|
Zostawmy na boku politykę. Tym, czy kolega partyjny broni kolegi partyjnego, czy też tło sprawy jest zupełnie inne niech się zajmują dziennikarze z gazet i telewizji. Im to wychodzi najlepiej. Dla mnie sprawa konfliktu między rektorem Uniwersytetu Warszawskiego i ministrem edukacji narodowej ma przede wszystkim inne aspekty. Ale przypomnijmy, o co chodzi... Pewien absolwent Uniwersytetu Warszawskiego przepisał pracę magisterską kolegi ze starszego roku. Sąd udowodnił ten plagiat, ale wyrok w sprawie ciągnącej się od siedmiu lat nie jest prawomocny. Profesorowie z UW po przeanalizowaniu pracy plagiatora także są przekonani, że popełniono zło. Na zło trzeba reagować, więc rektor UW wydał zarządzenie, na podstawie którego odebrano plagiatorowi tytuł zawodowy magistra. Minister nie zgodził się z tą decyzją i cofnął ją. Konflikt trwa. Sprawa ma kilka ważnych aspektów. Po pierwsze: autonomia uczelni. Jak daleko sięga? Jakie sfery miałyby z niej być wyłączone? Co może rektor, a czego mu nie wolno? Czy granice autonomii uczelni wyznaczać ma ustawa, czy decyzje ministra? Po drugie: sprawa nadawania tytułów zawodowych. Reguluje ją ustawa o szkolnictwie wyższym, czy nie powinna ona również regulować kwestii odbierania tego tytułu? Jeśli tytuł nadaje się z mocy ustawy, nie można go odebrać na podstawie aktu niższego rzędu, jakim jest niewątpliwie zarządzenie rektora. A co z doktoratem? Czy i tu nie ma plagiatorów? Po trzecie: kto miałby rozstrzygać spory między ministrem i rektorem uczelni państwowej? Mogą się przecież pojawić podobne konflikty na innym tle. Czwarty aspekt tej sprawy to kwestia moralna. Tu kryteria muszą być jasne: popełniono zło. Jeżeli zaczniemy sobie tłumaczyć, że to nic takiego, że właściwie nic się nie stało, że szkodliwość czynu jest niska, to dajmy sobie spokój z komisjami etycznymi, z konferencjami na temat etyki zawodowej uczonych... Po co udawać, że zależy nam na prawdzie i zasadach? Grzegorz Filip |
|
|