Aktualności
Sprawy nauki
12 Września
Fot. Michał Łepecki
Opublikowano: 2023-09-12

Prof. Zbigniew Błocki: Niezależność NCN to standard, od którego nie należy odchodzić

Można sobie wyobrazić, że o tym, kto dostanie grant będzie decydował polityk albo rozstrzygające będą wskaźniki bibliometryczne. Ale dotychczasowe doświadczenia powinny nas od tego odwodzić – przekonuje prof. Zbigniew Błocki, p.o. dyrektora Narodowego Centrum Nauki.

W marcu zakończyła się druga kadencja prof. Zbigniewa Błockiego na stanowisku dyrektora Narodowego Centrum Nauki. Nadal kieruje on jednak agencją, ponieważ wybrany w konkursie kandydat na jego następcę, prof. Krzysztof Jóźwiak, wciąż nie otrzymał aktu powołania od ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka. Ustawa nie precyzuje, do kiedy szef resortu powinien to uczynić. O sytuacji tej, jak również roli grantów w systemie finansowania nauki, głosie doradczym środowiska naukowego, planowanych zmianach w polityce Open Access, zagranicznych recenzentach i naukowym patriotyzmie z prof. Zbigniewem Błockim rozmawia Mariusz Karwowski.

Czuje się pan doceniony przez ministra Przemysława Czarnka?

Ja? Dlaczego?

Jak inaczej tłumaczyć to, że pół roku po zakończeniu drugiej, ostatniej dopuszczonej ustawą kadencji, nadal kieruje pan Narodowym Centrum Nauki?

Panie redaktorze, doceniam poczucie humoru, ale ta sytuacja nie nastraja do żartów. Sprawa jest poważna przede wszystkim w kontekście zachowania stabilności działania całej instytucji. Zgodnie z ustawą o NCN, dotychczasowy dyrektor pełni obowiązki do czasu powołania swojego następcy. Będę więc sprawował funkcję do momentu, gdy minister powoła kandydata wybranego w konkursie i zaakceptowanego przez Radę NCN. Ten stan traktuję jako tymczasowy.

A co jest nie tak z wyłonioną w konkursie kandydaturą prof. Krzysztofa Jóźwiaka?

O to już proszę pytać pana ministra. Komisja konkursowa wybrała najlepszego kandydata i minister po prostu powinien powołać osobę wybraną zgodnie z procedurą.

Oczywiście, to do szefa resortu należy powołanie nowego dyrektora, ale czy ma pan przekonanie, że jako instytucja wykazaliście się w tej sprawie równie wielką determinacją co w staraniach o zwiększenie budżetu? W tej drugiej kwestii poruszyliście niemal niebo i ziemię, jeśli chodzi o pana następcę jest zdecydowanie ciszej.

Przewodniczący Rady NCN kilkukrotnie pisał do ministra. Ja sam w wielu publicznych wypowiedziach poruszałem temat powołania nowego dyrektora. Proponowaliśmy też zorganizowanie spotkania – u nas lub w siedzibie MEiN– w trakcie którego moglibyśmy omówić różne kwestie dotyczące agencji, w tym sprawę powołania dyrektora i zwiększenia naszego budżetu. Takie propozycje rozmowy wysyłaliśmy zresztą już wcześniej, ale minister od wielu miesięcy na nasze apele nie odpowiada. Mamy bardzo ograniczone pole działania.

A swoją drogą, w walce o zwiększenie finansowania NCN ponieśliśmy porażkę, bo zgodnie z projektem przyszłorocznego budżetu nie dostaniemy więcej pieniędzy. Poruszenie nieba i ziemi nie pomogło.

Czy po doświadczeniach z ostatnich miesięcy jest pan za tym, by dokonać jakichś zmian w ustawie w kwestii powoływania dyrektora? Tak, by nie dochodziło do „zawieszenia w próżni” ani osoby, która odchodzi, ani tej, która ma przyjść na jej miejsce.

Jestem sceptyczny co do tego pomysłu. Moim zdaniem ustawa funkcjonuje bardzo dobrze. Sytuacja, z jaką mamy dzisiaj do czynienia, obrazuje jedynie, a może aż, jak niełatwo pogodzić dwa „żywioły”. Z jednej strony mam na myśli zdecydowaną niezależność NCN – to jest podstawa istnienia instytucji grantowej, standard, od którego nie należy odchodzić ani na krok. A z drugiej, jako agencja rządowa, siłą rzeczy musimy współpracować z ministrem odpowiedzialnym za naukę. Akurat to, że szef resortu podpisuje i wręcza dyrektorowi nominację wydaje mi się dobrą praktyką.

Jak by pan zatem określił obecne relacje na linii NCN–MEiN? W trakcie dwóch pana kadencji w fotelu dyrektora resortem kierowało czworo ministrów, to chyba dobry punkt odniesienia.

Takich ataków, jakich doświadczamy w ostatnim czasie, nigdy wcześniej nie było. Pan minister w publicznych wypowiedziach krytykuje NCN, zapowiada zmiany w funkcjonowaniu agencji, a na początku sierpnia nawet wspomniał, że jesienią ma ona być zlikwidowana. Co więcej, w tych wypowiedziach krytykuje nas za rzeczy, które nie mają miejsca. Między innymi dlatego chcieliśmy się z nim spotkać, by wyjaśnić wszystkie niejasności. Co ciekawe, odnosząc się pisemnie pod koniec sierpnia do sprawozdania z naszej działalności, minister przyznał, że NCN właściwie wykonuje swoje zadania i realizuje cele polityki naukowej.

Jak wygląda pana współpraca z Radą NCN? W grudniu, zaraz po nominacjach, spodziewał się pan, że „wypełnianie zadań przez gremium w nowym składzie będzie utrudnione”.

Współpracuję z Radą w taki sam sposób, w jaki współpracowałem z tym gremium w poprzednich kadencjach. To, o czym mówiłem w grudniu, odnosiło się do nierównej reprezentacji różnych dziedzin nauki w Radzie. W naukach humanistycznych i społecznych niektóre dyscypliny są zdublowane. Przedstawiciele nauk ścisłych i technicznych są zaś niedoreprezentowani. Wiosną, co odbieram jako pozytywną zmianę, do Rady został powołany fizyk, prof. Tomasz Dietl. W tej chwili przedstawiciele nauk ścisłych i technicznych to sześć osób w dwudziestoczteroosobowym gremium.

„To, w jaki sposób dany kraj traktuje tak dalekosiężne inwestycje jak finansowanie badań, jest jednym z wyznaczników nowoczesnego patriotyzmu”.

Brzmi znajomo.

To pana słowa wypowiedziane podczas jubileuszu 10-lecia NCN. Jak wygląda dziś ten patriotyzm?

Niestety, słabo. Budżet nauki dosięgła kompletna stagnacja. Nie ma żadnej dalekosiężnej wizji rozwoju tego obszaru naszego życia. To zresztą nie jest nowy problem, on się pogłębia od ponad trzydziestu lat. Nauka jest niedoceniana przez rządzących. I to zarówno, jeśli chodzi o finansowanie – mamy zdecydowanie za niskie, znacznie niższe niż unijna średnia, nakłady na badania i rozwój – jak i sposób wydatkowania tych środków. Nie zawsze robi się to w Polsce w najbardziej efektywny sposób.

Skoro przy tym jesteśmy – w 2020 roku NIK, po kontroli finansowania badań podstawowych, wnioskowała do pana jako dyrektora NCN o wypracowanie skutecznej metodologii oceny ich wpływu na rozwój polskiej nauki. Czy taka metodologia została przygotowana i da się dziś ten wpływ w mierzalny sposób określić?

W Narodowym Centrum Nauki stale trwają analizy i badania w tym zakresie, ich efekt po części można znaleźć w corocznych publikowanych przez nas sprawozdaniach z ewaluacji działalności. Są też analizy pokazujące sporą efektywność bibliometryczną wydawanych przez nas środków, choć osobiście akurat do takich rezultatów przykładam mniejszą wagę. Ważniejsze są dla mnie np. sukcesy naszych grantobiorców w aplikowaniu o granty ERC czy innych programach europejskich.

