|
|
EsejZadaniem historyków jest raczej upowszechnianie wiedzy historycznej, Grzegorz Filip W świeżej pamięci mamy jeszcze Rok Mickiewiczowski, niedawno obchodziliśmy jubileusz Chopina i Słowackiego, teraz Reymonta. Obchodzimy dwa tysiące lat chrześcijaństwa i jubileusz roku 1000. W kwietniu minęło 60 lat od daty mordu katyńskiego. Sporą część przestrzeni życia społecznego zajmują różnorodne rocznice, narodowe i lokalne, powszechne i rodzinne. Istnieje tradycja ich obchodzenia i równie silna, choć już nie tak szeroka, tradycja ich kontestacji. NIEPOROZUMIENIEŁatwo dziś przychodzi nam drwina z założeń polityki kulturalnej doby stalinizmu. Trudniej jest chyba zdobyć się na smutną konstatację, iż trwałym dziedzictwem tamtej epoki pozostała rocznicomania – pisze Janusz Tazbir w artykule Splątane korzenie polskości w jednym z ubiegłorocznych numerów „Znaku” (nr 4/2000). Przywołany esej dotyczy spraw nieco innych, warto jednak zatrzymać się nad kwestią owej „rocznicomanii”. Powiem przy tym od razu, że mam na jej temat inne niż prof. Tazbir zapatrywania. Autor uważa, że jubileuszowe obchody, konferencje i publikacje nie przyczyniają się tak bardzo do rozwoju badań nad daną postacią lub epoką. Donioślejszy plon mają małe sesje w gronie specjalistów. To one wnoszą istotny wkład do poszerzenia wiedzy o przedmiocie. To prawda, nauka rozwija się dzięki dociekaniom uczonych i powinien być jej obcy rytm rocznic i jubileuszy. Badać trzeba zjawiska warte badania, nie oglądając się na uroczyste okoliczności. Inaczej nauka zamieni się w akademię ku czci. Pamiętam, że podobnie wypowiadał się w swoich wykładach z literatury staropolskiej wybitny jej znawca prof. Stefan Nieznanowski, krytykując rocznicowość w badaniach nad twórczością Kochanowskiego. Nie o posuwanie do przodu wiedzy naukowej chodzi jednak organizatorom obchodów rocznicowych. Mają one przecież zupełnie inne cele. Kto inny też jest ich adresatem. Rocznice są dla zwykłych ludzi, nie dla badaczy dziejów czy historyków literatury, którzy refleksję historyczną uprawiają na co dzień. Zwykły człowiek nie zajmuje się na co dzień historią, codziennością jest dlań zmaganie się z trudami egzystencji. To jego zajęcie. Dopiero z okazji rocznic, takich jak np. rocznica katyńska, czy głośnych ekranizacji dzieł historycznych, przypomina sobie o historii, przeżywa ją na nowo, uobecnia we współczesności i w swoim życiu. Dla tych, którzy nie czytają – a to ponad połowa społeczeństwa – jubileusze mogą być jedynym sposobem powrotu do przeszłości narodowej, ożywiania zbiorowej pamięci. Przy tym lektury przeżywa się indywidualnie, prywatnie, obchody rocznicowe zaś – zbiorowo. Tak, jak jubileusze rodzinne, rocznice urodzin czy ślubów integrują krewnych, czasem stwarzają jedyną sposobność do spotkania w gronie rodzinnym, tak obchodzone zbiorowo jubileusze narodowe także jednoczą i bywają okazją do ponownego przeżycia przeszłości. Nie drwiłbym tedy z rocznic, z tej formy społecznego przeżywania historii, i nie określałbym zwyczaju obchodzenia jubileuszy mianem dziedzictwa stalinizmu. To nieporozumienie. Owszem, komunizm kochał się w świętowaniu kolejnych pięcio-, dziesięcio- i dwudziestopięcioleci swojego panowania, wykorzystywał też propagandowo rocznice niektórych wydarzeń z wcześniejszej historii: np. bitwy pod Grunwaldem czy powstań narodowych. Nie ma to jednak nic do rzeczy. Dzisiejsze jubileusze dotyczą często wydarzeń przemilczanych w okresie komunizmu i nie muszą mieć, rzecz