Dopóki na moim wydziale prowadzone były pięcioletnie studia magisterskie, nikt nie miał wątpliwości kogo kształcimy, jak powinniśmy studia prowadzić i czy mamy kompetencje do prowadzenia tych studiów. Gdy włączając się w tzw. Proces Boloński zreorganizowaliśmy studia tak, aby stały się dwustopniowymi, wpadliśmy w pułapkę urzędniczo-prawnej logiki, która rzeczy oczywiste postawiła pod znakiem zapytania. Wpadliśmy na rafę z napisem „studia zawodowe”. Istnienie tej rafy jest dowodem na to, że potrafimy zachowywać się irracjonalnie: chętniej godzimy się na tkwienie w uwierającej sytuacji prawnej niż podejmujemy próby jej zmiany.
Termin „studia zawodowe” pojawił się w roku 1997 w ustawie o wyższych studiach zawodowych, będącej podstawą prawną do tworzenia państwowych i niepaństwowych wyższych szkół zawodowych. Do podstawowych zadań tych szkół należy „kształcenie w celu uzupełnienia specjalistycznej wiedzy i umiejętności zawodowych”. Zgodnie z ustawą, absolwent wyższej szkoły zawodowej otrzymuje dyplom i tytuł zawodowy licencjata lub inżyniera. Jest rzeczą zrozumiałą, że ustawodawca w tym przypadku kładł nacisk na umiejętności zawodowe i przygotowanie do uprawiania konkretnego zawodu. Ponieważ ustawa dotyczyła tylko wyższych szkół zawodowych, nie budziła większych kontrowersji. Problem pojawił się wówczas, gdy zmiany dokonujące się w szkolnictwie wyższym zaczęły wyprzedzać uregulowania prawne. Polska włączyła się w realizację założeń Deklaracji Bolońskiej, czego konsekwencją stało się wprowadzanie studiów dwustopniowych na tradycyjnych kierunkach uniwersyteckich. Z powodu braku odpowiednich uregulowań prawnych uniwersyteckie studia pierwszego stopnia, tzw. studia licencjackie, zaczęto usilnie traktować jako studia zawodowe. Lapidarnie rzecz ujmując, pojawiło się takie rozumowanie: studia licencjackie, jako studia zawodowe, przygotowują do uprawiania zawodu, a studia magisterskie nie. W ślad za tym pojawiły się szczególne wymagania stawiane nie tylko programom studiów licencjackich, ale także osobom studia te prowadzącym.
Przytoczę tutaj jedynie dwa przykłady z dokumentów na tyle ważnych, że nie sposób przejść nad nimi do porządku dziennego. W dokumencie Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, zatytułowanym Standardy nauczania dla kierunków studiów, opracowanym przez Marię Baster-Grząślewicz, czytamy: Warto bowiem pamiętać, że zarówno studia kończące się tytułem zawodowym inżyniera, jak i licencjata, są autonomicznymi formami studiów zawodowych. Ich program nie powinien więc być nadmiernie obciążony zaawansowanymi treściami teoretycznymi oraz ograniczać się do fragmentu studiów magisterskich. Twierdzenie o autonomii studiów licencjackich w odniesieniu do dwustopniowego kształcenia uniwersyteckiego jest mocno dyskusyjne i odbiega od praktyk stosowanych w krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Np. w krajach anglosaskich student na danym kierunku studiów realizuje program undergraduate, kończący się tytułem bachelor, a następnie program postgraduate, kończący się tytułem master lub doktoratem. Jest oczywiste, że program pierwszego etapu studiów powinien stanowić merytorycznie zamkniętą całość, ale jest on w dalszym ciągu niczym innym, jak częścią większej całości. Pierwszy dyplom uniwersytecki nie jest dokumentem nadającym uprawnienia zawodowe, a jedynie potwierdza zakończenie pewnego etapu studiów wyższych.
Istnieje pilna konieczność odróżnienia licencjackiego etapu studiów uniwersyteckich od studiów zawodowych. Wydaje się, że konieczność tę dostrzegli autorzy projektu prawa o szkolnictwie wyższym, którzy definiują studia licencjackie albo inżynierskie jako studia umożliwiające uzyskanie podstawowej wiedzy i umiejętności w określonym zakresie kształcenia, mogące przygotowywać do pracy w określonym zawodzie. To określenie studiów licencjackich przez autorów projektu znacznie odbiega od stanowiska pani Baster-Grząślewicz, która w swoim opracowaniu twierdzi, że absolwent studiów zawodowych (a więc także licencjackich) winien być przygotowany, bez konieczności dalszej nauki, do podjęcia pracy zawodowej. Ten pogląd trudny jest do zastosowania w odniesieniu do licencjackich studiów uniwersyteckich. Bo niby w jakim zawodzie ma pracować absolwent licencjackich studiów fizyki teoretycznej, politologii, matematyki? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi i nie jest to sprawa precyzji, z jaką określimy profil absolwenta tych studiów.
Studia prowadzone w uniwersytetach w znakomitej większości nie mają charakteru studiów zawodowych, niezależnie od poziomu tych studiów (w ramach większości kierunków studiów nie ma obowiązkowych praktyk zawodowych!). Wyjątek stanowią tu specjalności nauczycielskie, dające uprawnienia do nauczania poszczególnych przedmiotów oraz studia dziennikarskie przygotowujące do zawodu dziennikarza. Nawet studia prawnicze dają jedynie podstawowe przygotowanie prawnicze, a określony zawód prawnika zdobywa się praktykując w zespołach adwokackich, prokuratorskich, sądach itd. Na współczesnym rynku pracy istnieje częstsza konieczność zmiany zawodu niż miało to miejsce kilkanaście lat temu. Uczelnie powinny wyposażać studenta w wiedzę i umiejętności przydatne w uprawianiu wielu pokrewnych zawodów. Sztuczne szufladkowanie wykształcenia na ściśle określone zawody nie bardzo ma sens, zwłaszcza teraz, gdy istnieje wiele zawodów trudnych do nazwania.
