|
|
Poczta elektronicznaNiewesołe refleksje u progu nowego roku. Paweł Misiak Pod koniec starego roku, jak to mamy w zwyczaju,
spotkaliśmy się z adiunktem P. – tym razem u niego – by przy kieliszku
szlachetnego trunku niespiesznie pogadać o życiu. Za oknem śnieg, przed nami
butelka dobrego tokaju. Gospodarz nalewa, podnosimy szkło ku światłu,
podziwiając przez chwilę barwę wina. Potem wznosimy milczący toast i smakujemy
napój. Jest miło, ale niezbyt wesoło. Chyba jeszcze za wcześnie – odpowiadam. – Przecież to dopiero cztery tygodnie, tymczasem Boże Narodzenie, potem Nowy Rok. Któż ma teraz głowę do takich rzeczy... BEZ KOŁACZYW powyższym chodzi o moją sytuację – kandydata na bezrobotnego. Wśród coraz powszechniejszej atmosfery przedświątecznego amoku moje stanowisko w firmie zostało „zracjonalizowane”. Zaraz doniosłem o tym fakcie koledze P., ale nie było okazji porozmawiać dłużej. Stąd teraz pytania o szczegóły. A jakie rokowania? Masz już coś konkretnego, jakieś propozycje? – pyta P. Pisałem ci już jakiś czas temu, zanim dostałem wypowiedzenie, że tak od niechcenia przeglądam sobie oferty pracy. Kiedy wręczono mi ten papier, nasiliłem poszukiwania, głównie w Internecie i gazetach. Zacząłem też działać, to znaczy wysyłać tu i ówdzie zestaw standardowy: „cv + list motywacyjny”. Rozesłałem e-mailowe i słowne wici wśród znajomych. I co? Jeśli kraj, w którym żyjemy, funkcjonuje w miarę racjonalnie, powinieneś zostać zasypany interesującymi propozycjami. Dość spojrzeć w twoje „si-wi” – trzy języki, dwa fakultety, jeden doktorat, sporo rozmaitych dokonań w piśmie i mowie... Jak do tej pory, to nie działa. Znalazłem na przykład w gazecie ogłoszenie
firmy, do którego – moim zdaniem – pasowałbym prawie idealnie. W anonsie nie
było nawet wymagania, by kandydat był młody i piękny, co napawało nadzieją, że
istotnie potrzebują fachowca do pracy, a nie atrakcyjnej blondynki dla prezesa.
Wydrukowałem odpowiednią wersję życiorysu (podkreślającą moje wykształcenie i
dokonania w tej akurat specjalności, która była istotna) i zaniosłem do owej
firmy. Parę dni później dostałem stamtąd e-mailem odpowiedź negatywną.
Wydrukowałem sobie i wpiąłem do segregatora zatytułowanego „Praca” pod zakładką
„Załatwiono odmownie”. Przy okazji ci pokażę – odparłem – bo mam w prywatnym archiwum już parę takich listów. Piszą w nich zwykle, że doceniają moje wysokie kwalifikacje i osiągnięcia, ale w chwili obecnej nie widzą możliwości skorzystania z nich, i że życzą wszelkiego powodzenia itp., itd. Miło, ale co z tego... A i tak dobrze, że odpowiadają, bo większość po prostu nie reaguje. Wracając do tego konkretnego przypadku, ktoś mi zasugerował, że ci czytający moje papiery mogli się wystraszyć. Radził ograniczyć życiorys tylko do kilku faktów, najistotniejszych z punktu widzenia konkretnej instytucji czy firmy. Przypomniała mi się wtedy rozmowa z pewnym nauczycielem, gdy kilkanaście lat temu, niedługo po doktoracie, szukałem pracy. Zapytałem go o możliwości zatrudnienia się w jakiejś szkole. Powiedział, że nie mam wielkich szans, bo każdy dyrektor będzie we mnie widział potencjalne zagrożenie swego stanowiska, chyba że sam ma doktorat. A takich prawie nie ma. RURA BEZ POWROTUGospodarz pokiwał głową i w milczeniu dopił swój kieliszek. Zrobiłem to samo. Po chwili szkło ponownie wypełnił złotawy płyn. A myślałeś o powrocie na uczelnię? – zagadnął P. – Mógłbyś chyba przypomnieć sobie (merytorycznie) nie tak znowu odległe czasy, kiedyśmy obaj próbowali iść w ślady Einsteina? Co prawda szans na Nobla już nie mamy, skorośmy na niego dotąd nie zasłużyli. Przez te dwadzieścia lat do emerytury zawsze jednak