Z tym nie jest chyba tak różowo. Liczba grantów ERC, które w ciągu tych ostatnich 12 lat trafiły do Polski, nie imponuje. 

To prawda, że jest ich zdecydowanie za mało. Ale z drugiej strony, w ostatnim czasie był w tym zakresie pewien postęp, pojawiło się tych grantów jednak więcej niż w początkowych latach. Zgadzam się jednak, że mamy jeszcze sporo do zrobienia.

Czy polski system grantowy działa tak jak powinien?

W przypadku finansowania nauk podstawowych uważam, że działalność takich instytucji jak Narodowe Centrum Nauki czy Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, jest zgodna z najlepszymi światowymi standardami, oczywiście poza samym poziomem finansowania. Jeśli chodzi o nas, to przez dwanaście lat przyznaliśmy ponad 20 tys. naukowcom z całej Polski prawie 28 tys. grantów. Duży nacisk kładziemy na rozwój młodych naukowców. Jest już całe pokolenie młodych badaczek i badaczy, które naukowo dojrzewało pod parasolem NCN. Wsparcie badań podstawowych to kwestia absolutnie kluczowa. W przypadku pozostałych elementów systemu sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, szczególnie w odniesieniu do badań aplikacyjnych, komercyjnych – tu jest dużo do zmiany.

Jaka w ogóle powinna być rola grantów w systemie finansowania nauki, np. w odniesieniu do subwencji?

Na pewno dziś rola środków grantowych jest dalece niewystarczająca. Ta konkurencyjna część systemu stanowi zaledwie 1/10 tej stabilnej, pozyskiwanej z subwencji. Jak wyliczyło ostatnio ministerstwo, od 2016 roku finansowanie nauki wzrosło z 15 do 25 mld zł. Natomiast nasz budżet w ciągu ostatnich sześciu lat wzrósł tylko o 13%, co w obliczu inflacji oznacza, że tak naprawdę nasze możliwości finansowania badań się znacznie zmniejszyły.

Czy z grantu powinno się finansować płace kierowników projektów, czy tylko same badania i ewentualnie doktorantów?

Problem ostatnich kilkunastu lat polega na tym, że skupiono się na dotowaniu infrastruktury, zaplecza, budynków. Pod tym względem dziś narzekać już nie możemy. Ale w nauce najważniejsi są przecież ludzie, a tę kwestię zaniedbano.

Jeśli chodzi o wynagrodzenia etatowe, to NCN finansuje głównie post-doków, których, nawiasem mówiąc, w pewnym sensie wprowadziliśmy do polskiego systemu. W określonym zakresie można też przeznaczyć środki na pensje kierowników projektów. Instytucje mające kłopoty ze zdobywaniem grantów mogą dzięki temu przyciągnąć badaczy z innych jednostek o większym potencjale. W ten sposób, przynajmniej na początku zatrudnienia, są oni finansowani z grantu. Tworząc regulaminy konkursów, mamy na względzie to, by przekazywane środki pozwalały na realizację projektów. Kiedyś nawet myśleliśmy o tym, żeby komponenty płacowe zwiększyć, ale z uwagi na budżet nie zdecydowaliśmy się tego zrobić. I jeszcze jedno – finansujemy wynagrodzenia dodatkowe, czyli z założenia pieniądze wypłacane przede wszystkim kierownikom projektów jako dodatek do ich pensji. Nie pozwalamy na „podwójne zatrudnienie”, dlatego jeśli wykonawca nie jest zatrudniony z grantu na etat, może liczyć na taki dodatek. To element, którego w wielu krajach nie ma, a wydaje mi się, że przynajmniej w naszych realiach ma on charakter projakościowy – ci, którzy są w stanie zdobyć granty, mogą uzyskać wyższą pensję.

