Aktualności
Szkoły wyższe
22 Października
Źródło: www.pixabay.com
Opublikowano: 2021-10-22

Algorytmiczne przymiarki

Plany dotyczące zmiany od 2023 roku algorytmu podziału środków dla uczelni przedstawiono podczas posiedzenia Uniwersyteckiej Komisji Nauki oraz w trakcie kolejnej Szkoły zarządzania strategicznego Fundacji Rektorów Polskich dla kanclerzy, kwestorów, dyrektorów i głównych księgowych.

Jarosław Oliwa, dyrektor Departamentu Budżetu i Finansów Ministerstwa Edukacji i Nauki, zaznaczył, że są to pierwsze przymiarki do zmian, których celem miałby być algorytm o wyraźnie stabilizującej funkcji. Zdaniem MEiN, należy zmniejszyć negatywne skutki przekroczenia rekomendowanego poziomu SSR – najwyższe wskaźniki przekroczenia mają obecnie uczelnie ekonomiczne, które z tego tytułu najwięcej traciłyby w subwencji, gdyby cały czas była naliczana wg algorytmu. Zmniejszeniu miałyby też ulec różnice pomiędzy algorytmami laureatów IDUB (9 uczelni podległych MEiN i jedna Ministerstwu Zdrowia) i publicznych uczelni akademickich (Ministerstwu Edukacji i Nauki podlega 55 takich uczelni), m.in. w aspekcie zbliżenia rekomendowanego SSR – obecnie dla uczelni akademickich wynosi on 13, a dla IDUB docelowo 10 – oraz rezygnacji ze składnika projektowego w algorytmie IDUB, gdyż nie wnosi on wiele w stosunku do innych elementów algorytmu. Ze składnika doktoranckiego miałby zniknąć parametr kosztochłonności. Modyfikacji uległaby premia za połączenie uczelni, a wpływ kategorii naukowej miałby wzrosnąć. Ministerstwo przymierza się też do spłaszczenia współczynników kosztochłonności. Przypomnijmy, że obecnie rozpiętość od 1 do 4 liczona jest co 0,5, co oznacza, że współczynnik 4 daje 100% wpływu, a 1 – tylko 25%; każde 0,5 zmiany daje -/+ 12,5%. Gdyby kosztochłonność została ustalona między 2,5 a 1 ze stopniowaniem co 0,25, rozpiętość wpływu wynosiłaby między 100%, a 40%, a każdy stopień dawałby różnicę -/+ 10%. Choć wygląda to groźnie, trzeba pamiętać, że kosztochłonność występuje w algorytmie w jednym czy dwóch wskaźnikach i w rezultacie ma drobny wpływ na wysokość subwencji (ale wiele drobnych rzeczy dużo daje). Najważniejsza wydaje się jednak propozycja zwiększenia stałej przeniesienia – przypomnijmy, że obecnie z roku na rok miałaby ona spadać (gdyby nie zatrzymanie działania algorytmu w ostatnich latach). Właśnie ten parametr miałby mieć podstawowe działanie stabilizujące.

Na obu spotkaniach wystąpienie dyr. Oliwy odebrano z dużym uznaniem. Cieszy się on zaufaniem osób odpowiedzialnych za finanse uczelni, a w podsumowaniu Szkoły za wystąpienie przyznano mu najwyższą ocenę – 4,9 punktu (na 5 możliwych). Uczestnicy UKN także niezwykle wysoko ocenili wystąpienie dyrektora DBF, jednak zasygnalizowane możliwości zmiany algorytmu wzbudziły w tym gronie spore kontrowersje. Z jednej strony wyrażono żal i krytykę z powodu planów odejścia od surowego, projakościowego, ale też bardzo różnicującego obecnie obowiązującego algorytmu (choć przecież od dwóch lat w zawieszeniu, z perspektywą przedłużenia tego stanu o kolejny rok). Z drugiej – wyraźną aprobatę dla perspektywy pojawienia się algorytmu stabilizującego i mniej różnicującego sposobu podziału środków przeznaczonych na subwencje.

