Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 12/1999

Problemy periodyzacji
Poprzedni

Leszek Szaruga


Fot. Stefan Ciechan

Jak wiadomo, periodyzacja historii jest wymysłem szatana. Gdy wykładam przemiany współczesnej literatury, zmuszony jestem dzielić jej dzieje na poszczególne okresy. Owe podziały wszakże mają zawsze charakter mniej lub bardziej przypadkowy, szczególnie, gdy się je widzi w perspektywie życia i twórczości jednego autora, którego trzeba jakoś przyszpilić, wepchnąć w gablotę jednej epoki, zaklasyfikować. Dobrym przykładem powstających przy tym trudności może być pisarstwo Leopolda Staffa, o którym wszyscy wiedzą, że był pisarzem młodopolskim. To, iż umarł dopiero w roku 1957 będąc cały czas autorem niezwykle aktywnym, w dodatku umiejącym się wsłuchać w głosy kolejnych pokoleń oraz spożytkować ich doświadczenia, nikogo nie obchodzi. Gdyby jednak uwzględniać przemiany jego pisarstwa, należałoby mówić o Staffie młodopolskim, międzywojennym i powojennym, co jest oczywistym idiotyzmem.

To nie jedyny problem. Gdy zaczynałem studia polonistyczne, literatura współczesna rozpoczynała się w roku 1939. Dziś nadal się tak rozpoczyna, choć minęło ponad ćwierć wieku i każdy przy zdrowych zmysłach zdaje sobie sprawę z faktu, iż część przynajmniej owej współczesności należałoby już traktować jako zjawisko historyczne. Mówienie o historii literatury współczesnej jest jednak co najmniej podejrzane i logicznie nieuzasadnione. Albo historia, albo współczesność. Po drodze umarli i Woroszylski, i Białoszewski, i Herbert, i Grochowiak, i Harasymowicz, i Terlecki. Wszyscy oni jednak nadal są „pisarzami współczesnymi”, podobnie zresztą, jak wiele od nich starsi Wyka, Stryjkowski, Ważyk, Przyboś czy Wat lub Iwaszkiewicz, także wszak już przebywający w Krainie Cieni.

Wyznaczyć granicę między tym, co już historyczne, a tym, co jeszcze współczesne, wydaje się czasami niemożliwe. Śmierć pisarza nie jest tu wszak żadnym wyróżnikiem – żyje i tworzy cały czas Czesław Miłosz, od dawna zaś zamknięte zostało dzieło mego rówieśnika Rafała Wojaczka. Nieuchronnie narzuca się zatem przekonanie o tym, że wszelkie „kawałkowania” historii są zabiegami sztucznymi i służą temu jedynie, żeby sobie jakoś życie ułatwić. Periodyzacja zatem to nic innego niż rodzaj protezy, poręcznego narzędzia, co potwierdzają zresztą spory uczonych mężów i czcigodnych białogłów, którzy do dziś nie mogą ustalić, kiedy naprawdę zaczęło się i skończyło średniowiecze, czy było ono „epoką mroku” czy – wręcz przeciwnie – otwarciem nowego sposobu myślenia, czy było zakończeniem cyklu dziejowego, czy też raczej stanowi otwarcie najszerzej pojmowanej współczesności.

Z tych kłopotów zdają sobie doskonale sprawę wszyscy historycy. Ma to wszakże też wymiar praktyczny. Mój zakład nosi imię „literatury XX wieku”, co za dwa lata będzie już wszak przeżytkiem i kpiną z kalendarza. Chyba, iż w roku 2001 otworzymy nowy zakład „literatury wieku XXI”, co z kolei też stoi na bakier z poczuciem zdrowego rozsądku, choć, rozmawiając niedawno z piszącym dzieje literatury polskiej tego stulecia wybitnym tłumaczem polskiej poezji na język niemiecki Karlem Dedeciusem ustaliliśmy, że debiutanci ostatniego dziesięciolecia to w gruncie rzeczy już pisarze XXI-wieczni (niech żyją jak najdłużej!).

To jednak jeszcze nic. Do tego dochodzą wszak próby przemeblowywania ustalonych początków. Niedawno wpadła mi w ręce część pierwsza dzieła zatytułowanego „Intensywizm i autentyzm (1918-1956)”. Autorem jest Andrzej Chruszczyński, który, jak się zdaje, wpadł na nowy koncept porządkowania dziejów literatury odchodzącego wieku. Wyodrębnił spójny, wedle niego, okres i podjął dyskusję z tymi, którzy inaczej starają się rzecz zobaczyć. Już na samym początku daje o sobie znać polemiczny ferwor autora, który nijak nie chce się pogodzić z wyodrębnianiem przez większość badaczy epoki Dwudziestolecia, lat 1918-1939. Uważa, iż jest to z punktu widzenia procesu literackiego wysoce nieuprawomocnione. Grzmi nawet gromko: „Skrajność w tej mierze osiąga bez wątpienia Jerzy Kwiatkowski, kiedy swe kompendium historycznoliterackie opatruje tytułem «Literatura Dwudziestolecia» per analogiam do «Literatury Średniowiecza» lub «Literatury pozytywizmu», stosując wielką literę i nie posługując się już nawet pomocniczym określeniem «międzywojenne»”.

No właśnie? Uprawnione jest wyodrębnianie Dwudziestolecia czy nie? Można wszak powiedzieć, że po roku odzyskania niepodległości trwały i rozwijały się, ulegając nieraz daleko idącym przekształceniom, prądy literackie powstałe przed rokiem 1918 (pisano nawet z okazji debiutu „pokolenia 68” o „trzecim ekspresjonizmie”). Z drugiej strony, poetyki wykształcone w latach 30. dziś dopiero zdają się osiągać pełnię artystycznych spełnień. Obie więc daty graniczne wyodrębnione przez Chruszczyńskiego są cezurami słabymi, łatwymi do obalenia, broniącymi się z trudem. Jednakże z perspektywy dziejów polskiej państwowości nazwa Dwudziestolecia – właśnie dużą literą pisanego – ma swe uzasadnienie. Po roku 1918 zaczęły się kształtować instytucje życia społecznego, w tym także literackiego, które w 1939 roku uległy załamaniu – już sam ten fakt wystarczy, by daty graniczne uznać za dość mocne. Przy czym trzeba być albo dziwacznie naiwnym, albo ideologicznie nastawionym, by udawać, iż nie rozumie się dlaczego owo Dwudziestolecie jest pisane dużą literą – zwłaszcza gdy się pamięta, że książka Kwiatkowskiego powstawała przed rokiem 1989. Dwudziestolecie bowiem było symboliczne. Dwudziestolecie było – z perspektywy PRL – pauzą suwerenności. I jako takie stanowiło, także dla historyków literatury, wartość nieredukowalną. Chruszczyński o tym nie wie? Dziwne.

Uwagi.