Skoro w przygotowywanym prawie o szkolnictwie znika termin „studia zawodowe”, to niezrozumiałe są dla mnie intencje listu podsekretarza stanu prof. Tadeusza Szulca do rektorów wyższych uczelni. W dokumencie tym pojawia się termin „studia na poziomie zawodowym”, który jest zupełnie niezrozumiały. Słowo „zawodowe” pociąga za sobą, w opinii prof. Szulca, pewne konsekwencje dotyczące kadry nauczającej. Otóż, jeżeli uczelnia chce prowadzić studia dwustopniowe, to spośród osób stanowiących tzw. minimum kadrowe danego kierunku co najmniej sześć „powinno posiadać doświadczenie praktyczne”. Wcześniej mowa jest o dorobku praktycznym. Z formalnego punktu widzenia wygląda to tak: uczelnia prowadzi jednolite studia magisterskie, gdyż ma uznane do tego minimum kadrowe. W momencie, gdy senat uczelni przekształci te studia w dwustopniowe, minimum kadrowe staje się wątpliwe, gdyż powstaje pytanie, czy obejmuje ono sześć osób o dorobku praktycznym? Czym jest ów dorobek praktyczny? Nie wiem. Czy chemik prowadzący w uniwersytecie zajęcia dydaktyczne i badania naukowe posiada dorobek praktyczny? Czy profesor pedagogiki, który nigdy nie uczył w szkole, posiada dorobek praktyczny pozwalający włączyć go do minimum kadrowego na licencjackich studiach nauczycielskich? Czy profesor psychologii, publikujący prace w swojej dziedzinie, ale niepracujący w żadnej poradni, posiada odpowiedni dorobek praktyczny? Te pytania można mnożyć w nieskończoność. Czy pisząc o tzw. dorobku praktycznym prof. Szulc ma na myśli dorobek w dziedzinie zastosowań uprawianej dyscypliny? Jeśli tak, to przecież wiadomo, że w uniwersytetach, w których prowadzone są głównie badania podstawowe, tzw. praktyków jest niewielu. Powstaje pytanie, o co tak naprawdę chodzi? Czy ministerstwu rzeczywiście zależy na tworzeniu dwustopniowej formy studiów?
I na koniec jeszcze jedna refleksja, odbiegająca nieco od tematu. Z pozycji centralnych nie zawsze dobrze widać złożoność organizmu, jakim jest wyższa uczelnia, dlatego tworzenie szczegółowych zarządzeń wymaga dużej ostrożności. Posłużę się tu przykładem. Od roku 1991 obowiązuje rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie zasad gospodarki finansowej uczelni. Zezwala ono uczelniom państwowym pobierać opłaty za: zajęcia na studiach dziennych w przypadku ich powtarzania spowodowanego niezadowalającymi wynikami w nauce ( 8 pkt 1), studia zaoczne, wieczorowe i eksternistyczne ( 8 pkt 2), studia podyplomowe i inne formy kształcenia ( 8 pkt 3). Wszystko byłoby dobrze, gdyby autorzy rozporządzenia nie zdecydowali się sami rozstrzygać o trybie wnoszenia tych opłat i zwolnieniach, pozostawiając te rozstrzygnięcia senatom uczelni. Tymczasem zarządzenie rozstrzyga ( 10), że opłaty powinny być wniesione przed rozpoczęciem semestru, a zwalniać z nich może, w uzasadnionych przypadkach, rektor ( 11). Pozornie poprawnie, ale tylko pozornie. Po pierwsze, zapomniano, że sesja poprawkowa po semestrze zimowym kończy się około dwa tygodnie po rozpoczęciu zajęć semestru letniego. Oznacza to, że student nie może wnieść opłaty przed rozpoczęciem semestru, bo w tym momencie nie wie jeszcze, jakie zajęcia będzie powtarzał. Po drugie, formułując 11 autorzy rozporządzenia nie zastanowili się chyba nad jego skutkami. W moim uniwersytecie studiuje ok. 43 tys. osób, z tego przeszło połowa na studiach płatnych, czyli zaocznych lub wieczorowych. Brak danych statystycznych dotyczących studentów studiów dziennych, ale wiadomo, że wielu z nich w czasie studiów powtarza jakieś zajęcia. Krótko mówiąc, podania o obniżenie wymaganych opłat liczone są w tysiącach! Muszą one być rozpatrzone przez rektora uczelni, a więc przez osobę, która na ogół studenta nie zna i niewiele wie o jego problemach finansowych. Od decyzji rektora student może odwołać się jedynie do sądu, co jest kłopotliwe i trwa bardzo długo. Gdyby problem opłat regulował regulamin studiów, najprawdopodobniej większość uczelni przyjęłaby następujące rozwiązanie: podania rozpatrywałby dziekan, który zna sprawę i ma pod ręką wszelkie dane o studencie niezbędne do podjęcia decyzji. Przed pójściem do sądu, student mógłby składać odwołanie do rektora, które rozpatrywane byłoby szybko. Rektor nie byłby zmuszony do rozpatrywania codziennie setki indywidualnych podań i mógłby w większym stopniu poświęcić czas na załatwianie spraw ważnych dla całej uczelni. Oto przykład sprawy prostej, łatwej do załatwienia, a jednak uwierającej, jak kamień w bucie, od 13 lat!
Dr hab. Ryszard Cach, prof. UWr., fizyk, pracuje na Wydziale Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego.