Uniwersytety przechodziły i przechodzą różnorakie zmiany. Są one pożądane w sytuacji, gdy prowadzą do lepszego funkcjonowania uczelni i pełniejszego spełniania przez nie społecznych misji. Budzą one jednak niepokój wówczas, gdy stawiają pod znakiem zapytania owe misje, zaś samo „ulepszanie” prowadzi do upodobnienia ich do instytucji, którymi z różnych względów nie były i być nie chciały. Tego rodzaju tendencje uwidoczniły się w ostatnich kilkudziesięciu latach, a w ostatnich kilku pojawiły się poważne zachęty do tego, aby uniwersytety zmieniły swój tradycyjny charakter. Zachęty takie pojawiają się m.in. w opracowywanych przez unijnych strategów koncepcjach rozwoju zjednoczonej Europy.
Na temat tego, co odróżnia uniwersytety od innych instytucji, w tym od innego typu uczelni, nie mam do powiedzenia w zasadzie niczego odkrywczego. Nie ma tutaj zresztą zbyt wiele do odkrywania, zostało na ten temat powiedziane już dostatecznie dużo i jasno. W sposób skrótowy mówi o tym ogłoszona w 1988 roku „Wielka Karta Uniwersytetów Europejskich”. Pisze się w niej m.in., że uniwersytet jest autonomiczną instytucją, że nie tylko prowadzona jest w nim „działalność naukowa i dydaktyczna”, ale także, iż badania oraz nauczanie muszą być ze sobą nierozerwalnie związane, a dalej, że wolność akademicka, czyli swoboda prowadzonych badań naukowych i kształcenia jest najbardziej fundamentalną zasadą życia uniwersyteckiego, oraz iż wypełniając swe powołanie przekracza on granice geograficzne i polityczne oraz zaspokaja istotną potrzebę wzajemnego poznania i oddziaływania różnych kultur. Pozwalam sobie na przypomnienie tych oczywistości głównie z myślą o tych, którzy albo nigdy nie zetknęli się z uniwersytecką rzeczywistością, albo też mieli z nią tak słaby kontakt, że nie przełożyło się to na rozumienie specyfiki tej instytucji.
Jednak aby nie mnożyć i tak już licznych nieporozumień na temat tego, czym uniwersytety były w przeszłości, dopowiem, że jak dotychczas było w nich miejsce:
Rzecz jasna, niemałą sztuką jest połączenie tego wszystkiego w jednym programie edukacyjnym oraz zrealizowanie w ciągu tych kilku lat uniwersyteckich studiów. Niemałą sztuką jest również zgromadzenie „pod jednym dachem” takiej kadry badawczej i dydaktycznej, która potrafi dobrze zrozumieć uniwersyteckie misje oraz je realizować. Jednak siła ludzi uniwersytetu polegała właśnie na tym, że sztukę tę opanowali, rozwijali oraz przekazywali kolejnym pokoleniom. Tak się rzecz miała przynajmniej do pewnego czasu.
Dzisiaj mówi się głośno, że uniwersytety przeżywają swoisty kryzys. W różnych krajach różnie on się wyraża oraz różna jest jego skala, niemniej generalnie jest to kryzys ich tożsamości, tj. tego, czym te uczelnie być mogą oraz powinny. W dyskusji na ten temat zderzają się co najmniej dwie zasadniczo różne opcje. Pierwszą z nich nazwać można „tradycjonalistyczną”, bo jej swoistym znakiem rozpoznawczym jest obrona tradycyjnych wartości uniwersyteckiego życia - takich m.in., jak zasygnalizowane wyżej. Druga z nich, „modernistyczna”, zmierza do dosyć radykalnego „przewietrzenia uniwersyteckich murów” oraz wprowadzenia do nich elementów rynku, z takimi jego elementami, jak: produkcja, popyt i podaż, zysk i strata itp. W świetle tej opcji - kto płaci, ten wymaga oraz dyktuje wszystkie pozostałe warunki funkcjonowania.
Wprawdzie w Europie, póki co, uniwersytety są w ogromnej większości finansowane i rozliczane przez państwo, a nie przez korporacje przemysłowe i finansowe, jednak coraz częściej rządy państw stawiają im całkiem konkretne zadania i oczekują, że zostaną one zrealizowane zgodnie ze zleceniem. Nie inaczej jest z zadaniami zlecanymi przez unijnych decydentów. Można im się oczywiście nie podporządkować, ale praktycznie niesie to ze sobą groźbę zepchnięcia na margines życia akademickiego. Rzecz jasna, mało który z ludzi uniwersytetu chciałby się tam znaleźć. Jedni z nich podejmują zatem próbę zapobieżenia temu poprzez wysyłanie sygnałów ostrzegawczych przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Inni z kolei (tych jest coraz więcej) kontestują wprawdzie sprowadzanie ich do roli zwykłych „usługodawców” czy też - jak to określił R. Winter - dostarczycieli towaru w ramach „supermarketu wiedzy”, niemniej podporządkowują się nowym regułom i ustawiają w kolejce po zlecenia na swoje „usługi badawcze i edukacyjne”. Tak czy inaczej, jedni i drudzy przeżywają kryzys tożsamości, bo jeszcze nie tak dawno wydawało się im, że są ponad tym całym „jarmarcznym zgiełkiem” sprzedających i kupujących naukowe i edukacyjne dobra.