Gwałtownie wzrosły koszty grantów. Czy to nie główna przyczyna malejącego współczynnika sukcesu?

Kiedy suma pieniędzy do rozdysponowania jest w zasadzie stała, a liczba wnioskujących kształtuje się na w miarę podobnym poziomie, ten czynnik staje się najistotniejszy. Koszty prowadzenia badań drastycznie się zwiększyły, a oszczędzanie w tym zakresie nie może przynieść dobrych efektów. Analizujemy od jakiegoś czasu, czy i gdzie wprowadzać ograniczenia, by były jak najmniej dotkliwe dla naukowców. Na razie Rada NCN zdecydowała się jedynie na wprowadzenie limitu grantów prowadzonych przez jednego kierownika.

Jak pan postrzega dzisiaj komunikację NCN-u ze środowiskiem naukowym?

To bardzo istotny obszar naszych działań .Systematycznie spotykamy się z przedstawicielami środowisk naukowych. Reagujemy na ich głosy i modyfikujemy niektóre programy i procedury. Ale oczywiście nie jest to dla nas łatwy moment. Z powodu niskiego budżetu agencji finansowania nie otrzymują już naprawdę bardzo dobre projekty, więc wielu wnioskujących pozostaje niezadowolonych. Jednak mimo głosów krytyki, jesteśmy cały czas otwarci na środowisko.

Niedawno przytoczył pan jednak statystyki, z których wynika, że około 60–70% naukowców nigdy nie starało się o grant NCN. Czy w ogóle jesteście zorientowani na tę grupę, np. zachęcając ich w jakiś sposób do udziału w konkursach?

Statystyki w innych krajach są podobne. Odsetek naukowców, którzy nie składają wniosków, nie odbiega u nas jakoś specjalnie od normy. Zresztą, to chyba nie jest największy problem. Jest nim – i to w odniesieniu nie tylko do NCN, ale całej polskiej nauki – niedofinansowanie. Moglibyśmy drugie tyle projektów finansować, a nie jesteśmy w stanie. To powoduje zupełnie uzasadnioną frustrację u naukowców.

Jednym słowem, nie traktuje pan tych 60–70% jako swego rodzaju porażki kierowanej przez siebie instytucji?

Jeśli chodzi o możliwości, które mamy, trudno mi sobie wyobrazić, byśmy mogli zrobić coś inaczej i istotnie zwiększyć zainteresowanie naszą ofertą wśród osób, które się dotąd o granty nie starały. Może gdybyśmy dysponowali znacznie większym budżetem, to wtedy udałoby się uruchomić więcej programów typu MINIATURA. Pozyskiwanie małych grantów powinno być podstawą całego systemu.

Rozmawiałem niedawno z dyrektorem National Science Foundation w USA. Tam też, podobne jak u nas, odbywają się dyskusje o koncentracji badań grantowych w największych ośrodkach. Powstają u nich programy, które mają zachęcić naukowców z mniejszych ośrodków, ale nie ma mowy o żadnych kompromisach co do jakości naukowej, a więc żadne systemy kwotowe nie wchodzą w grę. Oni skupiają się na tzw. capacity building, czyli pomocy tym jednostkom w budowaniu systemu okołograntowego, a więc np. przygotowaniu administracji. Być może to jakiś pomysł na przyszłość NCN, żeby włączyć się w takie działania w większym stopniu. Ale, podkreślam, musi być zainteresowanie partnerów instytucjonalnych. Zresztą wiele takich działań podejmujemy już dziś. Organizujemy szkolenia online i onsite dla naukowców i pracowników administracji, w których mogą uczestniczyć wszyscy zainteresowani.

A może ich formuła powinna być bardziej atrakcyjna? Sięgnę po przykład jednej z waszych flagowych imprez – Dni NCN. W założeniu ich celem ma być właśnie zachęcenie badaczy do udziału w konkursach. Skoro tego typu wydarzenie odbywa się już od kilku lat, to potencjalne efekty, np. w postaci większej liczby aplikujących, już mogłyby być widoczne.