jasna, nic wspólnego z propagandą polityczną. Jeśli zaś mają, jeśli inicjatywy takie powstają z pobudek ideologicznych, mamy dziś takie narzędzia jak niezależne media, które mogą je demaskować. To zasadnicza różnica między tamtą a obecną epoką. ZABOBONNA NIECHĘĆZ niechęcią wobec jubileuszy spotykamy się nie od dziś. W okresie międzywojennym rozpowszechnione było w kręgach inteligenckich przekonanie o nadprodukcji rocznic oraz ich nikłych efektach edukacyjnych. Z „rocznicomanii” drwili np. wyczuleni szczególnie na fałsz propagandowy skamandryci. Być może było w tym poglądzie wiele racji. Z drugiej strony jednak, reprezentowali go, zdaje się, głównie przeciwnicy ówczesnego systemu władzy. Pogląd ten mógł więc mieć charakter argumentu politycznego, co wikła go w partyjność i zarazem oddala nieco od prawdy. Po okresie międzywojennym odziedziczyliśmy najróżniejsze inteligenckie fobie i idiosynkrazje. Odziedziczyliśmy też niejeden zabobon, wśród nich prawdopodobnie i ten, o którym tu mowa. Dlaczego zabobon? Otóż dlatego, że jest to pogląd, któremu brak solidnych argumentów. Jakiej bowiem argumentacji używają przeciwnicy obchodów rocznic? Przeważnie emocjonalnej. Nie lubią tłumów zgromadzonych na placach, uroczystych imprez z udziałem polityków, nie lubią komitetów honorowych, defilad, wystaw, które dezorganizują normalną pracę muzeów i bibliotek (to już argument praktyczny, ale jakiej wagi?), sesji z udziałem tłumów publiczności i pomnikowych edycji, które pójdą na półki. Nie lubią. Wolno im. Jednak czy chcemy, czy nie, pewna część życia zbiorowego toczy się w taki właśnie sposób, a intelektualiści nie muszą w nim uczestniczyć, choć, po prawdzie, powinni. W roku 1924 – pisze Janusz Tazbir – po sprowadzeniu do kraju zwłok Słowackiego, ukazała się fala publikacji okolicznościowych. Nie nastąpił natomiast rozwój solidniejszych badań nad twórczością autora „Króla Ducha”. Być może. Cóż jednak winne jubileusze, że uczeni nie zajmują się pewnymi postaciami, zjawiskami, faktami? Źle świadczy to o uczonych, nie o organizatorach najróżniejszych obchodów. Ci są potrzebni choćby dlatego, że przyczyniają się w ten sposób do popularyzacji historii, a efekt taki powinien być mile widziany przez każdego historyka. Zadaniem historyków jest więc raczej upowszechnianie wiedzy historycznej, nie zaś kwestionowanie form przypominania o istnieniu historii. Tymczasem intelektualiści z jednej strony mówią o konieczności „współżycia z przeszłością”, strzeżenia przed „zaparciem się przeszłości”, przed „śmiercią przeszłości”, mówią o „zobowiązaniu wobec przeszłości”, z drugiej – negują jedną z istotnych form ocalania tej przeszłości. WSTYDLIWE EPIZODYNasza inteligencja widziała zawsze swoją powinność w krytyce raczej niż w afirmacji życia narodowego. Bardzo to piękne i przydatne, wydaje się jednak, że jednostronność tego podejścia źle zaowocowała. Efektem owych zabiegów jest, między innymi, podzielane przez wielu Polaków przekonanie, nie wiadomo, jak powszechne i jak głęboko ugruntowane, że mamy „gorszą” niż inne narody historię. Europejczycy z zachodniej części kontynentu mogą się chlubić swą przeszłością, Amerykanie także, choć wytyka im się, że niezbyt ona długa. My natomiast mieliśmy tylko samą martyrologię, a wcześniej mroki średniowiecza i szlachecką samowolę. Gdy na ostatniej wystawie EXPO w Niemczech chciano w polskim pawilonie pokazać husarię okazało się, że dla niektórych to wstydliwy epizod w polskich dziejach. Tymczasem polska