Zentralblatt dla bibliotekarzy


Henryk Hollender


information science & library science ” (FA 2010 nr 10, s. 36), zastanawiam się nad wartością czasopism bibliotekoznawczych, które wychodzą w Polsce. Otrzymują one życzliwe słowo nawet od tak krytycznych czytelników, jak prof. Jacek Wojciechowski, a przecież choćby rzeczywiście były pierwszorzędne, to nie mają szansy na osiągniecie jakiejkolwiek wymiernej cytowalności ze względu na język publikacji. Dyskusja zaś o tym, czy piśmiennictwo naukowe po polsku można w ogóle w dzisiejszych czasach zaliczać do naukowego, jeszcze się wbrew pozorom nie zaczęła, podobnie jak bardzo istotna dyskusja na temat funkcji czasopisma fachowego i rozróżnienia między naukowymi i fachowymi w dziedzinach praktycznych, jak rzeczone ILS. Może bowiem pismo takie wcale nie być ogniwem w klasycznym obiegu idei naukowych, a jednak być czytane i odgrywać znaczącą rolę w kształtowaniu poglądów określonych środowisk zawodowych. Tym samym zaś dostarczać tematów dyskursowi naukowemu i przechwytywać te jego wątki, które mają przełożenie na praktykę. W Polsce taką rolę odgrywa drukowany „Bibliotekarz” (red. Jan Wołosz) i elektroniczny „Biuletyn EBIB” (red. Bożena Bednarek-Michalska), periodyki trochę mniej nieczytane przez bibliotekarzy niż wszystkie inne, a przecież nierecenzowane, więc niedające autorom tej korzyści, że im się opublikowane w nich artykuły będą „liczyły do dorobku”. Mimo to mnóstwo osób chce tam publikować.


Problem jednak polega na tym, że poza ukazującym się regularnie od 1927 r., a założonym w 1908 r. kwartalnikiem „Przegląd Biblioteczny” (red. Barbara Sosińska-Kalata) oraz historyczno-książkowymi, a więc niszowymi „Rocznikami Bibliotecznymi” (red. Anna Żbikowska-Migoń), pisma bibliotekoznawcze ma teraz każdy ośrodek i każda niemal wielka książnica, a niektóre otrzymywały dotychczas nawet jakieś punkty od Ministerstwa Nauki. Przyjemnie się tam publikuje, wykorzystując i wzmacniając stare kontakty, tym bardziej, że niektóre są wcale starannie redagowane. Nie staranniej jednak od „Przeglądu”, a na niwie ogólnopolskiej żadne bodaj nie wypracowało sobie pozycji i w ogóle nie bardzo wiadomo, czym taka „pozycja” miałaby być mierzona. Czasopisma bibliotekarskie są zdominowane przez publikacje zorientowane na autora, a nie na problem „coś tam zrobiłem (moja instytucja) i opowiem wam co”; aparat pojęciowy takiej narracji do niczego z reguły nie nawiązuje ani też nie zaprasza do nawiązań. Jak ktoś wreszcie napisze pracę doktorską na ten temat, to się okaże, że powiązania formalne – za pomocą odsyłaczy – też były nikłe i nie dowodziły, by autorzy zbyt wiele sobie nawzajem zawdzięczali.


Ja się zdaje, Bozia poskąpiła nam potencjału autorskiego na tyle arkuszy, nie poskąpiła tylko pieniędzy, żeby je zadrukowywać. Mniejszym, nierecenzowanym pismom zdarza się zamieszczać zupełne nieporozumienia. Przykładem – może skrajnym – jest tu krótka monografia pewnej egzotycznej biblioteki narodowej, opublikowana niedawno przez znany miesięcznik bibliotekarski, ukazujący się od dekad. Tekst okazał się w całości przetworzeniem nie najświeższej broszurki czy ulotki w języku rosyjskim, z numerem telefonu z Moskwy, ze słynnym prefiksem 10, i z mnóstwem błędów wynikających z tego, że autor nie rozumiał przepisanych informacji i nie umiał ich przyswoić polszczyźnie; oto jego zdaniem książki w tej bibliotece są „ulokowane w rubrykach przedmiotowych” (predmetnyje rubryki – hasła przedmiotowe), a materiały „są w formatach ftp, pdf i green stone”. Pierwsze pytanie, po co komu w ogóle te wiadomości? Drugie – czy ktoś to w ogóle kwalifikował do druku, czy też zaledwie kwalifikował się autor?


Mniejsza o artykuły. Czy przynajmniej nadążamy z wiadomościami, newsami, aktualnościami, tym cudownym społecznościowym materiałem, który potrafi każdemu dać namiastkę autorstwa? Po podziale EBIB-u na portal SBP i Nowy EBIB żadnego z tych rozgałęzień nie czeka świetlana przyszłość ze względu na to, że szpalty się podwoiły, a wyżej wzmiankowany potencjał – wcale nie. Tyle że przynajmniej portal SBP nie prowadzi, na szczęście, periodyku naukowego. Tylko wiadomości są wszędzie, najszybciej – w ukochanym tygodniku „ISBNiK” (red. Wojciech Rozwadowski), a i tak wcale jeszcze nie ma wszystkiego. Próbowaliśmy ostatnio z koleżanką zainteresować jeden z organów relacją ze spotkania z firmą, w czasie którego przedstawiono nową metawyszukiwarkę. Nie drukujemy, to reklama – odpowiedział organ. Zastrzeżenie zrozumiałe, ale metawyszukiwarki są bardzo ważne, będą jeszcze ważniejsze i czas jakoś zacząć. Więc ma nie być recenzji systemów, tak jak nie ma recenzji książek? Nie widać też zupełnie personaliów, u nas dyrektorów bibliotek znajduje się w kapuście jeszcze częściej niż małe dzieci. Żadnego podziału na opinion paper , technical paperresearch paper (por. np. „New Library World”), który odebrałby trochę fałszywej magii części artykułów naukowych, przepięknie zwanych dawniej „rozprawami”. Więc może wystarczyłoby jedno czasopismo naukowo-fachowe, taki Zentralblatt, i jedno fachowo-popularne. Byleby miały to wszystko. Ale na to, zwłaszcza na to, nikt się nigdy nie zgodzi.