Jestem ofiarą plagiatu


Małgorzata Kowalewska


Plagiatami interesowałam się dotychczas w bardzo niewielkim stopniu. Owszem, docierały do mnie informacje dotyczące różnych spraw, ale nie wciągała mnie specjalnie ta problematyka. Jak to ostatnio ustaliłam, 3 października ub. roku ten niezbyt interesujący mnie temat sam wdarł się do mojego życia i na pewien czas przewrócił je „do góry nogami”. Nie potrafię dziś przewidzieć, na jak długo je zakłócił. Co się stało? Otóż tego dnia zobaczyłam, że sama zostałam splagiatowana. Inaczej mówiąc: stałam się „ofiarą plagiatu”. Od razu powiem, że zwrot ten bardzo mi się nie podoba, nawet jeżeli oddaje stan rzeczy. Będę go jednak używać, choć bez entuzjazmu. Wolałabym móc go zastąpić jakimś innym, który należy dopiero utworzyć.

Od tego dnia minęły już cztery miesiące, odnoszę wrażenie, że powoli „opanowuję sytuację”, przy nieocenionej pomocy jednego z redaktorów „Forum Akademickiego” – pana doktora Marka Wrońskiego. Zaczęłam też przeglądać archiwalne numery „Forum”. Choć wybierałam je dość przypadkowo, to zobaczyłam, że sprawy związane z plagiatami są tu stałym tematem. Obok artykułów ujawniających plagiaty, pojawiają się listy pisane w reakcji na te artykuły i z nimi polemizujące. Jednak, co mnie zastanowiło, natrafiłam w wybranych przez siebie numerach tylko na jeden list od osoby splagiatowanej (Maria Siedlecka, Gdzie jest poszkodowany?, FA 12/2012). Może po prostu nie miałam szczęścia, a może bycie „ofiarą” jest sprawą w jakiś sposób wstydliwą (jak bycie ofiarą gwałtu na przykład), że trzeba postarać się o tym jak najprędzej zapomnieć lub milczeć. Tego nie wiem. Postanowiłam więc napisać do redakcji „Forum Akademickiego”, by przemówić – jako altera pars .

Nadaję się do tego co najmniej z trzech ważnych powodów. Po pierwsze, jestem ofiarą „plagiatu masowego” – co oznacza, że obcy człowiek wielokrotnie przejmował znaczną część mojej własności, do tego czerpiąc z tego korzyści. Po drugie, sprawa dzieje się dziś, więc i moje wrażenia są niczym „świeże bułeczki” – choć zdołałam już (poniekąd) opanować emocje, które we mnie wzbudziła. Po trzecie dlatego, że pozostaję (i pozostanę) pod ogromnym wrażeniem pomocy, jakiej udzielił mi w tej traumatycznej dla mnie sytuacji redaktor Marek Wroński. Ponieważ wiem, że jest on nazywany „łowcą plagiatów” i za te łowy także obwiniany czy oskarżany, chciałabym zabrać głos i wypowiedzieć całkowicie odmienną opinię.

Wszystko ze zdziwienia

Muszę zacząć od krótkiego zarysu tej historii: kilka lat temu opublikowałam książkę, na podstawie której uzyskałam stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych z zakresu filozofii. Książkę tę bardzo lubię, ponieważ wiąże się z nią szereg miłych dla mnie faktów, a poza tym jest to pierwsza napisana przeze mnie książka, która może być przeznaczona dla szerszego grona czytelników. Poprzednie moje prace – doktorska oraz wieńcząca studia praca magisterska – miały charakter prac edytorskich: zajmowałam się krakowskimi komentarzami do Fizyki Arystotelesa. I choć wiem, że udostępniające źródła prace edytorów są warunkiem sine qua non wszelkich prac systematycznych, to wiem też, że grono ich odbiorców jest ograniczone do bardzo wąskiego kręgu specjalistów. Tymczasem ta książka znalazła wielu czytelników. Przyniosła też cenne dla mnie wyróżnienia. Była nominowana do Nagrody Jana Długosza, a jednocześnie studenci mówili mi, że jest ciekawa, i że wszystko w niej rozumieją. Otrzymałam za nią Nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego II stopnia, a do tego kolega powiedział mi, że czyta ją jego ciotka z Motycza. Zaczęła się od bardzo skromnego pomysłu, który rozwijał się w czasie, aż do obecnej postaci. Do tego książka została bardzo ładnie i elegancko wydana w Wydawnictwie UMCS.

