Aktualności
Sprawy nauki
05 Stycznia
Źródło: GUMed
Opublikowano: 2022-01-05

Wystarczą uniwersytety

Prof. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych, przekonuje, że nie ma potrzeby, aby lekarzy kształciły także uczelnie zawodowe i wskazuje na zagrożenia, jakie niesie ze sobą takie rozwiązanie.

Mamy 21 uczelni, które prowadzą kształcenie na kierunku lekarskim, a niedługo dojdą kolejne. To są uniwersytety, a same studia mają charakter ogólnoakademicki. Z dużym niepokojem przyjmuję rozwiązanie prawne, które umożliwi prowadzenie kierunku lekarskiego przez uczelnie zawodowe, które kształcą na profilu praktycznym. Lekarz pełni taką rolę jak pilot w samolocie, on nadaje kierunek procesowi diagnostycznemu i terapeutycznemu, któremu poddawany jest pacjent. Wszystko odbywa się w zespołach multidyscyplinarnych, gdzie lekarz współpracuje ze specjalistami z innych zawodów medycznych, jak pielęgniarki, fizjoterapeuci czy dietetycy. Te wszystkie zawody są niezwykle ważne, nawet jeśli kształcenie na tych kierunkach odbywa się na profilu praktycznym. Lekarz jednak, poza posiadaniem aktualnej wiedzy merytorycznej i odpowiednich umiejętności, dla dobra pacjenta musi nadążać za zmianami, które zachodzą w wiedzy medycznej oraz odróżniać wartościową wiedzę medyczną, potwierdzoną w badaniach klinicznych od tej niewartościowej, fakty od pseudofaktów, których przecież nie brakuje. Szczególnie teraz, w czasie pandemii, doświadczamy zalewu różnych poglądów pseudomedycznych. Nie wyobrażam sobie kształcenia lekarzy poza środowiskiem, w którym prowadzi się intensywne badania w zakresie nauk medycznych. Uważam, że środowisko, które nie jest związane z badaniami klinicznymi oraz nie dysponuje solidnym zapleczem klinicznym, nie jest zdolne do wykształcenia w pełni kompetentnego lekarza, któremu z zaufaniem oddamy swoje zdrowie i życie, tak jak oddajemy swoje życie w ręce pilota, który prowadzi samolot.

Stworzenie nowoczesnego szpitala klinicznego nie jest ani tanie, ani szybkie. Mimo naszych inwestycji w bazę kliniczną nie jesteśmy w stanie zapewnić wszystkim studentom dostępu do wszystkich specjalności leczniczych. Konieczne jest zatem pozyskiwanie zewnętrznej bazy szpitalnej dla kształcenia lekarzy. Kliniki mają określoną „pojemność” i nie mogą przyjąć większej liczby studentów, bo to po prostu zdezorganizuje ich pracę. Szpital musi mieć miejsce i kadrę, aby obsługiwać kształcących się. Musimy stworzyć odpowiedni system zachęt dla szpitali do współpracy z uczelniami, aby chciały i mogły uczestniczyć w kształceniu przyszłych lekarzy. Rozumiem, że oczekują z tego tytułu jakiejś rekompensaty, środków na realizację kształcenia. To kilkadziesiąt czy kilkaset osób, które przebywają w szpitalu, wchodzą w interakcje z lekarzami i pacjentami, absorbują personel szpitala, korzystają z infrastruktury, ze środków ochrony osobistej. Uczelni nie stać na pełną rekompensatę tych kosztów. Postulujemy do Ministerstwa Zdrowia o stworzenie regulacji dla tzw. szpitali kształcących, aby mogły otrzymywać dodatkowe środki za udział w procesie kształcenia lekarzy.

