Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 2/1998

Czytelnia czasopism
Poprzedni Następny

Konkurencyjność spędza sen z powiek tym, którzy już myślą o integracji z Unią Europejską. Dotyczy to również sfery akademickiej. Oferta jakościowa i ekonomiczna sprawi, że uczelnia albo ściągać będzie rzesze studentów-internacjonałów, albo utonie w pomroce dziejów. Jakość kształcenia, bo o nią chodzi, stanowi bazę wszelkich rozważań, pomysłów i zmian, zarówno w szkołach państwowych, jak i niepaństwowych.

OPIEKUN I DORADCA

Według prof. Jerzego Kalisiaka, rektora Wyższej Szkoły Zarządzania, istnieją cztery główne problemy, które należy rozstrzygnąć już dziś, aby polskie uczelnie mogły sprostać wymogom konkurencji na europejskim rynku usług edukacyjnych. Pierwszym z nich jest kadra akademicka, ociężała, oderwana od codziennych problemów, jak czytamy w numerze 2/97 Biuletynu Naukowego i Informacyjnego WSZ „Zarządzanie Zmianami”. Kadra, jak każdy element systemu szkolnictwa wyższego, musi podporządkować się wymogom rynku i stać bardziej efektywną. Inaczej edukacja będzie zawsze obciążeniem dla budżetu. Po drugie, musi ulec zmianie rola uczelni wobec studenta. Powinna ona zmienić się z miejsca, gdzie pobiera się nauki w przewodnika, „intelektualnego opiekuna i doradcę”. Nie powinniśmy inwestować w mury, ale w intelekt i organizację – przekonuje autor. To bardzo mocno wiąże się z poprzednim postulatem. Dwa pozostałe czynniki dotyczą systemu finansowania oraz akredytacji i oceny jakości kształcenia. Zwłaszcza tym ostatnim rektor Kalisiak wydaje się być zainteresowany. Twierdzi, że model akredytacji i oceny jakości powinien ściągać na siebie uwagę uczelni, które rzeczywiście kształcą (i chcą kształcić) na wysokim poziomie. Wygląda na to, że Wyższa Szkoła Zarządzania – The Polish Open University takiej oceny się nie boi.

HAŃBA, POSTĘP I UNIVERSITAS

Sprostanie wymogom konkurencyjności, to również jakość egzaminów. Mówimy „poziom kształcenia”, a myślimy „egzamin” – pisze Bolesław Niemierko w artykule Egzamin haniebny i postępowy w grudniowym numerze „Vivat Academia!”, pisma środowiska akademickiego Trójmiasta. Codziennością w polskich uczelniach jest sytuacja, gdy na egzaminie spotykają się nie przygotowany student i zmęczony profesor. Ale nie to jest najgorsze. Prawdziwie haniebny egzamin – czytamy – częściej zdarza się młodszym pracownikom nauki niż profesorom. (...) Jest polowaniem na człowieka, którego indeks ma się w ręku i odwetem egzaminatora za porażki, nieuniknione na naszym padole płaczu. Partnerstwo jest możliwe, według autora, tylko wówczas, kiedy student również może oceniać – wybierając czyjeś zajęcia lub konsultacje.

Wszelkie nowinki w dziedzinie egzaminowania, związane z postępującą komputeryzacją i modą na testy, wprowadzają przede wszystkim spore zamieszanie. Zwłaszcza że – jak pisze Niemierko – tradycją uczelni naszego regionu Europy są „haki” w postaci zadań-pułapek, dzięki którym student zdobywa przeświadczenie, że tylko cud z nieba i trochę nieuczciwości mogą go na przyszłość ratować w pracy zawodowej. Egzamin „postępowy” jawi się wcale nie lepiej niż „haniebny”.

Tymczasem, znów na szerokim świecie zaczęto uprawiać pisanie długich rozpraw, wykonywanie żmudnych projektów i publiczne pokazy umiejętności (...). Ceni się syntezy i strategie, kompetencje i dzieła, praktyczną wartość wyników. Powraca się więc do bardziej bezpośredniego kontaktu studenta ze źródłami wiedzy oraz mistrza z uczniem. Po latach wspominać będziemy nie komputery, lecz ludzi – konkluduje publicysta. Czy to nie brzmi jak postulat prof. Kalisiaka, aby uczelnia była opiekunem i doradcą?

