|
Czarne owce mogą trafić się w każdej profesji i w każdym środowisku: wśród robotników, sprzedawczyń, policjantów, a także urzędników, przedsiębiorców, prokuratorów czy sędziów. Ale to, że się trafiają, nie może oznaczać, że winni dalej mogą robić to, co robili i nie zostaną napiętnowani. Gdyby tak miało być, nie najlepiej świadczyłoby to o danym środowisku. Jego sprawą jest oczyścić się z takich osób, wykluczyć je ze swojego grona i uznać ich postępowanie za nieuczciwe i niedopuszczalne. Sprzedawczyni, która ukradła, traci pracę, policjant „dla dobra służby” musi z niej odejść, a sędzia, który sprzeniewierzył się zasadzie niezawisłości, przestaje być sędzią.
A jak to jest z nauczycielami akademickimi oraz uczonymi? Co z nieuczciwością intelektualną? Czy ona także jest naganna i wyklucza poza nawias środowiska? Otóż okazuje się, że niekoniecznie.
O tym, że poseł, którego nazwisko kojarzy się z plagiatem – a wątpliwości nie ma tu ani komisja uczelniana, ani kolejne instancje sądu – ma się dobrze i nadal jest niezastąpionym ustawodawcą, nie warto chyba wspominać. To polityka, a w niej nie obowiązują u nas jeszcze cywilizowane obyczaje. W tej akurat sprawie uczelnia zachowała się zasadniczo i tytuł odebrała, choć nie do końca wiadomo, czy prawo na to, w takiej formie, pozwala. O innych plagiatorach też czasem głośno, ale można usłyszeć opinię, że gdyby powszechnie dostępne były prace magisterskie i doktorskie, to okazałoby się, że takich przypadków jest cała masa.
Kiedy szef jednostki zatrudnia osobę, której udowodniono „dorabianie” na egzaminach, z uzasadnieniem, że jest niezbędna w planie dydaktycznym instytutu i nawet odbija się to echem w mediach, też niewiele z tego wynika. Nie powinien był zatrudniać. Ale przykład idzie z góry. Komisja do spraw Etyki przy przewodniczącym KBN, złożona przecież z ludzi powszechnie szanowanych, utajnia nazwę jednostki i uczelni, gdzie dochodzi do nieuczciwości. Mówi jedynie o sprawie. Chyba zbytek łaski dla winowajcy.
Ostatnio coraz szerszym echem odbija się przypadek z Akademii Medycznej we Wrocławiu. Fakt, że część badań, którymi posłużono się w pracy habilitacyjnej, została sfałszowana – badań po prostu nie przeprowadzono i są na to dowody – jakoś nie robi wrażenia na kolegach z Rady Wydziału i przewód habilitacyjny jest w toku. Uczelniana komisja dyscyplinarna sprawą zajmowała się tak długo, że uległa ona przedawnieniu. Czy to ma być solidarność środowiska? Mało tego, największe kłopoty, łącznie z utratą pracy – choć kamuflowano to, jak zawsze w takich przypadkach, reorganizacją – mają młodzi ludzie, adiunkci, którzy fałszerstwo ujawnili. W sprawę zaangażowane są najwyższe władze uczelni.
Dopóki środowisko akademickie nie będzie tego rodzaju przypadków jednoznacznie piętnować, a popełniających nadużycia wykluczać ze swojego grona, dopóty wysoki prestiż łączony z zawodem nauczyciela akademickiego czy naukowca będzie mocno na wyrost.
Andrzej Świć
|