Rzeczywiście, frekwencja na Dniach NCN jest rozczarowująca i dlatego zastanawiamy się nad formułą tego wydarzenia, bo mimo dużego wysiłku z naszej strony i próby wyjścia do środowiska, wyjaśnienia „twarzą w twarz” jak działa system, jak przebiega ocena wniosków, to przedsięwzięcie nie cieszy się takim zainteresowaniem, jakiego byśmy się spodziewali. Więc tak, dyskutujemy od jakiegoś czasu, czy to najlepszy, najbardziej efektywny sposób kontaktów ze środowiskiem. Mimo wszystko, osobiście jestem zwolennikiem takich wyjazdów, bo uważam, że możliwość bezpośredniej rozmowy z reprezentantami tych lokalnych naukowych wspólnot, jest bezcenna. Poza tym warto to robić choćby dla tych, którzy decydują się wziąć udział.

Czy głos środowiska w ogóle jest dziś brany pod uwagę przez NCN? Wprawdzie kilka tygodni temu, kiedy startował PRELUDIUM BIS, w komunikacie można było przeczytać, że przeniesiono go z września na czerwiec właśnie pod wpływem sygnałów napływających do agencji, ale czy to nie wyjątek?

Jeśli spojrzy pan na nasze ogłoszenia o konkursach, to w zasadzie w każdej edycji jest informacja o jakichś modyfikacjach zasad. Są one właśnie m.in. efektem naszego dialogu ze środowiskiem.

Ale dobrze, że pan wspomina o PRELUDIUM BIS, bo utrzymaliśmy ten konkurs właśnie tylko dzięki zaangażowaniu środowiska naukowego. Bardzo poważnie się zastanawialiśmy nad jego likwidacją, głównie z uwagi na niezadowalającą liczbę wniosków. Uczestniczyłem jakiś czas temu w spotkaniu z szefami szkół doktorskich instytutów PAN, którzy bronili tego programu i przekonywali, że nie powinien być likwidowany. Podobne głosy docierały ze środowiska młodych naukowców, z którymi się konsultowaliśmy. Pod wpływem takich opinii pozostawiliśmy konkurs w naszej ofercie. Kierowaliśmy się opiniami z zewnątrz wprowadzając także zmiany w zakresie uelastycznienia i odbiurokratyzowania systemu grantów: jednostka może teraz sama, bez pytania, przedłużyć projekt o rok, a realizujący granty mają swobodę w układaniu budżetu projektu, np. planując zakup aparatury.

A co ze zmianami w polityce Open Access, bo o te też środowisko się dopomina i na razie bez efektu?

Lada dzień je ogłosimy. Problem tkwi w podejściu wydawców, którzy starają się utrudniać bezkosztową ścieżkę publikacji. Dlatego będziemy bardziej elastycznie do tego podchodzić, np. w sytuacji, gdy wydawnictwo żąda embarga na Author Accepted Manuscript, wyrazimy na nie zgodę pod warunkiem, że w międzyczasie pojawi się w odpowiednim repozytorium wersja preprintowa. Chcemy, by publikacje, które powstają w ramach badań przez nas finansowanych, były rzeczywiście dostępne dla wszystkich. Kolejnym aspektem są mające u nas ostatnio miejsce ograniczenia w prenumerowaniu, a co za tym idzie dostępie do najbardziej prestiżowych wydawnictw. W tej sytuacji tego typu otwartość publikacji naukowych może być pewnym remedium dla naszych naukowców.

Odsetek recenzji zagranicznych w ub.r. wyniósł 96,6%. Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego zwróciła niedawno uwagę, że może jest on zbyt wysoki w odniesieniu do niektórych obszarów badań, np. ze względu na kulturę, język, kontekst prawny czy środowiskowy. Wniosek: należy zwiększyć udział recenzentów krajowych.

