Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 2/1999

Saszetki i brzytewki
Poprzedni Następny

... I tajemnie się zagrzebał/ W wielkim pudle od herbaty. Rano wzięły je Chińczyki,/ Po niezmiernym nieśli kraju,A w rok potem nasz koziołek/ Był już w Indiach, aż w Bombaju.Tam poważny jeden kupiec/ Odbił zręcznie wieko z pudła...

Kornel Makuszyński

Piotr Kieraciński

Fot. Piotr Kieraciński
Prof. H?bner ma też przedwojenne
polskie puszki metalowe
firm herbacianych

Historia handlu herbatą jest co najmniej tak samo fascynująca, jak dzieje jej produkcji i ceremoniału spożywania. Przekonanie to stało się udziałem prof. Piotra H?bnera po latach kolekcjonowania saszetek herbacianych.

Bomba herbaciana

Opakowania zbiorcze, drewniane i metalowe skrzynie, trudno zaliczyć do przedmiotów kolekcjonerstwa. Można natomiast zbierać opakowania firmowe. Konfekcjonowanie herbaty wynaleziono - a jakże - w Anglii. W 1826 r. John Horniman zaczął pakować herbatę w pudełka opatrzone własną marką. Istnieje ona do dziś i związana jest z firmą Tetley. Kolejny etap w pakowaniu herbaty polegał na wprowadzeniu opakowań jednorazowego użytku. W 1908 r. William Sulivan - kupiec herbaciany ze Stanów Zjednoczonych - wynalazł torebkę do herbaty, czyli muślinowy woreczek, w którym znajdowała się jednorazowa porcja herbaty gotowa do zaparzania. Sulivan traktował swoje muślinowe torebki jako próbki handlowe. W czasie I wojny światowej, z myślą o żołnierzach na froncie w Niemczech wyprodukowano tzw. bombę herbacianą - jednorazowe porcje herbaty do łatwego zaparzania. W latach 30. pojawiły się saszetki herbaciane - najmniejsze zewnętrzne opakowanie. Początkowo zawierały one porcję sypkiej herbaty na jedno zaparzenie i miały charakter reklamowy. Z czasem okazało się, że wielu konsumentów chce kupić właśnie takie małe porcje herbaty.

Rewolucja nastąpiła w latach 60. - połączono dwie formy pakowania herbaty: torebki włożono do saszetek o ładnym wzorze graficznym. Maszyny do tego rodzaju konfekcjonowania pojawiły się we Włoszech, ale szybko zawojowały świat. W Anglii 70 proc. rynku konsumpcyjnego należy do tak pakowanej herbaty.

Księga Guinessa

Herbaciane saszetki stały się obiektem zainteresowania prof. Piotra H?bnera: - Początkowo zbierałem znaczki. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że nie osiągnę oryginalnego zbioru. Nie interesowała mnie też dziedzina kolekcjonerstwa uprawianego przez miliony ludzi. Jedną z cech kolekcjonerstwa jest elitarność, poczucie wyjątkowości: - Na końcu klasera ze znaczkami kładłem różne dziwne przedmioty: opakowania po cukierkach, czekoladach, żyletkach i saszetki herbaciane. Z czasem właśnie w zbiorach saszetek herbacianych i opakowań po żyletkach doszedłem do pewnego profesjonalizmu.

Kolekcja saszetek herbacianych prof. H?bnera liczy ponad 4 tys. egzemplarzy: - Według mojej wiedzy, jest największą tego rodzaju kolekcją w świecie. Zapewne zgłoszę ją kiedyś do Księgi Guinessa. Ten zbiór to nie tylko zamknięta w klaserach masa saszetek o najróżniejszych kształtach, z napisami w różnych językach. To także ogromny zasób wzorów grafiki użytkowej i informacji o rynku herbacianym: - Każde opakowanie stanowi znak graficzny. W przedwojennej Polsce opakowania herbaciane dla firmy "Pluton" projektował m.in. Eryk Lipiński. Swego czasu zwrócił się do mnie profesor uczelni plastycznej ze Śląska z prośbą o udostępnienie kolekcji jako pomocy dydaktycznej w celu pokazania, jak ewoluowała grafika. Liczba pojawiających się na rynku opakowań świadczy też o aktywności poszczególnych firm. - Co roku zapisuję, ile i jakiego rodzaju opakowań mi przybyło. Te proporcje są względnie stałe. W ten sposób rzetelna kolekcja odzwierciedla stan rynku. Z tego punktu widzenia mogę być źródłem informacji dla firm handlowych - mówi prof. H?bner. Najwięcej opakowań - po około 300 - mają firmy Lipton i Twinnings. To znaczy, że są najsilniejsze na rynku.

