|
Na urlopie najlepiej zupełnie się wyłączyć. Paweł Misiak W odpowiedzi na pytanie, jak było na wczasach, adiunkt P. wręczył mi brulion w twardej oprawie i powiedział: – Co ci będę opowiadał. Poczytaj sobie. Potem oddaj, bo zamierzam pisać dalej. Notatki wydały mi się interesujące, więc ich wybór postanowiłem przedstawić Szanownym PT Czytelnikom „Forum”, oczywiście za wiedzą i zgodą ich autora. Pozwoliłem też sobie zaopatrzyć tekst w przypisy. CzwartekWczasy nad wodą – ileż wspomnień z dawnych czasów. Domki ośrodka FWP albo zakładowego pośród sosen, prymitywne sanitariaty, rozkład dnia ściśle regulowany porami posiłków w stołówce. Urawniłowka strojów i zachowań. To zapamiętałem z młodości, kiedy prawie co roku dwa tygodnie wakacji spędzałem z rodzicami na wczasach, najczęściej nad morzem. Po wielu latach przerwy sam wróciłem do tej tradycji, choć w innych już warunkach. Domki, co prawda, pamiętają chyba czasy PRL-u, ale stan sanitarny na wyższym poziomie (co nie znaczy, że już europejskim), koszt – niestety – także. Już nie papierek z zakładu, lecz zawartość portfela kieruje na wczasy. W tym roku, dzięki pracowitemu dorabianiu i „wspomaganiu” z funduszu socjalnego, także zwykłemu adiunktowi wraz z rodziną się udało. Kiedyś trzeba odpocząć. PiątekNiegdyś ośrodkiem życia wieczornego na wczasowisku była świetlica, a w niej telewizor, rozmaite gry i – zdarzało się – kaowiec. Dziś jest nim (centrum wieczornego życia) bar z „dystrybutorem” i dużym głośnikiem. Z pierwszego płynie piwo, z drugiego łomot techno albo rapu, które młodzież z niezrozumiałego dla mnie powodu nazywa muzyką. Dość mając tego gwałtu przez uszy, szczególnie dokuczliwego wieczorami, bo wdzierającego się dudnieniem nawet do zacisza (?) domku, poszedłem do kierownika. Postanowiłem użyć ironii. Zapytałem, ile muszę dopłacić, żeby tego łomotu nie słuchać. Po minucie skupionego milczenia kierownik zrozumiał o co chodzi i spowodował przyciszenie aparatury, przynajmniej w zakresie niskich tonów. Za darmo! Dzięki tej skutecznej akcji zyskałem nie tylko więcej spokoju, ale i odrobinę uznania ze strony własnych dzieci, co nie takie proste, gdy mieszkaniec sąsiedniego domku zajeżdża dumnie jaguarem. SobotaNa plaży widzę młodzieńca ze słuchawkami na uszach i walkmanem w dłoni. Podryguje rytmicznie na swoim kocu. Co powoduje, że młodzież (ona głównie okupuje bar) tak bardzo pragnie słuchać technołomotu? Czy to zagłuszanie własnych myśli, czy też wypełnianie mózgu z powodu braku tychże? – Zrzędzisz – komentuje starszy syn. Pewnie ma rację. Rozejrzałem się wokół i poczułem głupio. Pewnie wyglądam na dziwaka albo snoba. Jestem jedynym plażowiczem czytającym książkę. Niektóre panie przeglądają kolorowe magazyny. Jakaś rodzina wspólnie męczy się nad krzyżówką, najwyraźniej bez powodzenia. Krzyżówka głupawa – słyszę, bo głośno czytają hasła. Wolę felietony Słonimskiego. NiedzielaPosłowie dyskutują o ochronie języka, a mnie się marzy ochrona uszu – przed językiem niektórych współobywateli. Nieopodal rozłożyła swoje koce rodzina: ona i on dość młodzi, dzieci bardzo nieletnie, ale już słuchające i mówiące. On mówi dużo, co drugie–trzecie słowo nieparlamentarne. Oprócz ogólnie znanego „rzeczownika przestankowego” (również w formie czasownikowej), najczęściej pojawiają się „rzeczownik męski” i „czasownik męsko-damski”. Wbrew pozorom, przy pomocy tych paru słów można wiele powiedzieć, na różne tematy. Zaś niewinna dziatwa słucha i uczy się interpersonalnej