Przejawem kryzysu współczesnych uniwersytetów jest również rozdzielanie pracy badawczej i dydaktycznej. W przeszłości również istniała spora grupa ludzi uniwersytetu, która koncentrowała się tylko na jednej z nich, zaniedbując drugą. Dzisiaj problem ten polega nie tyle na tym, że liczebność którejś z tych grup znacznie wzrosła, co na tym, że pogłębiły się mechanizmy sprzyjające takiemu podziałowi. W wielu uniwersytetach europejskich jest bowiem tak, iż podstawą awansu akademickiego i środowiskowego prestiżu są głównie wyniki prowadzonych badań, a także umiejętność pozyskiwania na nie środków finansowych spoza uczelni (z Unii Europejskiej, od prywatnych zleceniodawców itp.). W Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. było to nawet przedmiotem poważnej dyskusji, która nie doprowadziła jednak do żadnej zmiany i w dalszym ciągu w najbardziej liczących się uczelniach brytyjskich o pozycji uczonego stanowią prowadzone przez niego badania, mierzone m.in. liczbą i jakością publikacji. We Włoszech władze państwowe próbują temu przeciwdziałać wprowadzając zdecydowanie wyższe wynagrodzenie dla tych profesorów, którzy prowadzoną zajęcia ze studentami. M.in. pensum dydaktyczne wynosi tam 250 godzin rocznie (obejmuje ono jednak zarówno prowadzenie wykładów, jak i przygotowanie się do nich). W sytuacji ogromnej presji na uzyskiwanie wyników badawczych skuteczność tych działań jest jednak ograniczona, a możliwości zminimalizowania aktywności dydaktycznej w dalszym ciągu pozostają spore.
Przedstawione zostały one w kolejnych programach ramowych Unii Europejskiej. Przypomnę zatem, że celem piątego z nich (realizowanego w latach 1998-2002) było Podtrzymywanie i rozwijanie, w kontekście Europejskiego Obszaru Badawczego, potencjału badawczego europejskich laboratoriów, uniwersytetów i firm oraz ich zdolności do tworzenia wiedzy na najwyższym poziomie oraz wysokiej jakości technologii; a także zapewnienie tego, aby europejskie badania służyły ekonomicznym i społecznym celom Unii. Dalej wyróżnia się cztery obszary realizacji tego celu oraz dla pierwszego z nich „programy tematyczne” (np. „poprawa jakości życia i zarządzania żywymi zasobami”), natomiast dla pozostałych „programy horyzontalne” (np. „utwierdzanie międzynarodowej roli badań wspólnotowych” czy „poprawa potencjału ludzkich zasobów badawczych i postawy wiedzy społeczno-ekonomicznej”). Na realizację tego przedsięwzięcia UE przeznaczyła 14,96 mld euro. Z kolei generalnym celem 6.PR Badań, Rozwoju Technicznego i Prezentacji UE (realizowanego w l. 2002-06) jest w dalszym ciągu „podtrzymywanie i rozwijanie” Europejskiego Obszaru Badawczego nie tylko za większe o 17 proc. środki finansowe (w liczbach bezwzględnych daje to 17,5 mld euro), ale także poprzez skupienie się na mniejszej liczbie priorytetów. Obecnie nazywa się je „priorytetami strategicznymi”, stanowią je: P1 (BIO, czyli „genomika i biotechnologie dla zdrowia”), P2 (IST, czyli „technologie społeczeństwa informacyjnego”), P3 (MA, czyli „nanotechnologie i nauka o materiałach”), P4 (AE, czyli „aeronautyka i przestrzeń kosmiczna”), P5 (FO, czyli „jakość i bezpieczna żywność”), P6a (EN - energia), P6b (TR - transport), P6c (EC - zmiany globalne), P7 (SO, czyli „obywatele i sprawowanie władzy w społeczeństwie opartym na wiedzy”).