Ale prof. H?bner jest nie tylko źródłem wiedzy o współczesnym rynku herbacianym. Jako rzetelny kolekcjoner zbiera wszelkie informacje o historii handlu herbatą. Okrągłe torebki wprowadziła firma Tetley. Consumer wypuścił herbatę o nazwie "Dragon" z rysunkiem dragona, nie wiedząc, że od lat działa chińskie przedsiębiorstwo sprzedające herbatę o tej nazwie, ale ze znakiem smoka - typowo chińskiego symbolu. Consumer musiał zadrukować nazwę "Dragon" na opakowaniach. Herbata wędzona "Suszong" do dziś nazywana jest rosyjską albo karawanową, gdyż z Chin do Europy trafiała nie drogą morską wokół Afryki, ale na grzbietach wielbłądów przez Mongolię i Rosję. Niektórzy jej charakterystyczny zapach złośliwie przypisują zmieszaniu aromatu herbaty ze smrodem wielbłądziej sierści i potu. Prof. H?bner ma też przedwojenne polskie puszki metalowe firm herbacianych: "Pluton", Warszawskie Towarzystwo Handlu Herbatą - od wizerunku pomnika wielkiego astronoma na opakowaniach zwane "Kopernikiem" - "Perloff", "Towarzystwo Szumilina" zwane Krajową Hurtownią Herbaty, "Wysocki" - rosyjska firma działająca na polskim rynku (obecnie w Izraelu).

"KRWAWA LUX"

Swoją kolekcję opakowań po żyletkach prof. H?bner uważa za martwą: - Od lat już jej nie powiększam. Jednak do dziś używa zwykłych żyletek do golenia. Ma ich bardzo dużo, gdyż w jego zbiorach znalazły się nie tylko puste opakowania, ale również tzw. całostki, czyli opakowania z zawartością. Żyletki pojawiły się w początku XX stulecia. Szybko trafiły do Polski, ale początkowo były bardzo drogie. - Ludzie starsi zbierali zużyte ostrza, część ich nawet regenerowano. Dla kolekcjonera to prawdziwy raj, gdy trafi na takiego staruszka, który ma żyletki z opakowaniami z okresu całego swego życia - opowiada prof. H?bner.

Następczyni brzytwy nie od razu nazwana została żyletką. Próbowano na nią mówić "ostrze do golenia" oraz "brzytewka". Z czasem w Polsce utrwaliła się nazwa wywiedziona od nazwiska twórcy tego urządzenia. Polscy ksyrifiliści - kolekcjonerzy opakowań po żyletkach - najczęściej interesują się okresem przedwojennym. Po II wojnie światowej bogaty dawniej rynek, na którym działało wielu małych producentów, został zunifikowany. Pozostało tylko państwowe przedsiębiorstwo produkujące żyletki "Rawa lux", nazywane przez użytkowników "Krwawa lux" oraz firmy z Łodzi i Drzewicy. Gdy pojawiły się znacznie lepsze, licencyjne "Polsilvery", szybko zdominowały rynek i była tylko jedna firma w tej branży.

Prof. H?bner przytacza historię wojenną, gdy polskie podziemie wydało wyrok na niemieckiego producenta, działającego w Krakowie. Wyrok wykonał jego znajomy z branży - polski producent żyletek z Warszawy, zupełnie nieświadomy, kogo ma zabić. Ksyrifiliści mieli także kłopoty ze służbami specjalnymi PRL. Ponieważ prowadzili obfitą korespondencję z firmami z branży na całym świecie, byli proszeni o wyjaśnienie w Pałacu Mostowskich, jakiego rodzaju informacje przekazują. Dyrektorka domu kultury musiała się tłumaczyć, dlaczego popiera nielegalną organizację - stowarzyszenie nie było oficjalnie zarejestrowane.

Dlaczego w nawale zajęć uczony zajmuje się kolekcjonerstwem? - Kolekcjonerstwo stanowiło dla mnie odskocznię od trudności, które napotykałem w pracy naukowej, w działalności krytycznej wobec jedynie słusznego ustroju, np. gdy traciłem z tego powodu pracę - mówi prof. H?bner. - To była nisza, która pozwalała się udać do innego zamkniętego, osobistego, autonomicznego świata.

Uwagi.