To jest dość kontrowersyjna teza. Co ciekawe, ministerstwo akurat nas pochwaliło za to, że mamy tylu recenzentów zagranicznych. Dodam dla pełniejszego obrazu, że wśród ekspertów biorących udział w pracach paneli naukowcy z zagranicy stanowią około 85 procent. Ale są duże różnice między obszarami nauk, a nawet między poszczególnymi panelami. W obszarze HS z oczywistych względów ekspertów zagranicznych jest najmniej, najwięcej zaś w obszarze ST. I pamiętajmy, że część z recenzentów i ekspertów zagranicznych to Polacy mieszkający za granicą, więc oni dobrze orientują się w polskim kontekście.

Ale też odnoszę wrażenie, że cały czas obracamy się wokół tematu „nauka polska”. Nie ma czegoś takiego, nauka jest globalna. Nawet w obszarze HS nie da się zamknąć na świat i uprawiać nauki, która będzie odizolowana od reszty.

Krąży żart, że już nawet papież nie jest tak nieomylny, jak recenzenci NCN.

Przy kilkudziesięciu tysiącach recenzji rocznie naiwnością byłoby sądzić, że unikniemy błędów. Te gafy docierają i do mnie: a to recenzent pisze nie o tym wniosku co trzeba, a to czegoś we wniosku nie doczytał. Frustrujące z punktu widzenia dyrektora instytucji jest nawet nie to, że te przypadki są aż tak nagłaśniane, lecz że w tak istotny sposób wpływają na postrzeganie NCN. Bo statystycznie rzecz biorąc, takich błędów jest niedużo. Nasi recenzenci to osoby zwykle z dużym doświadczeniem. Niemal wszyscy, którzy wzięli udział w ewaluacji wewnętrznej NCN w latach 2021 i 2022, byli recenzentami w czasopismach naukowych, ponad 90 proc. z nich pełniło też funkcję recenzenta w innych instytucjach grantowych.

Być może to cena, jaką płacimy za to, że jesteśmy transparentni. Żadne prawo nie zmusza nas do tego, żeby pokazywać wszystkie recenzje wnioskodawcom. Moglibyśmy pójść zupełnie inną drogą i tego nie robić, ograniczyć się np. do przedstawienia końcowej oceny panelu. Nie mamy jednak zamiaru tego zmieniać. Uważam to za najwyższy standard, że wnioskodawca ma możliwość prześledzenia całego procesu.

Po prawdzie, widzi pan jakąś alternatywę dla tych omylnych recenzentów?

Mamy jasną zasadę, że recenzenci, którzy się nie sprawdzają, nie są zapraszani do oceny wniosków w kolejnych konkursach. Jednak trzeba też pamiętać, że granty przyznawane są w drodze konkursu i w ostatecznym rozrachunku to wnioskodawca musi przekonać innych, że jego wniosek jest wart finansowania. Tego nie przeskoczymy. Wszystkie inne rozwiązania są gorsze. Można sobie wyobrazić, że o tym, kto dostanie grant będzie decydował polityk albo rozstrzygające będą wskaźniki bibliometryczne. Ale dotychczasowe doświadczenia powinny odwodzić nas od tego, co nie znaczy, że obecna sytuacja jest idealna. Na tyle, na ile możemy, staramy się jednak ten system udoskonalać.

To ciekawe, bo jako żywo z pana publicznych wypowiedzi wynika, że w sumie wszystko działa bez zarzutu, a jedyną przeszkodę stanowi zbyt niski budżet. Czy dostrzega pan jednak jakiś element systemu, który należałoby zmienić w pierwszej kolejności?

Trudno, żebym jako odchodzący dyrektor przedstawiał program zmian w NCN. Bez dwóch zdań, każda instytucja musi się zmieniać, w przeciwnym razie czeka ją erozja. W ostatnim czasie problemem, oprócz finansowania, jest to, że naszą energię musimy ciągle wydatkować na to, by utrzymać niezależność instytucji. Sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, narzuca pewną narrację z naszej strony, ale zdaję sobie sprawę z tego, że taka instytucja jak nasza musi ewoluować. Odnosząc się do pana pytania, myślę np. o reformie systemu ewaluacji czy innym, szerszym spojrzeniu na dorobek naukowców. Nie uważam, że powinno się oceniać dorobek tylko i wyłącznie poprzez publikacje, są jeszcze inne osiągnięcia, które mogłyby być brane pod uwagę. NCN blisko współpracuje z podobnymi agencjami zagranicą, obserwujemy, co się u nich dzieje, uczestniczymy aktywnie w dyskusjach i staramy się dostosowywać do zmieniającego się świata. To, czego bym za wszelką cenę bronił, to utrzymanie w centrum naszego działania jakości uprawianej nauki.

