|
Leszek Szaruga
Jeżeli jakaś firma przygotowująca na rynek produkt, który, jak wiadomo, ma być hitem i przynieść krociowe zyski, nie zna się na produkcji owego produktu, ma jednak środki pozwalające na uruchomienie jego produkcji, wówczas zwraca się do odpowiednich ludzi, do profesjonalistów mianowicie, z propozycją wykonania ekspertyzy. Kilka takich ekspertyz na ogół wystarcza, zaś ekspert ma udział w zysku z owego hita in spe w postaci honorarium. Tak to się na ogół dzieje w krajach o ustalonych już od dziesięcioleci, czasem nawet dłużej, zasadach postępowania. Ekspert to jest, jak to się dziś mówi, gościu - kasuje za to, że wie i żyje dobrze. Ale nie u nas.
U nas ekspert często bywa frajerem nabijanym w butelkę i traktowanym jak byle kto. Przekonałem się o tym pośrednio, gdy zaproponowano mi pomoc w odpowiedzi na inicjatywę firmy o nazwie Porozumienie Wydawców (wiem, że się teraz podkładam, ale trudno, widać brak mi życia bez podobnych emocji). Otóż firma ta, grupująca siedem poważnych oficyn, a zatem, jak można sądzić, nie pozbawiona pewnego potencjału profesjonalnego w postaci redaktorów, recenzentów itp., zwróciła się do ludzi, których przypochlebnie obdarza mianem "osób będących autorytetami naszego życia naukowego i artystycznego" (czyli przekładając to na język rynkowy: cip, cip...), z zamiarem ograbienia ich z wiedzy i umiejętności. Zamiar ten wyłożony został w słowach następujących: "Prosimy o wytypowanie tytułów, które zapisały się na trwale na liście światowego dziedzictwa kulturowego. Nie chodzi nam wyłącznie o literaturę piękną - polską i powszechną, ale też o prace naukowe, eseistykę czy literaturę faktu, wreszcie o takie książki, które z przeróżnych powodów są kochane i dlatego zasługują na naszą wdzięczną pamięć".
Przełóżmy ową propozycję na polski. Brzmi to mniej więcej tak: "Szanowny palancie, którego mam kaprys nazwać autorytetem, zrób za mnie robotę, a ja cię wymienię - jak zechcę, bo o tym przecież nie będziemy teraz rozmawiać - na odpowiedniej liście. Kasy nie dostaniesz, bo przecież działasz dla dobra narodu i w ogóle. Kapujesz?" Tak to mniej więcej da się przełożyć. Rzecz w tym, że takich list gromadzących po 25 tytułów - bo tyle przewidziano w tej serii wydawniczej, dumnie nazwanej "Kanonem na koniec wieku", a której pozycje, rozprowadzane w sprzedaży wysyłkowej, mają stać się, jak piszą autorzy tego wybryku, "przedmiotem pożądania" - otóż takich list będzie wiele. Z nich zostanie ułożona lista, na którą będą głosować czytelnicy i to oni (pewnie będą nagrody w tym plebiscycie!) wyłonią ten "prawdziwy" kanon.
Czym jest "prawdziwy" kanon? Jest to lista książek, które Porozumienie Wydawców - czyli związek wstępny mający ochotę złupić ekspertów - wyda nie ponosząc żadnego ryzyka a nawet przyjmując (przypuszczenie graniczące w tym wypadku z pewnością), że nieźle zarobi, czyli odniesie materialne korzyści. Eksperci nie dostaną za to złamanego grosza. Eksperci nie zarobią, ale mogą być dumni z tego, że zaliczono ich do grona autorytetów.
Lecz nie tylko nie zarobią, to, choć wysoce naganne, można jeszcze przeboleć, gdyż w naszym systemie przejściowym od wyzysku człowieka przez partię do wyzysku człowieka przez człowieka (i na tym zasadza się głęboki wymiar humanistyczny naszego obecnego ustroju) ekspertów wciąż się ograbia. Rzecz w tym, iż poza grabieżą następuje tu nabicie w butelkę i zrobienie z eksperta, jak to się mówi, wała. Bo co z tego, że przyjąwszy propozycję i potraktowawszy ją z powagą ułoży ten swój kanon? Przecież to tylko jeden z wielu kanonów. Zaś te wydawcy i tak po swojemu przekomponują, potasują, pomieszają i zmiażdżą. Już słyszę te rozmowy: "Kaziu, a do tego... naszą ankietę w ogóle wysłałeś? Słuchaj, a ten... już swoją listę przysłał? Tak? To wrzuć to na komputer".
Za chwilę Porozumienie Wydawców ogłosi pełną listę tytułów, z których prawdziwy demokratyczny ekspert, czyli tłum, wybierze prawdziwy kanon na koniec wieku, tzn. ułoży taką listę tytułów, która da zarobić Porozumieniu Wydawców. Występując tak Porozumienie Wydawców stanie się w powszechnym mniemaniu firmą bardzo fachową i profesjonalną, co zapewne, gdy chodzi o zarabianie pieniędzy, tak znów dalekie od prawdy nie jest, natomiast jeśli chodzi o te walory, którymi tradycyjnie wydawca odznaczać się winien, ocena owego profesjonalizmu niech pozostanie kwestią otwartą.
Ja już jedną taką listę wysłałem do poważnej osoby, która prosiła mnie o pomoc, jako iż profesjonalnie wie, iż takiej pomocy potrzebuje, a zresztą jest to osoba, dla której pracuję z przyjemnością i nie za darmo. Mogę dla zabawy ułożyć listę nieco inną, odwołując się przede wszystkim do tego kryterium, które powiada o przeróżnych powodach, dla których jakieś książki są kochane. Oto lista - w kolejności czytania tych utworów przeze mnie: "Dzieci z Bullerbyn", "Kubuś Puchatek", "Szara wilczyca", "Martin Eden", "Czarodziejska góra", "Sto lat samotności", Achmatowej "Requiem", Celana wiersze, Eliota "Ziemia jałowa", "Myśli nieuczesane", Tatarkiewicza "Historia filozofii", Mandelsztamowej "Wspomnienia" (po rosyjsku, polski przekład jest koszmarem), Wittgensteina "Traktat logiczno-filozoficzny", eseje Bubera, dramaty Becketta, pisarstwo Borgesa, poezja Kawafisa, Gadamera "Prawda i metoda", eseje i poezja Paza, poezje Lorki, Grassa "Rozległe pole", t.I Tarskiego "Pism logiczno filozoficznych", poezje Rilkego (przekład Pomorskiego z powrotem do wcześniejszych tłumaczeń), eseje historyczne Golo Manna i na koniec niech będzie jeszcze jeden Polak w tym gronie, a mianowicie tom Barańczaka "Chirurgiczna precyzja". No i co? No i nic. To musiało się tak skończyć, gdy amatorzy udają ekspertów. Takiej listy nie ma i być nie może, bo to niepoważne. Ale poważne jest robienie kasy. I o to, proszę Państwa, naprawdę tu chodzi.
Oczywiście, nie ma w zarabianiu pieniędzy nic zdrożnego. Nawet więcej - jest to działalność zbożna i godna najwyższego poparcia. Ale bogacenie się w drodze ograbiania innych i w dodatku robienia sobie z nich pośmiewiska - o nie, to już woła o pomstę felietonisty przynajmniej. |