możemy czegoś na mniejszą miarę dokonać, a przy okazji wypełnić misję społeczną, nauczając na przyzwoitym poziomie. Myśleć sobie mogę, ale przecież sam wiesz, że to niemożliwe. Owszem, nauczałem kilkanaście lat, ale teraz już bym chyba nie potrafił stawać co tydzień przed salą pełną znudzonej młodzieży, próbując ją zainteresować teoriami, które opisują funkcjonowanie materii. Sądząc z twoich opowieści na temat sytuacji w naszym wspólnym niegdyś instytucie, już nic nie jest takie jak dawniej. Nie bardzo widzę możliwość powrotu do tego środowiska. Przecież niezależnie od moich odczuć, uczelnia w ogóle, a twój instytut w szczególności, ostatnio też raczej redukuje niż zatrudnia. Przy okazji – tylko jedna mała literka różni edukowanie od redukowania... Masz rację – przytaknął P. – Pytanie o twój powrót na uczelnię to raczej moje chciejstwo, a nie realna możliwość. Poza wszystkim innym, cóż może ci uczelnia zaoferować? Głodową pensję, tępych studentów i intrygi kolegów. Tkwię w tym, choć coraz to mam mierziączkę (wyczytałem u Kitowicza). Ale nie mam wyjścia. Wlazłem niegdyś w „rurę” akademickiej „kariery” i po prawdzie boję się z niej wyciec. Zawsze podziwiałem twoją decyzję zmiany pracy, środowiska, specjalności. A teraz? Ciebie poniewiera brutalny kapitalizm, podczas gdy ja spokojnie, choć niezbyt bogato, żyję sobie, jak za PRL-u. A myślałeś zostać wolnym strzelcem? Żeby zdyskontować wydatki poniesione na drugie studia, etat nie jest ci chyba potrzebny? Słyszy się przecież o różnych niezależnych konsultantach, dziennikarzach czy publicystach. Niektórzy, jeśli wierzyć mediom, żyją sobie całkiem nieźle. Teoretycznie tak, ale raczej nie w tym kraju. Żeby zarabiać myśleniem i piórem, musiałbym, po pierwsze, założyć jakąś firmę, a po drugie, mieć niezłe znajomości, by zdobyć jakieś intratne zlecenia. Z normalnych prasowych honorariów wyżyć trudno. Musiałbym założyć swego rodzaju sklep i zostać handlarzem własnych umiejętności. Niestety, jak wiesz, nie mam potrzebnych znajomości w biznesie ani na salonach władzy, a prowadzenie firmy, choćby najmniejszej, jest w obecnych warunkach szalenie czasochłonne i stresujące. Zresztą, znając własne zdolności do robienia interesów, raczej szybko poszedłbym siedzieć za niewywiązanie się z obowiązków podatkowych na rzecz chorych kas, systemu informatycznego ZUS-u i łatania dziur w rządowej kieszeni. Dlatego myślę o etacie, jak stara panna o mężu: byle jaki, byle był. Wiem, jak to jest. Przed chwilą mówiłem o rurze – wpadł mi w słowo P. – Przecież to z obawy, że nie potrafię inaczej zarobić na życie, wciąż tkwię w murach uczelni, która nie bardzo już kojarzy mi się z ideą wspólnoty uczonych i uczniów wspólnie szukających Prawdy, za to wciąż bardziej przypomina firmę nalepiającą te same nalepki na coraz gorszy towar. Żeby zachować dobre o sobie mniemanie, staram się trzymać wysokie standardy w tych sprawach, w których to ode mnie zależy. Ostatnio usłyszałem od pewnego profesora, że powinienem prowadzić zajęcia tylko dla dobrych studentów, bo szkoda mojego wysiłku na tych średnich. Tylko, jak powiada znany ci kolega J., trudno dziś na naszym wydziale spotkać studenta, u którego myślenie nie wywołuje bólu między uszami. E-MIGRACJASmakowaliśmy kolejną lampkę szlachetnego węgrzyna, rozmyślając nad obrazem rzeczywistości, jaki jawi się nam u progu drugiego roku trzeciego tysiąclecia. Myśli nasze musiały iść podobnym torem, bo niemal w tym samym momencie obydwaj zaczęliśmy zdanie: Może trzeba było... Uśmiechnęliśmy się. Może trzeba było – podjąłem wątek – wtedy, paręnaście lat temu, kiedy była okazja, wyjechać i zostać za granicą? Dziś już za