Za miesiąc poznamy kolejnych laureatów Nagrody NCN. Na poprzedniej uroczystości wystąpił pan z dość mocną w przekazie przemową. Nie sądzę, że po roku pan złagodniał.

Nie mam jeszcze zaplanowanego wystąpienia, ale obawiam się, niestety, że wiele z tamtych tez, o ile nie wszystkie, mógłbym dzisiaj powtórzyć. To co najważniejsze: status nauki w Polsce nie odpowiada ambicjom naszego kraju. Skoro mówiliśmy na początku o patriotyzmie, to czy możemy wyobrazić sobie dziś przyszłość, w której nasza gospodarka będzie oparta na wiedzy, innowacyjności? Czy do budowy nowoczesnego państwa wykorzystamy potencjał młodych naukowców, na których w wielu miejscach na świecie już czekają z otwartymi rękoma? Bez konkurencyjnej dla nich oferty, odpowiedź na te pytania zawsze będzie negatywna. Warto wspomnieć o roli NCN w tym kontekście. Ponad połowę wszystkich środków skierowaliśmy właśnie do młodych badaczy. Dajemy im w tym bardzo zhierarchizowanym polskim systemie pewien oddech wolności, samodzielności poprzez możliwość budowania własnego zespołu, niezależnie od czynników i uwarunkowań, które zastali i które nie są łatwe do przezwyciężenia. To ogromna wartość naszej instytucji, której nie wolno zmarnować.

Czyli tym razem będzie bardziej apel aniżeli mowa oskarżycielska?

Zawsze staram się mieć na względzie przede wszystkim dobro całej nauki. W tej chwili kluczowe dla niej jest to, żeby zachować NCN wraz z konkurencyjnym, transparentnym i sprawiedliwym systemem grantowym.

Dla naukowca życie w stanie niepewności i bez planowania dalej niż na następny dzień musi być trudną lekcją.

Zostając dyrektorem, nie mogłem przewidzieć, że tak się to wszystko potoczy, ale miałem pełną świadomość zapisów ustawy o NCN. Obecna sytuacja nie jest dobra ani dla samej instytucji, ani dla osób, których dotyczy. Czekam więc na dalszy rozwój wydarzeń.

Ma pan poczucie, że nadchodzące tygodnie będą punktem zwrotnym dla pana dalszych zawodowych losów?

Wolałbym nie zajmować się przewidywaniem przeszłości, ale oczywiście taki stan zawieszenia nie może trwać wiecznie. Po odejściu z NCN mam zamiar wrócić do bardziej intensywnej pracy naukowej.

