|
Dzieci i młodzież dostrzegają coraz większy dystans między tym, co przekazuje im szkoła a otaczającą ich rzeczywistością,
zwłaszcza tą komputerowo-wirtualną.
Paweł Misiak
Kończące się stulecie przejdzie zapewne do historii, między innymi z powodu rewolucji w trzech dziedzinach: atomowej, informacyjnej i komunikacyjnej. Niewiarygodnie szybki, w porównaniu z wiekiem poprzednim, wydaje się nam rozwój techniki i technologii. Stąd bierze się technokratyczne nastawienie do świata, które daje o sobie znać w postaci pomysłów poprawy sytuacji w różnych dziedzinach poprzez samo tylko wprowadzenie nowych środków technicznych. Wciąż na przykład można słyszeć głosy, że tylko elektrownie jądrowe mogą zaspokoić przewidywane przyszłe zapotrzebowanie na energię. One jednak mają sporą przeciwwagę w postaci protestów ekologów. Bardziej jaskrawo objawia się fascynacja technologiami teleinformatycznymi. Może dlatego, że są nieco młodsze. Wielu organizatorów życia społecznego uważa postawienie komputerów i podłączenie ich do Internetu za panaceum na różne problemy, na przykład oświatowe.
Z drugiej strony pęd szkół do zdobywania komputerów i podłączania się do światowej sieci jest dość naturalny. Co bardziej światli nauczyciele chcieliby móc pokazywać i uczyć korzystania z najnowszych środków technicznych, uczniowie czy studenci zaś widzą mnóstwo innych korzyści - mówiąc oględnie - nie zawsze bezpośrednio związanych z programem nauczania. Skrajni technokraci powiadają, że nowe środki same z siebie poprawią jakość i sprawność kształcenia. Umiarkowani próbują dostrzegać także skutki negatywne. Jedni i drudzy obracają się jednak w obrębie tego samego paradygmatu, określającego dotychczasowy sposób kształcenia. Nie uwzględniają zależności między narzędziami a używającymi je ludźmi, nieraz bardzo skomplikowanych, które zmieniają obraz sytuacji edukacyjnej.
Sztuka pisania
Adiunkt P. powiada nie bez racji, że nie można nie uczyć dzieci i młodzieży posługiwania się komputerem. Wszystkie bowiem przewidywania przyszłości uwzględniają wszechobecność komputerów w ludzkim życiu. Obserwując jednak na co dzień przygody swego dziecka w szkole twierdzi, że jest to czynione w zupełnie opaczny sposób. Rozpowszechnione od dawna w polskiej praktyce oświatowej teoretyczno-akademickie podejście do nauczania odciska wyraźnie swoje piętno na metodach oswajania młodych ludzi z nowymi technologiami.
Jedną z podstawowych, czysto manualnych umiejętności potrzebnych do pracy z komputerem jest pisanie na klawiaturze. - Nie znam żadnej szkoły - mówi P. - w której prowadzonoby zajęcia z maszynopisania. A powinny się w tym kształcić wszystkie dzieci tuż po tym, jak opanują czytanie i pisanie ręką na papierze. W nadchodzących czasach jest to umiejętność tak samo życiowo potrzebna, jak wiązanie sznurowadeł. Za to próbuje się kilkunastolatków nauczyć biegłego używania na przykład rozbudowanego edytora tekstu.
Jest więc tak, jakby instruktor nauki jazdy próbował uczyć kursantów pokonywania ostrych zakrętów przy pomocy poślizgu kontrolowanego, podczas gdy mają oni jeszcze trudności z używaniem pedałów gazu, hamulca i sprzęgła, nie mówiąc o zmienianiu biegów. Albo jakby na pierwszych lekcjach fortepianu, zamiast palcówek, gam i pasaży, wymagać od ucznia od razu interpretowania szopenowskich nokturnów.
