Na marginesach nauki

KONFERENCJA ZA WŁASNE

Leszek Szaruga

 Fot. Stefan Ciechan Od czasu do czasu jeżdżę na konferencje naukowe, zarówno dlatego, że po prostu podnoszą one zagadnienia dla mnie interesujące, ale też i po to, by wypełnić odpowiednią rubrykę dotyczącą mojej „aktywności badawczej”. Prawdę powiedziawszy, konferencje pozwalają również na podtrzymanie życia towarzyskiego. Warto od czasu do czasu spotkać ludzi, z którymi się człowiek dawno nie widział, a z którymi rozmowę uważa za inspirującą; bezpośredni kontakt zawsze o wiele więcej daje niż obcowanie z osobowością badacza za pośrednictwem lektury jego tekstów. Wiadomo też powszechnie, że w większości wypadków najważniejszą częścią konferencji są kuluary i długie nieraz wieczorne rozmowy. W szczególności jest to ważne dla ludzi młodych, dopiero wrastających w naukowe środowisko - to „przetarcie się”, nawiązanie osobistych kontaktów, rozmowy w cztery oczy z autorytetami, to ważny element rozwoju naukowego. Dotyczy to przede wszystkim koleżanek i kolegów z ośrodków odległych od centrum, dla których kontakt z przedstawicielami „wielkiego świata” ma walor nieprzeceniony.

Ostatnio coraz częściej się zdarza, iż organizatorzy konferencji pobierać zaczynają od jej uczestników - także od referentów - „opłatę konferencyjną”. Rzecz to o tyle zrozumiała, iż w jakiś sposób trzeba zdobyć środki na zapewnienie wyżywienia i kosztów pobytu, a przecież nie zawsze udaje się pozyskać pieniądze od sponsorów bądź wydębić grant. O tym, by organizatorzy konferencji zapewniali zwrot kosztów podróży, nie mówiąc już o honorarium za przygotowany referat, nie słyszałem od lat. Nierzadko bywa i tak, iż autor referatu nie otrzymuje honorarium za udział w pokonferencyjnej publikacji. Jedynym zyskiem, dla młodych badaczy jednak ważnym, jest ciułanie punktów przyznawanych za owe publikacje. Dobre i to, tym bardziej że wielu naukowych wydawców nie płaci także honorariów za publikowane u nich, z reguły niskonakładowe, książki. Ale znów - wydanie książki jest ważne, gdyż wzbogaca listę „publikacji naukowych”. Rekompensatą za brak pieniędzy ma być gromadzenie „podkładek” ważnych w dalszej naukowej karierze.

Dawniej na ogół tak bywało, iż zgłaszając swój udział w konferencji delikwent mógł liczyć na delegację z macierzystej uczelni. Podobnie bywało z opłatami konferencyjnymi - odpowiedni kwit od organizatorów pozwalał ubiegać się o zwrot poniesionych kosztów. Teraz i o to - szczególnie w mniejszych ośrodkach - coraz trudniej. Wiadomo wszak, że środki, jakimi dysponują uczelnie, są coraz bardziej skąpe. W efekcie udział w konferencji to osobista inwestycja badacza, uczelnie przestają być zainteresowane takimi wydatkami.

Nie narzekam. Jeśli naprawdę zależy mi na uczestnictwie w konferencji, stać mnie na to i nie muszę za wszelką cenę odzyskać włożonych w takie uczestnictwo pieniędzy. Ale nie chodzi o mnie, lecz o młodsze koleżanki i młodszych kolegów, dla których wydatek rzędu 200-300 złotych to już poważne obciążenie. Oni, zderzając się z finansową niemożnością macierzystych uczelni, po prostu na konferencje nie jeżdżą lub jeżdżą w ostateczności, gdy koniecznie muszą. W efekcie wszyscy są stratni. Tracą młodzi, którzy nie tylko nie mają możliwości konfrontacji z innymi w otwartych i często niemożliwych do odtworzenia dyskusjach, tracą uczelnie, których „logo” znika z obiegu konferencyjnego, co prowadzi do ich marginalizacji w przestrzeni krajowego - a bywa, że i międzynarodowego - życia naukowego, tracą studenci tych uczelni, coraz bardziej świadomi „prowincjonalizacji” swego środowiska naukowego, traci wreszcie, by na tym poprzestać, całe nasze życie naukowe.

To wszystko jest chore i nie sądzę, by miało się w najbliższym czasie zmienić. Cały system zdaje się powoli zapadać. Przy czym nie chodzi mi o pozycję samodzielnych pracowników naukowych, ta jest jeszcze do wytrzymania. Chodzi przede wszystkim o niezdrowy układ dopływu i uczestnictwa w życiu naukowym ludzi młodych. Zastępowanie normalnej do niedawna drogi awansu - po studiach asystentura, „terminowanie” u mistrza i jednoczesna praca dydaktyczna, .wrastanie” w zespół - przez studia doktoranckie, po których i tak możliwość znalezienia pracy w uczelni jest sprawą niepewną, jest szkodliwe zarówno dla młodszych pracowników, jak dla kadry. Przede wszystkim usunięty został i niemal do zera zredukowany system więzi osobistych, o który łatwiej w trakcie pracy zespołowej niż w formalnych kontaktach w czasie seminarium doktorskiego; ten typ więzi w niektórych przypadkach ma olbrzymie znaczenie w rozwoju naukowym. Podobnie dzieje się w przypadku eliminacji młodych naukowców z udziału w konferencjach.

Coś się w naszym życiu naukowym zaczyna psuć i nie sądzę, by łatwo można było to naprawić. Nie ulega wątpliwości, że źródeł tego procesu upatrywać należy w skandalicznej, a nawet haniebnej mizerii finansowej, na którą jest skazana polska nauka. We Francji uczeni wołają o ratunek, ale i tak mają się w porównaniu z nami nieźle. Jak podaje „Polityka”, nakłady na naukę we Francji to 1,03 proc. PKB, u nas - 0,37 proc. (a więc trzecia część); na jednego badacza Francuzi łożą 193 tys. dolarów, u nas - 48 tys. (czyli czwartą część). Tyle, że francuskie środowiska naukowe wciąż jeszcze, czując się w opresji, potrafią zmobilizować do obrony swych interesów społeczne wsparcie. U nas nawet nikt o tym nie myśli. I dobrze. Niebawem będziemy się napawać wiadomościami o sukcesach naszych młodych badaczy zatrudnionych w instytucjach naukowych daleko poza granicami kraju. Bo w końcu ci najlepsi gdzieś się na świecie przebiją.