I ta właśnie książka została splagiatowana w pracy doktorskiej, którą otrzymałam do recenzji 3 października 2012 r. Kopertę, w której przesłano mi „doktorat”, otworzyłam w autobusie. Na szczęście dla mnie miałam miejsce siedzące, bo zrobiło mi się słabo już na widok wstępu, mojego wstępu! Akapit w akapit. W sumie, jak teraz precyzyjnie zostało wyliczone – 151 stron, co stanowi znacznie ponad połowę doktoratu. Właściwie trzeba powiedzieć, że strony te zostały zeskanowane – wraz z błędami, których się w książce nie ustrzegłam. Owszem, były pewne zmiany, na przykład zmiana inicjałów moich na inicjał doktorantki pod tłumaczeniem łacińskiego cytatu, dodanie paru przypisów etc. W „doktoracie” zostało jeszcze splagiatowanych dwoje innych autorów, choć w mniejszym zakresie.

Teraz jestem już w stanie żartować, więc mogę nawiązać do powtarzanych często przez filozofów słów Arystotelesa, że „wszystko ze zdziwienia”. Faktycznie wszystko. W tym przypadku oznacza to, że zdziwienie zapoczątkowało we mnie stan nie tyle ciekawości i chęć poznania, ile coś wręcz przeciwnego: rodzaj bezwładu i niemocy, które zawładnęły mną na ponad miesiąc. Nie byłam w stanie tego „doktoratu” nie tylko czytać, ale nawet trzymać na biurku. Dlatego miesiąc leżał w przedpokoju na szafce na buty. Przez miesiąc zastanawiałam się, żyjąc jakby we mgle, co mam zrobić. Myślałam o odesłaniu pracy i odmowie napisania recenzji, lecz przecież nie mogłam tego zrobić. W końcu napisałam recenzję negatywną.

Było mi szczególnie przykro i z tego powodu, że autorka tej pracy doktorskiej ponad trzy lata temu nawiązała ze mną kontakt, było też kilka rozmów w Lublinie, u mnie w pracy, na interesujący nas temat. Cieszyło mnie, że ktoś ma podobne zainteresowania. Przy pierwszym spotkaniu udostępniłam tej osobie wszystkie posiadane przez mnie materiały źródłowe, wydania krytyczne dzieł autora, którego twórczość jest tematem mojej książki, dość trudne do zdobycia. Pozwoliłam zrobić z nich ksero. Prawdę mówiąc sama to zaproponowałam, bo pamiętałam życzliwą pomoc, którą otrzymałam, starając się o nie; pamiętam także, jaką przeszkodą w pracy była dla mnie trudność w dostępie do źródeł.

Po otrzymaniu pracy doktorantki nie miałam pojęcia nie tylko co robić, ale nawet co myśleć o zaistniałej sytuacji.

Poczucie bezsilności

Po pewnym czasie któryś kolega przekazał mi informację o publikacjach tej doktorantki dostępnych w Internecie. Wpisałam nazwisko w wyszukiwarkę i wówczas zdziwienie obezwładniło mnie jeszcze bardziej. Poszczególne rozdziały mojej książki funkcjonowały od paru lat, opublikowane pod jej nazwiskiem w czasopismach naukowych. Dzisiaj wiem, że jedenaście artykułów „skutecznie” opublikowanych to rozdziały mojej książki, publikacja dwóch kolejnych została powstrzymana, a w trzech następnych jestem „współplagiatowana” – jeśli można tak powiedzieć.

Mogłoby się wydawać, że stwierdzenie plagiatu dyskwalifikuje pracę i zamyka sprawę w jej aspekcie naukowym. Życie pokazało, że nie musi tak być. Zamiast zakończenia przewodu, rozpoczęła się walka o jego niezamykanie. Zastanawiano się nad powołaniem komisji czy superrecenzenta, który miałby zweryfikować rzetelność recenzji (obie recenzje stwierdziły plagiat).