późno. Tutejsze uwikłania życiowe, wiek... Gdy jeszcze ktoś, jak ja, zmienił materię swojej działalności zawodowej z kosmopolitycznej nauki ścisłej na coś bardzo ściśle związanego z językiem ojczystym, nie ma czego szukać na emigracji. Ale z drugiej strony – rzekł P. – od wielu lat, jak sam powiadasz, istniejesz dość intensywnie w Sieci. Opiekujesz się listami dyskusyjnymi, uczyłeś podstaw Internetu, piszesz na te tematy, ostatnio nawet w książce dla nauczycieli. Czy to nie dobra odskocznia do dalszego życia zawodowego? Ba! Problem w tym, że oprócz swojej pisaniny nie mam żadnego papieru potwierdzającego moje w tej mierze kompetencje. A jak dobrze wiesz, w panującym u nas kapitalizmie socjalistycznym nadal wielce liczą się urzędowe pieczęcie. Natomiast a propos mojego istnienia w Internecie i potencjalnej, lecz niemożliwej emigracji przyszło mi do głowy, że najbardziej odpowiadałaby mi e-migracja. Wychodźstwo do Cyberprzestrzeni – to by dopiero było! Kłopot jednak w tym, że to fizycznie niemożliwe. Ale pomysł dobry! Gdybyś go wykorzystał literacko, może miałbyś szansę trochę zarobić. Eeee, przecież to już było. Przypomnij sobie choćby Kosiarza umysłów... Poza tym, eskapizm, a nawet e-skapizm teraz nie w modzie. SZKŁO I METALSkończyliśmy resztę trunku. Może powinienem zabrać ją ze sobą „na rozmnożenie” – odezwałem się, wskazując na pustą butelkę. – Kto wie, czy nie przyjdzie mi w ostateczności wpisać się na listę bezrobotnych i dorabiać do zasiłku zbierając butelki, puszki czy makulaturę. Pamiętasz, jak ci kiedyś opowiadałem o rozmowie z kontenerarzem? Coś pamiętam – odparł P. – To ten, co grzebał w śmietniku przy twoim bloku? Wbrew pozorom, sprawa nie jest taka prosta, przyjacielu. Nie rób sobie wielkich nadziei. Czasem, kiedy nie mogę spać, wyglądam nocą przez okno i obserwuję ludzkie cienie przemykające się od kontenera do kontenera i od kubła do kubła w poszukiwaniu szkła, metalu i wszystkiego innego, co można spieniężyć. Nawet na owych nadrzecznych łąkach, gdzieśmy kiedyś latem dyskutowali o zawiłościach fal nieliniowych, nie znajdziesz teraz ani jednej puszki ni butelki. A przecież ląduje ich tam co dzień niemało, firmy sprzątającej miasto nigdy zaś na tych łąkach nie widziałem. Ani tam, ani w parku nie uświadczysz nawet suchych gałęzi i to nie dlatego, że ktoś dba o porządek. Ludzie z tej okolicy zbierają wszystko, żeby mieć czym ogrzewać te stare mieszkania. Ja też się nad tym zastanawiam, bo zaczynam pilnie liczyć każdy grosz wydany na węgiel. A miało być tak pięknie! – powiedziałem wstając – Tymczasem wygląda na to, że całą tę moją pisaninę o rodzącej się także u nas Nowej Cywilizacji, Społeczeństwie Informacyjnym i wynikających z tego świetlanych perspektywach dla posiadających wiedzę, wykształconych i myślących, można między bajki włożyć. Jako już prawie bezrobotnemu przedstawicielowi społecznej grupki z wykształceniem ponadwyższym widzi mi się, że przy dobrych układach dopiero nasze dzieci będą miały szansę te wizje zrealizować. O ile, rzecz jasna, będziemy mogli zapewnić im odpowiednie wykształcenie. Wciąż mam nadzieję, że w rozwoju globalnej cywilizacji, a w naszym kraju w szczególności, duch, wiedza i intelekt zyskają przewagę nad materią. Tę ostatnią kwestię wypowiedziałem wchodząc już do przedpokoju. Wkładając płaszcz spojrzałem na P. Chyba nie podzielał mojego niepoprawnego optymizmu. Na pożegnanie życzyłem mu wszelkiej pomyślności w nowym roku i poszedłem do domu. Przez zawieję mało co było widać, jednak oko jakby mimochodem wyławiało z półmroku ulicy zasypane śniegiem kubły na śmieci. Ale nawet przy nich nie przystanąłem. Jeszcze nie... |
|
|