komunikowalności. „Trojaczki” (M. Głowiński, A. Okopień-Sławińska, J. Sławiński, Zarys teorii literatury, Warszawa 1975) napisały: Normy języka (...) są istotnym składnikiem świadomości zbiorowej, jednym z elementów więzi międzyludzkiej. (...) Każdy człowiek mówiący czy piszący, jeśli chce poprzez swoją wypowiedź osiągnąć zamierzony cel, musi podporządkować ją społecznym normom językowym. Jaka w społeczeństwie świadomość i jakie normy – dość posłuchać... ŚrodaWieczorem w stojącej obok domków dużej przyczepie kempingowej kilka osób ogląda telewizję. Jakieś zawody sportowe – wnioskuję z dochodzących odgłosów. Nie ma świetlicy, nie ma publicznego telewizora. I dobrze. Chętniej słucham radia, a w nim sportu niewiele. U Słonimskiego (Ciekawość, Warszawa 1981) czytam: Szał sportowy był zjawiskiem znanym już w starożytnym Rzymie. Oto co pisze Aleksander Krawczuk: „Współcześni biadali nad zdziczeniem obyczajów, nie rozumieli bowiem, że zbiorowe wyładowanie namiętności w cyrkach i teatrach było czymś całkowicie naturalnym, a nawet koniecznym. Od prawie stu lat nie było w Rzymie normalnego życia politycznego, nie było więc ujścia dla zdrowych, wrodzonych każdej społeczności instynktów walki, rywalizacji, konfliktu poglądów. Wszystko w państwie było pozorem i fikcją. Nie było idei, były hasła. Nie było polityków, byli karierowicze. Nie było stronnictw, były kliki pałacowe.” („Neron”, str. 190). To przypomnienie stosuje się, niestety, do wielu krajów współczesnego świata. Jasne więc, dlaczego od powstania III Rzeczpospolitej sport w kraju upada – wróciła polityka. Pełno w niej „namiętności, instynktów walki, rywalizacji”. Sport przestał być potrzebny. To pewnie niezbyt odkrywcze, ale jak sobie pomyślę, że w ostatnim czasie polscy sportowcy znowu zaczynają odnosić sukcesy... A na forum politycznym coraz więcej Lepperów. Swoją drogą ciekawe, jak by w tym kontekście Słonimski zinterpretował niezmiennie wysoką pozycję sportu w Stanach Zjednoczonych? PiątekNa opakowaniu od parówek, które dziś ze smakiem skonsumowaliśmy na śniadanie, zobaczyłem, że nazwano je „parki”. Mam nadzieję, że to nie ostrzeżenie i aluzja do cienkiej nici ludzkiego żywota. We wsi gazet jak na lekarstwo. Do miasteczka kawałek drogi, nie chce mi się jechać. Jeden dziennik i jeden tygodnik muszą wystarczyć. Poza tym są wieczorne audycje radiowe, jeśli mojego odbiorniczka nie zagłuszy dum-dum z baru. Gazety i radio – to dość tradycyjne. Czy za parę lat – jak przewidują niepoprawni optymiści – w każdym domku będzie łącze internetowe, a komputer do wynajęcia od kierownika, jak kajak? W rozwiniętym świecie podobno zaciera się różnica między czasem pracy, służbowym, a czasem odpoczynku, prywatnym. SobotaDwa domki dalej zamieszkał wczoraj rasowy „paker” (jak powiedziały moje dzieci; w slangu młodzieżowym paker to ktoś w rodzaju kulturysty). Jak ulał pasuje do niego powiedzenie „fura, skóra i komóra”. Telefon ma stale w pogotowiu. Co jakiś czas gromkim głosem, „w prostych, żołnierskich słowach” wydaje polecenie komuś po drugiej stronie łącza. Musi często powtarzać po dwa, trzy razy, bo ośrodek leży na obszarze jednej z niewielu „białych plam” telefonii komórkowej, więc sygnał słabiutki. Wstyd się przyznać, też wziąłem telefon ze sobą. Okazuje się – niepotrzebnie, bo w ogóle nie łapie sygnału. NiedzielaOwo zacieranie różnicy między pracą a odpoczynkiem czy też świętowaniem widać niemal na każdym kroku. Paker z sąsiedztwa nawet dziś wydawał jakieś dyspozycje przez komórkę. Może on