolacją, a w dalszej perspektywie jednostajnie przyspieszoną agonią. Sytuację petryfikuje zjawisko sztucznego rozdymania znaczenia grantów przez samych badaczy i administrację uczelnianą. Coraz częściej zdarza się bowiem, że w rozmaitych sprawozdaniach, samoocenach, wnioskach awansowych itp. odnotowanie otrzymania grantu stoi wysoko, jeśli nie najwyżej w hierarchii prestiżu, przybierając niejednokrotnie sfetyszyzowaną formę. Smutne. W polskiej rzeczywistości amerykańskie zwierciadło znowu okazało się krzywym lustrem.

WARSZAWA MA SWOJE SPOSOBY

Opisane zjawisko za oceanem, jeśli w ogóle gdzieś występuje, to na pewno nie w tak karykaturalnej skali, a co najważniejsze, system grantów nie jest narzędziem eliminacji, by nie rzec eksterminacji. Kogo przez kogo? Nawet za cenę imputowania mi prowincjonalnego kompleksu, nie mogę nie sformułować expressis verbis powszechnie obecnej opinii, w myśl której obok istniejącej pragmatyki awansowej, stosowanej przez, nomen omen, Centralną Komisję, właśnie system przyznawania grantów jest w praktyce emanacją dominacji środowisk stołecznych (i tzw. kół zbliżonych, czytaj: serwilistycznie nastawionych) nad ośrodkami usytuowanymi poza Warszawą. W lwiej części dominacja ta pochodzi z uzurpacji, ale nie bez wpływu jest tu mentalność zaścianka, która każe tzw. prowincji przełykać w pokorze takie m. in. opinie: Stołeczność nakłada na uczelnie warszawskie szczególne zobowiązanie. Jesteśmy bacznie obserwowani przez inne ośrodki, gdyż wierzą one, że mamy większą moc sprawczą (prof. Maciej Wł. Grabski, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, „Forum Akademickie”, lipiec-sierpień 1996, str. 14). Z treści tego artykułu można też domniemywać, że ośrodki warszawskie uczynią wszystko, by to brzemię udźwignąć.

Tak pojęta stołeczność ma jeszcze inne przejawy. Pan prof. Janusz Tazbir, przewodniczący Centralnej Komisji ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych nie chce obrazić Komitetu [tj. KBN, przyp. mój], ale jak największa suma powinna być w dyspozycji samej Akademii [tj. PAN, przyp. mój] (zob. „Forum Akademickie”, kwiecień 1997, str. 13). Opinia ta doskonale współbrzmi z zapisem art. 7. pkt 5. ustawy z 12 września 1990 r. o tytule naukowym i stopniach naukowych, orzekającym, że jeżeli okresowa ocena poziomu działalności naukowej, stanowiąca podstawę nadawania stopni naukowych w jednostce organizacyjnej, jest szczególnie wysoka, Centralna Komisja może postanowić, że uchwały rady tej jednostki o nadaniu stopnia naukowego doktora habilitowanego (...) stają się prawomocne z chwilą podjęcia.

I postanowiła. Od dłuższego już czasu habilitacje nadane przez Instytut Matematyki PAN w Warszawie nie wymagają zatwierdzania przez CK. Z tzw. miarodajnych źródeł usłyszałem: Bo i po co? Wszak to prawie unia personalna. Jaki jest sens dwukrotnego rozpatrywania tej samej sprawy? I z tych samych ust, osoby zasiadającej aktualnie we władzach KBN: Środowisko [czytaj: Warszawa, przyp. mój] ma swoje sposoby. Jako żywo ma. „Środowisko” stwierdziło np., że pan X nigdy nie dostanie grantu. I naprawdę bardzo się stara, by słowa dotrzymać. Jak w tej sytuacji odpowiadać na apel Sekcji Matematyki KBN, by zdecydowanie zwiększać liczbę wniosków o granty składanych przez matematyków polskich pracujących naukowo? Przecież to nie są tylko moje „doświadczenia z grantami”. „Prowincja” wie o zasygnalizowanych zjawiskach aż za dobrze. Tylko niewiele mówi. Najprawdopodobniej w nadziei, że może jednak kiedyś jakiś okruch spadnie z pańskiego stołu.

Wyłamałem się z tego schematu. Zapewne po tej beczce dziegciu spodziewać by się można przynajmniej łyżeczki miodu. Jakie więc widzę sposoby naprawy przedstawionego stanu rzeczy? Po prostu róbmy swoje, nucąc za Wojciechem Młynarskim w ciszy gabinetu, oddawszy się intelektualnej przyjemności obcowania z matematyką (niekoniecznie finansową).

Prof. dr hab. Roman Ger, matematyk, pracuje w Instytucie Matematyki Uniwesytetu Śląskiego.

Uwagi.