Rzecz jasna, do znalezienia odpowiedzi na pytanie, o co unijnym komisarzom w tych priorytetach chodzi, nie wystarczy rozszyfrowanie ich nazw, lecz konieczne jest odwołanie się do innych dokumentów UE, w szczególności do Strategii Lizbońskiej (programu przyjętego w marcu 2000 r. w Lizbonie przez Radę Europy). Mówi się tam o uczynieniu (do 2010 r.) z UE wiodącej pod względem dynamiki gospodarki świata. Jednym z jej filarów ma być „nowa ekonomia oparta na wiedzy” (New Knowledge-Driven Economy), do której doprowadzić ma powstanie Europejskiej Przestrzeni Badań i Innowacyjności (European Area Research and Innovation), nazywana również Europejską Przestrzenią Badawczą (European Researche Area, ERA). Wszystkie te skróty warto sobie przyswoić, bo unijni stratedzy najwyraźniej nie mają zamiaru tracić czasu na długie i zawiłe opisy planów swoich działań i przekazują komunikaty na ich temat z iście „wojskową” dyscypliną. Warto zatem jeszcze wspomnieć o eEurope Action Plan, w skrócie eEurope, czyli o planie upowszechnienia łączności internetowej w krajach byłej „15” oraz o eEurope+, czyli osiągnięciu tego samego w nowych krajach unijnych. Dodam jeszcze tylko, że za tymi planami idzie zwiększenie wydatków na badania i rozwój techniczny. Przewiduje się, że do wspomnianego tutaj 2010 r. mają one wzrosnąć do 3,0 proc. PKB, przy czym 1/3 pochodzić ma z sektora prywatnego. Obecnie wskaźnik ten przekroczyły już takie kraje, jak Szwecja czy Finlandia, ale innym - np. Niemcom, czy Francji - jeszcze do niego daleko (Polska ze swoim 0,36 proc. PKB w 2003 r. sytuuje się oczywiście na szarym końcu tego swoistego „peletonu”).
Na tej podstawie można już bez większego ryzyka błędu odpowiedzieć na pytanie, jakie są w gruncie rzeczy oczekiwania unijnych strategów kierowane pod adresem wyższych uczelni. Ujmując to w wielkim skrócie, można powiedzieć, że generalnie chodzi o maksymalne zbliżenie:
Do tej krótkiej listy można oczywiście dopisać cały szereg konkretów, takich chociażby, jak tworzenie przez uczelnie:
Jak to wdrażanie wygląda w Polsce? Na tak wysokim szczeblu jak Ministerstwo Nauki i Informatyzacji oraz działający przy nim Komitet Badań Naukowych wygląda to całkiem nieźle. Przygotowany tam został bowiem zarówno uwzględniający te priorytety projekt ustawy o finansowaniu badań naukowych, jak i szereg innych związanych z nimi dokumentów, jak np. obszerne opracowanie Cele i kierunki rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce. Na stronie internetowej KBN można znaleźć nie tylko ogólne informacje o 5. i 6. Programie Ramowym, ale także wiele innych, znacznie bardziej konkretnych - m.in. o Krajowych Punktach Kontaktowych Programów Badawczych UE, organizowanych do ich realizacji zespołach (w tym poszukiwanych kooperantach), konferencjach i seminariach szkoleniowych, stypendiach i stażach naukowych itp. Warto również odnotować, że Ministerstwo Nauki i Informatyzacji podejmuje konkretne kroki mające zachęcić polskich uczonych do aktywniejszego włączenia się do realizacji 6.PR, m.in. dofinansowywanie udziału polskich jednostek naukowych lub podmiotów działających na rzecz nauki w projektach 6. Programu Ramowego UE.
Zejście na niższy szczebel wdrożeń, tj. regionalnych i branżowych punktów kontaktowych, również nie daje powodu do obaw, że nie jest z tym tak, jak być powinno. Punktów tych bowiem jest nie tylko sporo (ponad 50), ale też działają one zarówno w dużych ośrodkach akademickich (Warszawa, Kraków, Poznań), jak i znacznie mniejszych (Koszalin, Olsztyn, Puławy). Bezpośredni kontakt z nimi przekonuje, że zatrudnione w nich osoby wiedzą o co w tym wszystkim chodzi oraz chcą i potrafią podzielić się tą wiedzą z innymi. Dopiero zapoznanie się z listą uczestników owych programów może wzbudzić pewne wątpliwości. Nie tylko bowiem nie ma ich w sumie zbyt wielu, ale też rzadko kiedy występują jako koordynatorzy projektu; najczęściej są to tzw. partnerzy w sieci tematycznej lub - co na jedno wychodzi - podwykonawcy.