Piotr Kieraciński

 

prof kistryn 1Prof. dr hab. Stanisław Kistryn, były prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. badań naukowych i funduszy strukturalnych, pełnomocnik rektora UJ ds. współpracy w ramach Una Europa oraz przewodniczący Zespołu Koordynującego programu Inicjatywa Doskonałości w UJ:

Po kilku latach obowiązywania nowych zasad przydziału subwencji dla uczelni, w tym ich faktycznemu zawieszeniu na okres ostatnich dwóch obciążonych pandemią lat, pojawiają się w prezentacjach przedstawicieli Ministerstwa Edukacji i Nauki propozycje zmian w aktualnych algorytmach. Wyłania się z nich bardzo niepokojący obraz dalszego rozmywania projakościowej struktury algorytmu, co moim zdaniem będzie miało charakter bardziej demotywujący aniżeli spełniający rolę stabilizacji rozwoju systemu szkolnictwa wyższego.

W tym krótkim tekście odniosę się do kilku rozważanych modyfikacji, rozpoczynając od pojawiającego się także pytania czy może zasadne jest utrzymanie w mocy systemu przydziału środków z ostatnich dwóch lat, czyli wzrostu subwencji dla wszystkich uczelni o kilka procent niezależnie od jakichkolwiek parametrów. To oczywiście pytanie podstawowe, w przypadku takiego rozwiązania dyskusje o algorytmie są bezprzedmiotowe. Napiszę wprost – takie rozwiązanie jest fatalne! Rozumiem pozorne zalety: łatwość wyliczeń, brak konieczności zbierania i weryfikacji danych, wreszcie satysfakcja sporej części uczelni, które w algorytmie wypadają słabiej. Jako człowiekowi o peselu zaczynającym się od cyfr 6 i 0 ten sposób jednoznacznie kojarzy mi się z hasłem czasów słusznie minionych, które w tym kontekście mogłoby brzmieć „czy się stoi, czy się leży, kilka procent się należy”. Stabilizacja – takie hasło pada jako cel zmian – jak najbardziej, projakościowości ani śladu. Taki sposób finansowania mógłby się bronić, gdyby spełnione były warunki osiągnięcia pożądanej, idealnej struktury wewnętrznej systemu (relacje poziomu wypełniania zadań przez uczelnie) oraz braku jakichkolwiek zmian w otoczeniu tego systemu. To oczywiście utopia. Jeśli podział subwencji ma nie tylko utrzymywać status quo, ale promować osiąganie lepszych wyników oraz odgrywać rolę stymulującą do implementowania określonych zmian, to konieczny jest algorytm, w którym pożądane elementy są wskazywane. Porzucam więc ponurą wizję urawniłowki, mając głęboką nadzieję, że algorytm wróci do łask.

Co więc znajdujemy w propozycjach zmian? Kilka haseł, które mnie martwią: zwiększenie stałej przeniesienia, złagodzenie wpływu spadku funkcji wskaźnika dostępności dydaktycznej, po przekroczeniu nominalnej wartości stosunku liczby studentów do liczby nauczycieli akademickich (SSR), spłaszczenie skali wartości współczynników kosztochłonności badań, likwidacja składnika projektowego. Jest też w prezentowanych propozycjach coś w moim odczuciu pozytywnego: zwiększenie wpływu kategorii naukowej oraz modyfikacja (oby wzmocnienie) premii za łączenie uczelni.

Zacznę od cieszącej mnie zapowiedzi zwiększenia roli kategorii dyscyplin. Przypomnę, że był taki okres, w którym kategorie naukowe jednostek odgrywały znaczącą rolę. Współczynnik kategorii wprost skalował wynik jednostki w algorytmie dotacji statutowej, a w algorytmie podziału tzw. dotacji dydaktycznej (podstawowej) za czasów minister Teresy Czerwińskiej udało się wprowadzić czynnik skalujący w składniku kadrowym (jestem dumny, że miałem w tym swój udział; zawsze wychwalam wzór zreprodukowany na okładce FA 10/2016). Niestety, po zmianie algorytmu wpływ kategorii silnie zmalał, więc zapowiadane zwiększenie jej roli przyjmuję z zadowoleniem. Obawiam się, że ograniczy się jedynie do zwiększenia rozpiętości współczynników kategorii (co jest ujęte w rozporządzeniach), a ja z uporem nie przestanę postulować przywrócenia jakiejś formy „zredukowanego współczynnika kategorii” w składniku kadrowym algorytmu.