przeszłość, w porównaniu z krajami cywilizacji atlantyckiej, nie wydaje się taka kompromitująca. Wydaje się, że mieliśmy historię jak inni, nie lepszą i nie gorszą. Pod pewnymi względami możemy się nawet czuć lepiej niż Brytyjczycy, Francuzi czy Niemcy. Nie przyłożyliśmy ręki, jak cała zachodnia Europa, do niewolnictwa i kolonializmu, choć był czas, gdy mogliśmy skolonizować i wyeksploatować gospodarczo pół Azji, nie urządziliśmy sąsiadom rozbiorów, nie wymordowaliśmy żadnego narodu, nie wypędziliśmy Żydów, jak to zrobili w średniowieczu Anglicy, Francuzi, Hiszpanie i inne kraje Europy Zachodniej, nie wycięliśmy arystokracji jak Francuzi i Rosjanie, nie my wymyśliliśmy komunizm czy nazizm. Oczywiście, wszystko to nie stawia nas w gronie aniołów. Nie nagradza się przecież kogoś, kto mógł zabić a nie zabił. Było też w naszych dziejach wiele ciemnych kart, jednakże dziwnie się czuję, gdy obchodzi się hucznie kolejną rocznicę rewolucji francuskiej, która powinna być raczej traktowana jako wstydliwy epizod historii Francji. Zalegalizowane prawnie zbiorowe morderstwo całej warstwy społecznej w imię pewnej ideologii, która skompromitowała się w morzu krwi nie powinno być powodem do dumy. A jednak jest. Przypominajmy więc niesławne karty naszej historii, ale nie pomniejszajmy sławnych, pokazujmy polską przeszłość w kontekście historii Europy, by lepiej zobaczyć, co dla tej Europy zrobiliśmy. Nie wstydźmy się dzieła naszych przodków. Nie udawajmy też, że musimy w naszej historii gorączkowo i bezskutecznie poszukiwać czegoś, co nadawałoby się na polski emblemat nowej Europy, zrównoważonego rozwoju i pokojowego współżycia narodów europejskich. Mieliśmy w Rzeczypospolitej taki okres i to właśnie Europa Zachodnia, czyli Austria i Prusy, do spółki z Rosją, położyły mu kres. Nie nam się więc wstydzić. PAMIĘĆ TRWANIAPolska jest krajem, w którym istnieje duże zainteresowanie historią, oczywiście, raczej historią popularną (opowiadania dziadka, Sienkiewicz, Suworow, Wołoszański, filmy, muzea, zabytki), nie zaś historią badaczy, drobiazgowych monografii, przyczynków, edycji źródłowych. Istnieją więc dwie historie: naukowa i popularna. Rocznice mieszczą się w tym drugim porządku, podsycają zainteresowanie przeszłością, uświadamiają ruch mijającego czasu, przypominają prawdziwych bohaterów w czasach pozbawionych heroizmu. Rocznice to pamięć. Bo czym właściwie jest historia? Ona istnieje wtedy, gdy ją przypominamy, jest łańcuchem powiązań, jest ciągłością, czymś co wiąże nas z przeszłymi pokoleniami. W powieści Gra szklanych paciorków Hermanna Hessego jest taka rozmowa między głównym bohaterem Józefem Knechtem a benedyktynem Jakubem. Ojciec Jakub mówi tam, że najbardziej fascynującym zjawiskiem w historii jest trwanie. Nie osoby, nie zamachy, zwycięstwa czy upadki, lecz to, co trwa wieki. Dlatego Jakub zajmuje się historią zakonu benedyktynów, którego dzieje liczą czternaście stuleci. Można rzec, iż w naukach przyrodniczych, przynajmniej od czasów Darwina, najbardziej fascynującym zjawiskiem jest zmienność, w historii natomiast trwanie. Dzięki trwaniu właśnie, dzięki łączności z przeszłością, możliwe jest spojrzenie w przyszłość. Przeszłość pociesza i ostrzega – pisze Steward Brand w książce Długa teraźniejszość. – Przyjęcie ostrzeżenia płynącego z przeszłości, wraz z pocieszeniem, jakie nam oferuje, to istota tragicznego optymizmu. Jeśli dostatecznie śmiało spojrzymy wstecz, może nam się udać również spojrzenie w przyszłość. |
|
|