Sporo do myślenia daje broszura Sukcesy polskich naukowców w 5. Programie Ramowym Unii Europejskiej. Wprawdzie autor wprowadzenia do niej, A. Siemaszko, podsumowując udział polskich uczonych w tym programie stwierdza, że polskie zespoły badawcze i przedsiębiorstwa będą odgrywać wiodącą rolę w Europejskiej Przestrzeni Badawczej, niemniej ich dotychczasowe osiągnięcia raczej nie dają podstaw do tak optymistycznego wniosku. Z podanego tam zestawienia wynika bowiem, że z budżetu tego programu otrzymaliśmy niewiele więcej niż do niego wnieśliśmy (wkład wyniósł 1,1 proc., a uczestnictwo w projektach finansowanych 1,2 proc.). Jednak sytuowało to nas - podobnie zresztą jak inne kraje kandydujące do UE - na końcu listy grantobiorców (kraje te uzyskały łącznie 2,5 proc. wszystkich środków przeznaczonych na realizację projektów, podczas gdy Niemcy 17,8 proc., Wielka Brytania 16,2 proc., a Francja 13,6 proc.).
Czy w 6.PR jest pod tym względem lepiej? Zapewne jeszcze nie czas na generalne podsumowania, ale już pojawiają się sygnały, że włączanie się polskich uczonych do realizacji unijnych priorytetów badawczych idzie opornie. Sygnałem takim jest m.in. podany przez Krajowy Punkt Kontaktowy komunikat o wstępnych wynikach II konkursu w P1 („genomika i biotechnologie dla zdrowia”): W konkursie wzięło udział 126 zespołów. Do finansowania i negocjacji zakwalifikowano 17 projektów, w których bierze udział 21 polskich partnerów. Natomiast na liście rezerwowej znalazło się 8 projektów z 8 polskimi uczestnikami. „Stopień sukcesu” polskich partnerów wyniósł więc 17 proc. Jest to nieco lepiej niż w I konkursie (15 proc.), ale ciągle poniżej średniej europejskiej, która wynosi 25 proc.
Można zapytać, czy ten relatywnie mały udział polskich uczonych w realizacji programów ramowych nie wynika z faktu, iż sformułowane w nich problemy badawcze rozmijają się z problematyką tradycyjnie podejmowaną w środowisku uniwersyteckim - rzecz jasna, nie jedynym prowadzącym badania naukowe, niemniej odgrywającym w nich, jak dotąd, jeśli nie wiodącą, to co najmniej znaczącą rolę. Do postawienia tego pytania skłania mnie nie tylko lista owych priorytetów, ale również lista wspomnianych już regionalnych i branżowych punktów kontaktowych (większość z nich jest usytuowana poza uniwersytetami), a także „lista polskich delegatów do Komitetów Programowych PR” (tutaj również zdecydowaną mniejszość stanowią osoby związane z uniwersytetami). Przyjrzenie się liście partnerów i kooperantów polskich naukowców, którzy odnieśli sukces w 5.PR, nie rozprasza tych wątpliwości. Znajdują się tam bowiem zarówno przykłady rozwiązywania problemów przez polskie jednostki badawczo-rozwojowe w kooperacji z podobnymi jednostkami z krajów UE, jak i takie, w realizacji których uczestniczy „mieszane towarzystwo” z różnych krajów. Dobrą ilustracją zdaje się być tutaj realizowany w ramach II programu horyzontalnego temat „Utworzenie ponadgranicznego systemu uniwersyteckiego wspierającego zakładanie nowych przedsiębiorstw”. Jego koordynatorem był Uniwersytet Nancy 2, natomiast partnerami m.in.: Uniwersytet Li?ge, Wyższa Szkoła Zawodowa z Karlsruhe, a ze strony polskiej Politechnika Lubelska.
Tak czy inaczej, pozycja uniwersytetów na mapie zjednoczonej Europy nie jest dzisiaj ani tak mocna, ani tak jednoznaczna, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Zapewne nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jaka będzie ich przyszłość. Obawiam się jednak, że nie będzie ona jaśniejsza, jeśli uniwersytety nie ustąpią nieco ze swojego tradycjonalizmu (tradycyjnej tematyki badawczej, tradycyjnych sposobów organizowania badań, tradycyjnego sposobu oceniania ich wartości itd.) i nie spojrzą nieco łaskawszym okiem na to, co stanowi „prozę życia”. A dzisiaj stanowią ją - po pierwsze pieniądze, po drugie ich dokładne liczenie i przeliczanie na to, co użyteczne, po trzecie zaś dawanie ich głównie tym, którzy mogą przyczynić się do pojawienia się jeszcze większych pieniędzy oraz rzeczy użytecznych praktycznie. Nie jest to bynajmniej apel o komercjalizację uniwersytetów czy ich pracowników. Jest to natomiast wezwanie do niezamykania się w świecie, wprawdzie godnym podziwu i szacunku, ale dzisiaj już niestety przechodzącym do historii.
Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.