PODRĘCZNIK KLIKANY

Oddech konkurencji czują na plecach także przedstawiciele uczelni technicznych. Duży postęp w rozwoju nauk materiałowych stwarza potrzebę opracowania nowych, bardziej efektywnych metod nauczania, pozwalających na przekazywanie wiedzy i sprawdzanie jej przyswajania – pisze prof. Karol Przybyłowicz w numerze 38/97 „Indeksu”, pisma Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach. Publicysta jest autorem nowego typu podręcznika, który nadaje się do wprowadzenia w sieć komputerową. Najważniejsze jednak, że podręcznik ów cieszy się u studentów dużym powodzeniem (...). Twierdzą oni, że ułatwia im przyswojenie materiału do egzaminu, a wykładowcy potwierdzają poprawę poziomu opanowanej wiedzy.

Sukces dydaktyczny jest zasługą formy omawianego podręcznika. Nie chodzi tylko o to, że zestaw pytań kontrolnych pod każdym rozdziałem, pokrywający się z jego treścią, ułatwia studentom samokontrolę opanowania materiału, a wykładowcom przygotowanie pytań testowych i określenie zakresu materiału obowiązującego do egzaminu – istotą formy jest fakt, że nadaje się ona znakomicie do samokształcenia komputerowego. Podręcznik został już częściowo wprowadzony do sieci, dzięki czemu student może powtarzać swoje wiadomości wybierając selektywnie pytania, na które nie potrafi wyczerpująco odpowiedzieć, a odpowiedź wywołuje klawiszem „Enter”.

Nowa metoda nauczania w PŚ ma tylko jedną wadę – zbyt mały dostęp studentów do komputerów w uczelni. Solą w oku autora jest możliwość włączenia do sieci domów akademickich, gdzie studenci w cichości ducha mogliby w pełni docenić zalety nowego podręcznika.

DOJNA KROWA

Dzisiaj nie wystarczy już kształcić wysokiej klasy specjalistę w danej dziedzinie – przekonuje dr hab. Barbara Żurawik w artykule Kształcić inżynierów czy menedżerów? w numerze 16/97 „Akademickiego Kuriera Morskiego”, pisma Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni – powinien on opanować chociażby minimum wiedzy menedżerskiej. Tymczasem uczelnie techniczne traktują te najbardziej rynkowe kierunki (informatyka, zarządzanie i marketing, finanse i bankowość) nieco po macoszemu. Mimo że zaoczne studia dla specjalistów od zarządzania i marketingu w ostatnich latach (...) stały się dojnymi krowami, zapewniając uczelniom tak potrzebne środki, to studenci cisnąć się muszą w dusznych salach, a wykładowcy nosić po piętrach cały potrzebny do prowadzenia zajęć sprzęt. Poza tym, choć wspomniane kierunki cieszą się w gdyńskiej WSM wielkim powodzeniem, władze wydziału zmuszone zostały do zredukowania liczby miejsc.

Autorka zastanawia się, czy niechęć uczelni technicznych do kierunków menedżerskich nie wywodzi się z czasów, kiedy wyższość wykształcenia technicznego nad ekonomicznym dyktował m.in. permanentny brak wszystkiego na rynku – nie trzeba było się martwić o sprzedaż czegokolwiek, natomiast produkcja wymagała wykształconych kadr inżynierskich. Dziś obie opcje są jednakowo istotne, gdyż specjalista do spraw marketingu, zatrudniony w stoczni, hucie czy fabryce, musi znać specyfikę branży i produktu, łączyć wiedzę techniczną z ekonomiczną. Wydawało się, że uczelnie techniczne rozumieją ten trend, gdyż ilość studentów kierunków ekonomicznych w pewnym momencie zdecydowanie wzrosła. Jednak te przeobrażenia – czytamy – nadal nie odbywają się w atmosferze współpracy, lecz raczej rywalizacji między starymi i nowymi wydziałami. Obserwuje się rezygnację w programach z wprowadzonych wcześniej takich przedmiotów, jak podstawy zarządzania, marketing czy finanse. (...) A przecież ta wiedza jest (...) niezbędna na konkurencyjnym rynku pracy, gdyż daje przewagę nad absolwentami innych uczelni. Być może to właśnie akredytacja i ocena jakości wymusi pewien model współżycia obu trendów kształcenia?

(rama)

Uwagi.