Na marginesach nauki

SZKOŁA ELIT?

Leszek Szaruga

 Fot. Stefan Ciechan Od pewnego czasu na łamach „Rzeczpospolitej” powtarza się wezwanie do tworzenia „szkół elit”, co wydaje się pomysłem ze wszech miar godnym uwagi. Zważywszy gwałtowny wzrost liczby studentów i związany z tym wzrostem spadek poziomu, pomysł zaostrzonej selekcji pozytywnej - bo tak to trzeba po imieniu nazwać - jest wezwaniem chwili. Zarazem jednak wiadomo doskonale, że środki finansowe pozwalające na realizację tak dla kraju potrzebnego projektu są co najmniej skromne. Pojawia się dramatyczne pytanie, sformułowane w artykule Małgorzaty Lewartowskiej-Zychowicz („FA” nr 7/8): „albo uniwersytety konsekwentnie utrzymają politykę elitarności, albo też zredukują poziom swego kształcenia do pułapu możliwości nowego kandydata masowego”. I wniosek: „Uniwersytet dla masowego studenta musi nieuchronnie usprawnić proces kształcenia, musi zatem zredukować swoje wymagania, zwyczajnie bowiem nie jest w stanie utrzymać dotychczasowego poziomu bez radykalnej poprawy sytuacji materialnej. Logika podpowiada jednak absurdalność istnienia elitarnej instytucji przeznaczonej dla nieelitarnego klienta”.

Co więc z tym fantem zrobić? Nie ulega bowiem wątpliwości, iż „produkcja magistrów”, czyli w gruncie rzeczy rozdawnictwo dyplomów uniwersyteckich - co wydatnie zwiększa grupę ludzi z „wyższym wykształceniem”, poprawiając wydatnie miejsce Polski w odpowiednich rankingach - jest po prostu tworzeniem fikcji. Muszę przyznać, iż uczestnictwo w tych praktykach - a każdy pracownik naukowy jakoś w tym uczestniczy, w różny sposób usprawiedliwiając się przed sobą z podejmowanych kompromisów - napawa mnie coraz większym niesmakiem. Również dlatego, iż zdaję sobie sprawę z tego, że owa fikcja kiedyś wyjdzie nam, całemu społeczeństwu, bokiem. Niedokształceni nauczyciele będą produkować jeszcze gorszego „kandydata masowego”, napierającego na studia wyższe, których dyplom - bo już przecież nie wyniesiona z uczelni wiedza - stał się „wartością” przede wszystkim na rynku pracy, ale także jednym z wyznaczników społecznego statusu. O tym, do czego doprowadzą niedouczeni inżynierowie, strach pomyśleć.

Życie, oczywiście, kręci się we własnym, codziennym rytmie. Coraz częściej koleżanki i koledzy przychodzą do pracy uniwersyteckiej, jak do biura: ileś tam godzin trzeba odwalić, potem dom lub kolejne zajęcia uzupełniające niedostatki poborów. Studenci stanowią dla nich niezróżnicowaną masę, tym bardziej że nikt niemal spośród nich nie może być - wobec braku etatów asystenckich - ich przyszłą koleżanką lub przyszłym kolegą. Z kolei sami studenci wiedzą już doskonale, że nawet najlepsze wyniki egzaminów i zaliczeń nie stanowią przepustki do „kariery naukowej”, że muszą po magisterium podjąć studia doktoranckie, bez których ukończenia o pracy w uczelni mowy nie ma. Doktorat zresztą też powoli przemienia się w „papierek”, rodzaj „podkładki” na rynku pracy i studia doktoranckie także będą powoli przekształcać się w studia „masowe”. (To zresztą jest dobry argument za utrzymaniem kolokwium habilitacyjnego jako widomego poświadczenia poziomu naukowego - doktoraty ewoluują bowiem ku poziomowi dawnych, może tych bardziej ambitnych wypracowań magisterskich).

Krzysztof Pawłowski, rektor Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu pisze - w trosce o kształcenie elit - na stronach „Rzeczpospolitej” (nr 158) o konieczności wprowadzenia studiów płatnych i finansowaniu przez państwo jedynie studentów najzdolniejszych. Proponuje, by bezpłatny był jedynie rok pierwszy, co wydaje się rozsądne, zachowuje bowiem warunki równego startu. Po starcie jednak, jak to w wyścigach, wygrywać mają najlepsi. Ale i w jego propozycji pojawia się pewna niebezpieczna pułapka. Przybiera ona postać następującego stwierdzenia: „Formułę nieodpłatnych studiów dla najzdolniejszych ograniczam do zawodów społecznie użytecznych. (...) Właściwe instytucje administracji rządowej przy udziale instytucji akademickich powinny ustalić ranking najlepszych wydziałów kształcących na kierunkach uznanych za niezbędne dla sprawnego funkcjonowania państwa i wytypować te, na których studia będą finansowane w pełni z budżetu państwa”. Brzmi to sensownie i logicznie, ale brzmienia bywają zwodnicze. Nie sposób bowiem w błyskawicznie zmieniających się okolicznościach życia społecznego i politycznego wskazać owe „kierunki niezbędne dla sprawnego funkcjonowania państwa”. Nie sposób wyodrębnić kategorii „zawodów społecznie użytecznych”. Społecznie użyteczni są śmieciarze i malarze, każdy na swój sposób. Użyteczność społeczną pracy śmieciarzy widać na co dzień i zaniechanie przez nich jej wykonywania odczuć można niemal natychmiast. Z „użytecznością” malarzy sprawa już bardziej skomplikowana. Ale, przypominam, pomysł wyrzucenia poetów z Republiki raczej się nie przyjął, choć narodził się pod piórem samego Platona. Zresztą mieliśmy już kierunki studiów „słuszniejsze”. Każdy, kto studiował w „minionym okresie”, musiał wszak przebrnąć przez egzaminy z „filozofii marksistowskiej” oraz z czegoś, co nosiło nazwę „ekonomii politycznej socjalizmu”. Były to na owe warunki niewątpliwie przedmioty „niezbędne do sprawnego funkcjonowania państwa”, przynajmniej w rozumieniu „właściwych instytucji administracji rządowej”.

Dziś na przykład bardzo przydatnym do funkcjonowania państwa kierunkiem są studia arabistyczne, jesteśmy wszak uczestnikami głównie w arabskich obszarach się rozgrywającej wojny antyterrorystycznej. Przydadzą się w niej ludzie znający język i kulturę terenu „pola walki”, tym bardziej że chodzi o ropę, a wobec kłopotów z rurą na naszym najbliższym wschodzie powinniśmy się troszczyć o rury wschodu dalszego. Z czego nie wynika, iż arabistyka będzie równie ważna za lat dziesięć. Tymczasem studia trwają lat pięć. Co będzie ważne za lat dziesięć? Trudno to ustalić, świat się zmienia. Są w nim jednak pewne stałe, a przynajmniej być powinny, lecz są eliminowane, na co zwraca w „FA” (nr 7/8) uwagę Aldona Pobojewska, słusznie podnosząc alarm w związku z traktowaniem nauki filozofii jako balastu. Bez podstawowego minimum wiedzy filozoficznej o elitach raczej należy zapomnieć.