Z własnej praktyki instruktorskiej w dziedzinie podstaw obsługi pecetów pamiętam, że dla większości kursantów poważnym problemem było w miarę płynne wpisywanie tekstu. Dlatego na początkowym etapie kursu pozwalałem się im pobawić godzinę lub dwie programem do nauki płynnego maszynopisania. Już tak krótkie ćwiczenie w postaci prostej gry komputerowej pozwalało kursantom opanować klawiaturę na tyle, iż mogli się później skupić na omawianych zagadnieniach, a nie tracić czas na składanie znaków w słowa i zdania.
Taki sam problem pojawia się w szkole na zajęciach z tzw. informatyki. Pewien paradoks sytuacji polega na tym, że spora liczba uczniów ma dostęp do komputera w domu. Potrafią się oni dobrze posługiwać myszą i pojedynczymi klawiszami przy obsłudze gier. Ale prawie nikt nie jest wystarczająco sprawny, by płynnie i rozsądnie szybko napisać jakikolwiek tekst. Potrzebne są więc zajęcia z podstaw maszynopisania już na poziomie czwartej czy piątej klasy szkoły podstawowej. A jeśli organizatorzy nauczania szkolnego będą protestować mówiąc o braku czasu w planie zajęć, niech najpierw oszacują jak wiele czasu można będzie zaoszczędzić przez kilkanaście następnych lat edukacji młodego człowieka.
Sztuka czytania
Sztuka pisania (w sensie czysto manualnym) to jedna część problemu. Druga, to umiejętność czytania. Może brzmi to trochę paradoksalnie, lecz warto zwrócić uwagę na odmienność sposobu podawania treści w Internecie w stosunku do klasycznego druku.
Teksty drukowane są z natury selektywne. Skończona objętość powoduje, że przekazywane treści są wybierane spośród mnóstwa możliwości i podane w określony sposób. Zdarzają się odwołania do innych tekstów, lecz dotarcie do nich wymaga co najmniej odrobiny wysiłku fizycznego w celu sięgnięcia po inną książkę czy czasopismo lub przerzucenia kartek. Jeśli odnośnych tekstów czytelnik nie ma pod ręką, musi pofatygować się do biblioteki albo księgarni. Zatem odczytywanie szeroko rozumianego tekstu w przekazie tradycyjnym wymaga także aktywności nie mającej związku z czytaniem jako takim - dodatkowego wysiłku i czasu. Inaczej jest z internetowym hipertekstem. Wielkość tekstu w Internecie jest w zasadzie nieograniczona. Może on być powiązany z dowolną liczbą innych tekstów dostępnych w Sieci, te zaś są osiągalne minimalnym wysiłkiem - wystarczy naciśnięcie klawisza.
Najważniejszym obiektem, wyróżniającym hipertekst spośród innych sposobów przekazu, jest połączenie czy też dowiązanie, czyli to, co po angielsku określane jest słowem link. Z technicznego punktu widzenia wszystkie połączenia są do siebie podobne - to takie miejsca na stronach internetowych, które po uaktywnieniu ("kliknięciu" myszą czy naciśnięciu klawisza) wczytują do przeglądarki inne strony. Ale ze względu na funkcje pełnione względem tekstu, w którym się pojawiają, mogą się między sobą znacznie różnić. Połączenia tworzą bowiem znaczące (w sensie nadawania znaczenia) relacje między elementami treściowymi na różnych stronach. Wyznaczają też ścieżki możliwych "ruchów" w hipertekście. Aspekt pierwszy polega z grubsza na tym, iż strona przywołana za pomocą dowiązania, jest czytana (w sensie uogólnionym) w kontekście zawartości strony "wywołującej" i vice versa - znaczenia i sens drugiej są modyfikowane przez zawartość pierwszej. Wyznaczanie ścieżek w gęstwinie hipertekstowych treści jest z kolei związane, w pewnym sensie, z ograniczaniem swobody poruszania się. Istniejące połączenia definiują zbiór stron, poza które czytelnik zwykle nie wychodzi. W ten sposób narzuca mu się określony sposób widzenia.