Z docierających do mnie informacji wynikało, że faktycznie może dojść do tego, iż ktoś przejmie znaczną część mojej pracy. Doktorantka nazwana została nawet (przez promotora) autorem „pierwszego polskiego całościowego opracowania poglądów” badanego autora. Uważam to za kuriozum w świetle faktów: kluczowe rozdziały „doktoratu” to skany rozdziałów mojej rozprawy habilitacyjnej.

Te słowa promotorki, choć jestem osobą na ogół opanowaną, rodzą we mnie grozę, szczególnie, gdy budzę się nad ranem, odczytuję je bowiem jako próbę całkowitego unicestwienia mnie jako autora. Czy (pominąwszy fakt plagiatu) nie mogła się zdobyć choćby na sformułowanie następujące: „praca p. XY jest drugim polskim całościowym bla, bla, bla…”? Doktorantka otrzymała ogromne wsparcie ze strony swojego środowiska. Przyjęto ją na nowe studia doktoranckie – tym razem na kulturoznawstwie! Ja zostałam w zasadzie sama.

W sprawach o plagiaty wszyscy skupiają się na plagiatorze. Świadczą o tym i publikacje w „Forum Akademickim” i dyskusje w Internecie. Plagiator albo jest oceniany surowo, albo rozgrzeszany, albo też dyskutanci litują się nad nim – bo „ma przechlapane”, „bo miał pecha, że tak wpadł”. Nie spotkałam wypowiedzi, która wykazałaby zainteresowanie osobą okradzioną. Co się wtedy czuje, naturalnie poza zdziwieniem? To temat na osobny tekst. Powiem tylko tyle – jak dotąd trzy miesiące całkowicie stracone z punktu widzenia pracy naukowej, myśli krążące wokół jednego tematu, poczucie bezsilności, problemy ze snem, gniew, łzy. Pytanie: co by było, gdybym to nie ja recenzowała tę pracę? A co, gdyby została obroniona, wydana jako książka, do tego jako „pierwsze polskie opracowanie całościowe” etc.?

Czyn doskonały

Teraz czas, by przejść do tego, co jest zasadniczym celem mojego listu. Jest nim mianowicie postawa redaktora Marka Wrońskiego. Gdy o tym myślę, przypomina mi się wyrażenie, które pochodzi chyba z powieści Lord Jim Conrada: „doskonały czyn niedoskonałego człowieka w niedoskonałym świecie”. Że świat jest niedoskonały, nie ma co pisać. Z człowiekiem jest tak, jak i ze światem. Pozostaje czyn, który może być doskonały. Nie waham się tego napisać, choć zapewne dla niezaangażowanego osobiście w tego typu sytuację może się to wydać pompatyczne. Ale nie dla mnie.

Bo za taki właśnie doskonały czyn uważam: wkroczyć jako agens (ten, który działa) w taką sytuację, która spotyka kogoś drugiego, do tego zupełnie wcześniej nieznanego, czyli obcego dotąd człowieka. Nieznanego nie tylko z imienia, ale przecież i z istnienia! Zaangażować się w obronę praw osoby, która nie wie, co powinna w takiej sytuacji uczynić, a z powodu (już przy tym pozostanę) „obezwładniającego zdziwienia” nawet gdyby wiedziała, nie bardzo jest w stanie się bronić. Poświęcić tej osobie własną energię, własny czas. Znaleźć radę oraz wysłuchać i wesprzeć. Pisać w tej sprawie, domagać się przestrzegania łamanych zasad. Zrobić coś prawdziwego i do tego skutecznie!

Z mojej strony powstał co prawda dług wdzięczności, który uważam w zasadzie za niespłacalny, ale też nie ciąży mi on. Przeciwnie – w tej sytuacji dług ten uważam za moją korzyść.

Biorąc pod uwagę liczbę spraw o plagiaty uważam, że – choć podpisuję się pod tym listem jedynie swoim nazwiskiem – mogę uznać się (choć samozwańczo) za głos wielu osób, którym redaktor Wroński w podobny sposób pomógł w przeszłości. Co do przyszłości – temat ten chyba się nie skończy, więc redaktor Wroński pomoże zapewne jeszcze niejednemu. Być może będzie to nawet także ktoś z jego obecnych krytyków?

Dr hab. Małgorzata Kowalewska, historyk filozofii średniowiecznej, Instytut Filozofii UMCS w Lublinie.