Już teraz uczelnie medyczne mają problem z pozyskaniem kadry o odpowiednich kompetencjach, w pełnym wachlarzu specjalności lekarskich, ale także specjalistów z zakresu kształcenia przedklinicznego, a zatem anatomów człowieka, fizjologów i patofizjologów. Nie każdy biolog posiada wiedzę dotyczącą specyficznie człowieka, a zwłaszcza zmian związanych z chorobami. Obecnie konkurujemy o specjalistyczną kadrę z uczelniami, które uruchamiają kierunki medyczne i ta konkurencja będzie jeszcze ostrzejsza. Rektorzy wyrażają zgodę na pracę na kilku uczelniach z pełną świadomością, że brakuje nam specjalistów, ale także, że to się odbija na jakości kształcenia. Dodatkowo, bardzo niski poziom wynagrodzeń nauczycieli akademickich powoduje istotny odpływ kadry z uczelni, zwłaszcza lekarzy klinicystów, do bardziej atrakcyjnej pracy w podmiotach leczniczych.

Nie chcę powiedzieć, że uczelnie zawodowe nie gwarantują dobrej jakości kształcenia. Robią to świetnie w takich zawodach jak pielęgniarstwo i ratownictwo medyczne. Jaki jednak jest sens otwierania kierunków lekarskich na uczelniach zawodowych, podczas gdy uczelnie medyczne mogłyby przyjąć więcej studentów polskojęzycznych, nawet kosztem ograniczenia liczby studentów anglojęzycznych, pod warunkiem przekazania środków na pokrycie kosztów tego kształcenia? Nie widzę żadnego sensu w poszerzaniu możliwości kształcenia lekarzy o uczelnie zawodowe. W Gdańskim Uniwersytecie Medycznym na lekarskie studia anglojęzyczne przyjęliśmy w tym roku około 170 studentów. Gdybyśmy otrzymali zlecenie od Ministerstwa Zdrowia oraz środki na pokrycie kosztów, moglibyśmy przyjąć tylko 50 obcokrajowców, a pulę 120 dodatkowych miejsc zostawić na kształcenie Polaków. Powtarzam, to tylko kwestia przekierowania odpowiednich środków. Tyle można zrobić natychmiast, bez inwestowania w infrastrukturę i kadrę.

Studia medyczne, a lekarskie w szczególności, należą do trudniejszych. Uczelnie medyczne stawiają wysoko poprzeczkę kandydatom. Przyjmując maturzystę na studia, chcemy, aby miał szansę na ich ukończenie. Przyjęcie osoby bez odpowiedniego przygotowania nie rokuje sprostania wymaganiom, które student będzie musiał udźwignąć podczas studiów. Nie brakuje nam mądrych, zdolnych maturzystów. Ważne, żebyśmy mogli im zaproponować odpowiednie, atrakcyjne warunki kształcenia i rozwoju, a potem konkurencyjną ofertę pracy. Wszystkie te elementy trochę szwankują.

Otwarcie kształcenia lekarzy na uczelnie zawodowe może zagrozić utrzymaniu międzynarodowych akredytacji. W interesie naszych studentów leży to, abyśmy spełniali warunki określone w dyrektywie unijnej dotyczącej kształcenia lekarzy, bo jeśli tego nie będziemy robili, dyplomy polskich uczelni stracą ważność w Unii Europejskiej. Ponadto akredytacje międzynarodowe, a zwłaszcza powszechnie uznawana akredytacja amerykańska, sprawiają, że nasze dyplomy są uznawane na całym świecie. Jeśli w ocenie całego systemu kształcenia medycznego w danym kraju znajdzie się jeden słaby punkt, który nie będzie spełniał wymogów, akredytację tracą wszyscy, także instytucje, które realizują najwyższe standardy. Posiadanie akredytacji determinuje, czy w przyszłości absolwenci mogą rozpatrywać jako opcję podjęcie pracy za granicą. Nie chodzi tylko o wyjazd na stałe. Nasi lekarze często jeżdżą za granicę choćby po to, żeby podnieść kwalifikacje i zdobyć nowe umiejętności. Obniżanie jakości kształcenia – a do tego może doprowadzić otwarcie kierunków lekarskich w uczelniach zawodowych – uderzy w całą polską medycynę. Do tej pory kształcenie lekarzy miało zagwarantowaną akademicką jakość kształcenia. Odejście od tego może się okazać bardzo szkodliwe, a powrót do najwyższych standardów nie będzie łatwy i szybki.

Dyskusja (0 komentarzy)