Hipertekst wymaga więc nieco innego sposobu czytania niż tekst drukowany. Czytelnik musi być bardziej krytyczny, bronić się przed narzucaniem jednostronnego obrazu. Musi chcieć szukać innych punktów widzenia, innych stron poświęconych tym samym zagadnieniom, między innymi po to, by móc oceniać wiarygodność znalezionych informacji. Bowiem Internet to Nowy Wspaniały Świat Publikowania Czegokolwiek Przez Kogokolwiek.
- W Internecie każdy może rozpowszechnić dowolną głupotę. A tej ostatniej jest na świecie nieskończenie wiele. Dlatego trzeba dzieci w szkole uczyć odróżniania bzdur od istotnej informacji - podsumował adiunkt P.
Sztuka myślenia
Umiejętność wartościującego czytania, której nauczanie jest, według P., niezbędne w perspektywie powstającej cywilizacji informacyjnej, wiąże się ściśle z określoną sprawnością rozumowania. Dużą część krytyki pod adresem sposobu nauczania w naszych szkołach sprowadzić można do stwierdzenia, iż szkoła przekazuje poszatkowaną wiedzę faktograficzną, zamiast uczyć myślenia, kojarzenia, analizowania i wyciągania wniosków. W społeczeństwie totalitarnym był to pożądany model edukacyjny. Społeczeństwo demokratyczne, informacyjne i komunikujące się przez Internet potrzebuje ludzi inaczej wykształconych.
- Pisałeś kiedyś o tym w Forum Akademickim - przypomniał P. - Nawet jakoś ci się to wiązało z postmodernizmem. Mówiłeś tam o nowej logice, czyli nowym sposobie myślenia, potrzebnym do funkcjonowania w nadchodzącej rzeczywistości.
Ta nowa, a właściwie inna niż klasyczne "logika", zwana abdukcyjną, jest ściśle związana z krytycyzmem i zdolnością wyciągania wniosków na podstawie niepełnych przesłanek. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w internetowym, globalnym hipertekście. To, co możemy w nim znaleźć, rzadko zawiera pełnię treści na określony temat. Zwykle spotykamy jakieś fragmenty, z których, głównie przy użyciu własnego intelektu, możemy próbować poskładać całość. Potrzebna jest do tego wyobraźnia, wiedza ogólna i umiejętność poszukiwania dalszych fragmentów czy źródeł.
- Tego wszystkiego można nauczyć, przynajmniej do jakiegoś stopnia. Można pokazywać określone metody postępowania i ćwiczyć ich stosowanie, choć bynajmniej nie na sposób wojskowy, czyli według sztywnych schematów i reguł - stwierdził P. - Tu nie chodzi o konkretne algorytmy, bo trudno je zdefiniować. Rzecz raczej w kształceniu i rozwijaniu pewnego rodzaju intelektualnej wrażliwości. Powinno się to odbywać w szkole. Lecz wobec tego potrzebni są nauczyciele, którzy sami będą wiedzieć, o czym mowa. A czy studentom uniwersytetów i szkół pedagogicznych mówi się o tym? - zapytał retorycznie. - Mam wrażenie, że dopiero wymiana pokoleń zmieni obecną, nie przystającą do wymagań naszych czasów, sytuację.
Na szczęście życie, także szkolne, ma swoje prawa i toczy się czasem w sposób nie przewidziany przez urzędników i zarządców. Upowszechnianie się komputerów jako standardowego sprzętu domowego i Internetu jako środka masowej komunikacji powoduje, że dzieci i młodzież na własną rękę, po amatorsku, metodą prób i błędów opanowują nowe umiejętności. A przy okazji dostrzegają coraz większy dystans między tym, co przekazuje im szkoła a otaczającą ich rzeczywistością, zwłaszcza tą komputerowo-wirtualną.
pm@atm.com.pl
|