mafioso, dla którego nie ma świętości, a zatem i różnicy między dniem powszednim i świątecznym? A ta delikatna dziewczyna podążająca za nim to ochrona – czarny pas w karate? Co też człowiekowi przychodzi do głowy z tego upału... Ksiądz Tischner pisze („Tygodnik Powszechny” z 8.08.1999): Po epoce walki o wartości absolutne przyszedł czas na wartości utylitarne. O tym, jakie bogactwa tkwią w obszarze wartości utylitarnych przekonuje nas widok współczesnego świata. Środki produkcji, środki komunikacji, pokarmy i napoje, maszyny cyfrowe, telefony komórkowe – wszystko to poleca się nam jako użyteczne. Rzeczywiście. Prawie każdy wczasowicz tutaj od czasu do czasu wyciąga komórkę i próbuje pogadać. Niektórym się udaje. O czym mówią? Ze strzępów, które usłyszałem – o pogodzie, samopoczuciu, wczasowaniu... Dzieci, zwłaszcza młodsze, wciąż domagają się lodów albo chipsów, albo coca-coli, albo fanty, albo żetonów – największej rozrywki dostarczają im automaty z grami. Ksiądz Tischner pisze dalej: Im bardziej jednak rośnie znaczenie „użyteczności”, tym ostrzej dają znać o sobie jej ograniczenia. (...) Rodzi się niebezpieczeństwo konsumpcji; „pożytek” przechodzi w rozkosz „używania” dla samego używania; nie pytamy o cel, bawimy się środkami do celu. Widać to tutaj jak na dłoni. „Komórkowcy” bawią się telefonami dla samego ich używania. Akt komunikacji z drugim człowiekiem staje się czymś wtórnym. Czy nie podobnie dzieje się z komputerami i Internetem, przynajmniej dla znacznej części użytkowników? Sam przeszedłem okres zauroczenia tymi narzędziami technologicznymi jako takimi, w abstrakcji od funkcji, jakie mają spełniać. Mam nadzieję, że to tylko rodzaj dziecięcej choroby, z której po jakimś czasie się wyrasta. Jednak jeśli sprawdzą się obawy ks. Tischnera, w przyszłości producenci będą rzucać na rynek coraz więcej przedmiotów o wątpliwej przydatności, a zarazem środkami socjotechnicznymi, czyli odpowiednią reklamą, wytworzą społeczne zapotrzebowanie. W ten sposób interes będzie się kręcił coraz szybciej. Jak w tym kontekście wygląda użyteczność zdobywania wiedzy? WtorekRozmawiałem dziś z młodszym synem o szkole. Dostrzegł na horyzoncie koniec wakacji. U Słonimskiego czytam: Początek roku szkolnego to sprawa ważna dla milionów obywateli naszego kraju. Prawie jak sianie rzepaku. Co z tego wyrośnie? Jak uprawiać, hodować ten nowy zasiew? (...) Pierwsze zetknięcie z nauką to sprawa niebagatelna; pozostawić może ślady na całe życie. I pomyśleć, że po 25 latach to wciąż tak samo aktualne słowa. Z jednej strony reforma oświaty, o której sami nauczyciele, i to wcale nie ci najgorsi, mówią, że jeży się im włos na głowie z powodu braku przygotowania i przemyślenia. Z drugiej strony żniwa, więc doroczny problem skupu. Dzieci i nauczyciele na wakacjach, więc nie protestują (na razie). Rolnicy blokują i grożą. Czy nie można w edukacji wykorzystać pewnych rozwiązań stosowanych w rolnictwie? Rozsądny rolnik ubezpiecza zasiewy od klęsk. Powódź przed dwoma laty chyba już wszystkich nauczyła, że tak trzeba. Może by więc wprowadzić ubezpieczenie od klęski reformy oświaty, od kiepskiego wykształcenia? Wierzę, że towarzystwa ubezpieczeniowe znajdą sposoby szacowania szkód. Chyba byłby to „produkt ubezpieczeniowy” cieszący się w tym kraju sporym powodzeniem. Podobnie jak tamta powódź, reforma zdarza się (na szczęście) rzadko, a skutki są równie mało przewidywalne. Może pozostawić u dzieci ślady na całe życie. Oby nie były to ślady klęski. |
|
|