Rozmawiał Mariusz Karwowski

Dyskusja (5 komentarzy)
  • ~biolog 15.09.2023 09:12

    Czyli jesteśmy (NCN) wspaniali, jedyny problem to zbyt niskie finansowanie. Samoocena nie jest najwyższą cnotą przewodniczącego. Przy krótkiej kołdrze można/należy zrobić więcej. Jak wspomniał już wcześniej komentujący (Głos w dyskusji), można wpływać na wartość grantów, żeby więcej projektów było finansowanych. W jednym z paneli NZ, którego wyniki analizowałem, średnia wartość grantu wzrosła z 0,43 mln w 2012 roku do 2,1 mln, w 2021 r czyli około 4,75 razy na przestrzeni 9 lat. To znacznie więcej niż wskaźnik inflacji w tym czasie. Skoro wartość grantu nie wpływa na jego ocenę (a tak jest nadal), budżety grantów nie muszą być planowane oszczędnie/rozsądnie (powinienem napisać, że część z finansowanych projektów jest zapewne planowana rozrzutnie). W rezultacie za określoną pulę pieniędzy mniej grantów jest finansowanych. 11% aplikujących triumfuje, 89% frustruje. Przy drugiej lub trzeciej odmowie finansowania, druga grupa aplikantów traci nadzieję i przestaje aplikować, powiększając pule nieaktywnych badaczy. W rezultacie ogromna rzesza naukowców nie ma funduszy na badania, a ich mniejszy lub większy potencjał się marnuje. Zgadzam się też z opinią, że zbyt dużą wagę przywiązuje się obecnie do dorobku naukowego aplikanta (35-45% wagi oceny, w rożnych latach) w porównaniu z jakością naukową projektu, co utrudnia lub wręcz uniemożliwia zdobycie finansowania osobom, które zaliczyły okresowy dołek w karierze naukowej.

    • ~Dorota 19.09.2023 11:33

      Wielkość grantu nie wpływa na jego ocenę, ale recenzenci muszą odpowiedzieć na pytanie: "Are the costs to be incurred well justified with regard to the subject and scope of the research?". Odpowiedź negatywna oznacza automatycznie 0 punktów dla wniosku.

      • ~biolog 20.10.2023 11:20

        W sytuacji gdy projekty oceniają zagraniczni (zachodni) recenzenci (wszystkie w mojej dyscyplinie) koszty projektów wydają im się zapewne niskie, więc ten punkt oceny jest małowartościowy

  • ~Maciek 14.09.2023 15:48

    Wartościowy wywiad. Niestety jego treść budzi smutek i rozgoryczenie. Nie dość, że Polska pod względem finansowania nauki zajmuje jedno z przedostatnich miejsc w Europie, to jeszcze obecna władza dąży do centralizacji finansowania badań naukowych ze wszystkimi tego możliwymi konsekwencjami włącznie. Najgorsze jest to, że tych pieniędzy na naukę będzie coraz mnie w przyszłości. Dokąd MY zmierzamy???

  • ~Głos w dyskusji 14.09.2023 11:19

    Po przeczytaniu artkułu widzę sytuację w ciemnych barwach. Jeśli z powodu braków budżetowych nie są finansowane nawet bardzo dobre granty to system nawet jeśli jest transparentny, konkurencyjny to nie jest sprawiedliwy. Ktoś pisze bardzo dobry grant i nie dostaje na niego środków. Efekt, irytacja (lub nawet złość) oraz niechęć i frustracja. Jeśli budżet na 2024 nadal będzie niski to frustracja wzrośnie jeszcze bardziej. Przy współczynniku sukcesu na poziomie 11% w OPUSIE nie ma co mówić o merytorycznej ocenie i transparentność czy konkurencyjność i tak nic tu nie pomagają. Jeśli w dalszej perspektywie rządzący (kim by nie byli) nadal będą tak licho finansować badania to jedynym rozwiązaniem jest zmniejszenie maksymalnej kwoty grantów aby przyznawać ich więcej (ogólnie: więcej ale mniejszych kwotowo). To rozwiązanie chwilowe „na przetrwanie” ale trzeba ratować tonący okręt. Bez uczciwie przyznawanych grantów w rozsądnych ilościach wszystko w nauce będzie się degradować. Przy współczynniku sukcesu 11% siedzenie przed komputerem i pisanie grantów zaczyna przypominać uderzane głową w mur. Szkoda przedstawiać swoje pomysły jeśli prawdopodobieństwo ich realizacji wynosi 11%. Nie odchodziłbym od bibliometrycznej oceny wnioskujących bo odejście od tej formuły może (po czasie) wyewoluować w system relatywistyczny gdzie dobra, cytowana, publikacja będzie mniej warta niż zorganizowanie np. konferencji czy eventu medialnego. Nie tędy droga. Wreszcie ostatnia uwaga : przed nami wybory...