Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

Tobołek informacyjny
Poprzedni Następny

Henryk Duda

Fot. Stefan CiechanGdy zaczynałem moją karierę naukową, NAUKA rządziła się nieco innymi prawami. W 1988 r. uczestniczyłem w pewnym spotkaniu młodych uczonych. Niby taka sobie konferencyjka. A jednak było w niej coś niezwykłego. Z dzisiejszego punktu widzenia niby nic, ale wtedy... Konferencja była międzynarodowa. Wziął w niej udział uczony z zagranicy (Niemiec z NRD!). Nie pamiętam dziś ani jak się nazywał, ani co mówił. Przypominam sobie za to kuluarową rozmowę moich starszych kolegów, których – tak jak mnie – obecność uczonego Szwaba mocno dziwiła. W końcu ktoś z organizatorów powiedział (żartem?), że nasz przyjaciel Niemiec jest tu najważniejszy, bo przez to konferencja ma charakter międzynarodowy, a tylko w takim wypadku można podać alkohol na bankiecie. Przyjąłem to wyjaśnienie ze zrozumieniem.

Wracam myślą do tej historyjki, ilekroć dostaję zaproszenie na międzynarodową konferencję naukową. A w ostatnim czasie – sądząc po tym, co trafia na moje biurko – w Polsce konferencje są tylko międzynarodowe. Zaprawdę, musimy być naukową potęgą. Tyle mocnych głów!

Z drugiej jednak strony myślę sobie czasem, czy te głowy są aż tak mocne. Językoznawcy doskonale wiedzą o tzw. magicznej funkcji języka. Język nie tylko opisuje rzeczywistość, lecz – w pewnym sensie – również ją tworzy. To właśnie dlatego w PRL-u, od którego tak chętnie się dzisiaj odcinamy, nie było strajków, mogły być co najwyżej przerwy w pracy, zwane też niekiedy przestojami. Można powiedzieć, że w tamtych czasach (tylko w tamtych?) dość oryginalnie pojmowano Norwidowe „odpowiednie dać rzeczy słowo”. I myślę, że nagły wzrost częstości użycia przymiotnika międzynarodowy w nazwach konferencji naukowych (z litości jedynie nie wymienię w tym miejscu organizatorów najśmieszniejszych „międzynarodówek”) tu ma swoje źródło. Organizatorzy takich konferencji kreują nową rzeczywistość. Szkoda jednak, że tylko językową. No cóż, nikomu nie można zabronić żyć w świecie intencjonalnym (proszę mi wybaczyć ten polonistyczny żargon, nigdy nie przypuszczałem, że aparat terminologiczny, opracowany na użytek nauki o literaturze, będzie tak doskonale nadawał się do opisu współczesnego świata).

Nie dziwię się organizatorom tych „międzynarodówek”. Nawet ich podziwiam. Nie przypuszczam, by wystawiali się na pośmiewisko „za friko”. Na „międzynarodowe” konferencje naukowe idą przecież duże pieniądze! Dziwi mnie za to, jak łatwo na ten prosty w końcu zabieg stylistyczno-magiczny dają się nabrać szefowie KBN. W końcu przecież też mocne głowy!

Tęgie głowy organizują nie tylko międzynarodowe konferencje naukowe. Ponieważ w swoim uniwersytecie uczestniczę w pracach nad reformowaniem programu studiów i dostosowaniem go do wymagań Europejskiego Systemu Transferu Punktów (ECTS), przejrzałem ostatnio strony internetowe kilku naszych uniwersytetów, by zobaczyć, jak to robią inni. Gdy już pokonałem opór łączy (średnio 0,495 kb na sekundę!), mogłem wreszcie rozkoszować się polszczyzną „pakietów informacyjnych” (niezorientowanym wyjaśniam, że tak nazywa się informator dla studentów). O pochodzeniu wyrażenia pakiet informacyjny dowiedziałem się z jednej z witryn: „Pakiet informacyjny (information package) zawiera ogólne informacje na temat...”. No, to jesteśmy w domu. Tylko dlaczego pakiet? Jeśli popisywać się swoją europejskością, to może od razu wszystko po angielsku i czytaj, kto Europejczyk. Jeśli zaś popisywać się znajomością tegoż języka, to nie lepiej by postawić kropkę nad i... Przecież information package to nie pakiet informacyjny, ale paczka informacyjna, tobołek informacyjny! To ostatnie wyrażenie byłoby jak najbardziej na miejscu, bo chodzi o studentów, którzy przemierzać będą Europę od uniwersytetu do uniwersytetu.

Bez przesady można rzec, że nowe idzie pełną gębą! Nie chodzi mi bynajmniej o to, by dołożyć kilku osobom, którym się zdarzyło powiedzieć coś w sposób, którego nawet mistrzowie PRL-owskiej nowomowy mogliby im pozazdrościć. Rzecz w tym, że wszyscy tej nowej retoryce dajemy się zwieść, a to już niegodziwe. Myślę także o sobie, bo i ja figuruję jako organizator konferencji... nomen omen międzynarodowej. Jak najsłuszniej napisał przewodniczący Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej, iż „ewaluacja staje się coraz powszechniej stosowanym sposobem weryfikowania słuszności naszych planów i działań, zwłaszcza w dziedzinie edukacji”. Ewaluujmy co się da! Nie tylko międzynarodowe pakiety informacyjne. Ewaluację również. I ewaluatorów. Ich przede wszystkim!

<henrykduda@mail.usa.com>

Uwagi.