Od czasu do czasu jeżdżę na konferencje naukowe, zarówno dlatego, że po prostu podnoszą one zagadnienia dla mnie interesujące, ale też i po to, by wypełnić odpowiednią rubrykę dotyczącą mojej „aktywności badawczej”. Prawdę powiedziawszy, konferencje pozwalają również na podtrzymanie życia towarzyskiego. Warto od czasu do czasu spotkać ludzi, z którymi się człowiek dawno nie widział, a z którymi rozmowę uważa za inspirującą; bezpośredni kontakt zawsze o wiele więcej daje niż obcowanie z osobowością badacza za pośrednictwem lektury jego tekstów. Wiadomo też powszechnie, że w większości wypadków najważniejszą częścią konferencji są kuluary i długie nieraz wieczorne rozmowy. W szczególności jest to ważne dla ludzi młodych, dopiero wrastających w naukowe środowisko - to „przetarcie się”, nawiązanie osobistych kontaktów, rozmowy w cztery oczy z autorytetami, to ważny element rozwoju naukowego. Dotyczy to przede wszystkim koleżanek i kolegów z ośrodków odległych od centrum, dla których kontakt z przedstawicielami „wielkiego świata” ma walor nieprzeceniony.
Ostatnio coraz częściej się zdarza, iż organizatorzy konferencji pobierać zaczynają od jej uczestników - także od referentów - „opłatę konferencyjną”. Rzecz to o tyle zrozumiała, iż w jakiś sposób trzeba zdobyć środki na zapewnienie wyżywienia i kosztów pobytu, a przecież nie zawsze udaje się pozyskać pieniądze od sponsorów bądź wydębić grant. O tym, by organizatorzy konferencji zapewniali zwrot kosztów podróży, nie mówiąc już o honorarium za przygotowany referat, nie słyszałem od lat. Nierzadko bywa i tak, iż autor referatu nie otrzymuje honorarium za udział w pokonferencyjnej publikacji. Jedynym zyskiem, dla młodych badaczy jednak ważnym, jest ciułanie punktów przyznawanych za owe publikacje. Dobre i to, tym bardziej że wielu naukowych wydawców nie płaci także honorariów za publikowane u nich, z reguły niskonakładowe, książki. Ale znów - wydanie książki jest ważne, gdyż wzbogaca listę „publikacji naukowych”. Rekompensatą za brak pieniędzy ma być gromadzenie „podkładek” ważnych w dalszej naukowej karierze.
Dawniej na ogół tak bywało, iż zgłaszając swój udział w konferencji delikwent mógł liczyć na delegację z macierzystej uczelni. Podobnie bywało z opłatami konferencyjnymi - odpowiedni kwit od organizatorów pozwalał ubiegać się o zwrot poniesionych kosztów. Teraz i o to - szczególnie w mniejszych ośrodkach - coraz trudniej. Wiadomo wszak, że środki, jakimi dysponują uczelnie, są coraz bardziej skąpe. W efekcie udział w konferencji to osobista inwestycja badacza, uczelnie przestają być zainteresowane takimi wydatkami.
Nie narzekam. Jeśli naprawdę zależy mi na uczestnictwie w konferencji, stać mnie na to i nie muszę za wszelką cenę odzyskać włożonych w takie uczestnictwo pieniędzy. Ale nie chodzi o mnie, lecz o młodsze koleżanki i młodszych kolegów, dla których wydatek rzędu 200-300 złotych to już poważne obciążenie. Oni, zderzając się z finansową niemożnością macierzystych uczelni, po prostu na konferencje nie jeżdżą lub jeżdżą w ostateczności, gdy koniecznie muszą. W efekcie wszyscy są stratni. Tracą młodzi, którzy nie tylko nie mają możliwości konfrontacji z innymi w otwartych i często niemożliwych do odtworzenia dyskusjach, tracą uczelnie, których „logo” znika z obiegu konferencyjnego, co prowadzi do ich marginalizacji w przestrzeni krajowego - a bywa, że i międzynarodowego - życia naukowego, tracą studenci tych uczelni, coraz bardziej świadomi „prowincjonalizacji” swego środowiska naukowego, traci wreszcie, by na tym poprzestać, całe nasze życie naukowe.
To wszystko jest chore i nie sądzę, by miało się w najbliższym czasie zmienić. Cały system zdaje się powoli zapadać. Przy czym nie chodzi mi o pozycję samodzielnych pracowników naukowych, ta jest jeszcze do wytrzymania. Chodzi przede wszystkim o niezdrowy układ dopływu i uczestnictwa w życiu naukowym ludzi młodych. Zastępowanie normalnej do niedawna drogi awansu - po studiach asystentura, „terminowanie” u mistrza i jednoczesna praca dydaktyczna, .wrastanie” w zespół - przez studia doktoranckie, po których i tak możliwość znalezienia pracy w uczelni jest sprawą niepewną, jest szkodliwe zarówno dla młodszych pracowników, jak dla kadry. Przede wszystkim usunięty został i niemal do zera zredukowany system więzi osobistych, o który łatwiej w trakcie pracy zespołowej niż w formalnych kontaktach w czasie seminarium doktorskiego; ten typ więzi w niektórych przypadkach ma olbrzymie znaczenie w rozwoju naukowym. Podobnie dzieje się w przypadku eliminacji młodych naukowców z udziału w konferencjach.
Coś się w naszym życiu naukowym zaczyna psuć i nie sądzę, by łatwo można było to naprawić. Nie ulega wątpliwości, że źródeł tego procesu upatrywać należy w skandalicznej, a nawet haniebnej mizerii finansowej, na którą jest skazana polska nauka. We Francji uczeni wołają o ratunek, ale i tak mają się w porównaniu z nami nieźle. Jak podaje „Polityka”, nakłady na naukę we Francji to 1,03 proc. PKB, u nas - 0,37 proc. (a więc trzecia część); na jednego badacza Francuzi łożą 193 tys. dolarów, u nas - 48 tys. (czyli czwartą część). Tyle, że francuskie środowiska naukowe wciąż jeszcze, czując się w opresji, potrafią zmobilizować do obrony swych interesów społeczne wsparcie. U nas nawet nikt o tym nie myśli. I dobrze. Niebawem będziemy się napawać wiadomościami o sukcesach naszych młodych badaczy zatrudnionych w instytucjach naukowych daleko poza granicami kraju. Bo w końcu ci najlepsi gdzieś się na świecie przebiją.