Smucą mnie zapowiedzi osłabiania projakościowego wydźwięku algorytmu. Oprócz swej roli dystrybucji środków (a właściwie poprzez tę rolę), algorytm wskazuje szereg kierunków pożądanych zmian w uczelni: osiągania właściwej proporcji liczb kadra/studenci, aplikowania o projekty ze źródeł zewnętrznych, uczestniczenia w wymianie międzynarodowej, kształcenia doktorantów. Mam graniczące z pewnością przekonanie, że prezentowanie wyników obliczeń algorytmów spełnia rolę motywacyjną, pozwalając porównywać uczelnie między sobą w zakresie poszczególnych parametrów i ogólnego, zagregowanego obrazu. Do śledzenia różnic wskaźniki muszą być czułe, raczej małe zmiany uwypuklać niż je maskować i uśredniać. Stąd spłaszczanie funkcji zależnej od SSR uważam za niekorzystne. Jako demotywujące traktuję potencjalne usunięcie składnika projektowego. Nawet jeśli jego wpływ jest podobny do badawczo-rozwojowego (nakładowego), to wydzielenie projektów jako osobnej strefy działalności uczelni jest psychologicznie istotne. Dlatego powtarzam postulat przeciwny: należy nie tylko pozostawić go w algorytmie uczelni IDUB, ale przywrócić także w algorytmie dla pozostałych uczelni. I zwiększyć jego wagę kosztem wspomnianego składnika nakładowego. Współczynniki kosztochłonności zawsze budziły kontrowersje. Przypomnę, że ostatnia zmiana, polegająca na malutkim rozszerzeniu skali, została poprzedzona długimi pracami i analizami przy udziale zespołu ekspertów powołanego przy MNiSW. Konkluzje wskazywały, że faktyczne rozpiętości kosztów prowadzenia badań w różnych dyscyplinach usprawiedliwiałyby skalę nawet od 1 do 6, a opublikowane w rozporządzeniu wartości (1 – 4,5) są kompromisem, a więc powrót do jeszcze węższej skali (1 – 3) to kolejne osłabienie narzędzia diagnostycznego. O stałej przeniesienia aż się nie chce pisać, skoro wprowadzony został „korytarz” zmian subwencji dla uczelni w skali rok-do-roku od –2% do +6%, to utrzymanie jeszcze stałej przeniesienia nie ma kompletnie sensu, powodując tylko niepotrzebne zacieranie zmian w krótkookresowej skali. Zacytuję zdanie z artykułu Algorytmem w żubra (FA 11/2016): „rozumiem jej pozostawienie jako mechanizmu uśredniającego fluktuacje w skali 2-3 lat, w perspektywie, gdy korytarz szczęśliwie kiedyś z algorytmu zniknie”. Korytarz nie znika. Nie uważam, że to dobrze, ale rozumiem powody. Co więcej, w następnym akapicie wykorzystam istnienie korytarza do wsparcia moich tez pozostawienia stratyfikujących elementów algorytmu.

Rozumiem powody, dla których osłabianie różnicującej funkcji algorytmu znajduje swoich zwolenników. Gdy subwencja spada co roku o 2%, trudno jest wprowadzać w uczelni nowe rozwiązania i generować postęp jakości działalności naukowej. Co prawda realistyczna analiza stanu własnej uczelni powinna prowadzić do wniosków, w świetle których spadek subwencji nie powinien być zaskoczeniem, ale wciąż jest to politycznie i strategicznie trudne do obrony. Jednak wynik algorytmu, zwłaszcza rozbity na elementy wskazujące słabsze i mocniejsze strony w porównaniu z innymi jednostkami, byłby jak najbardziej przydatny.

Czy dałoby się jakoś pogodzić te dwa aspekty? Mam tu pewną propozycję. W roku 2019 udział wydatków na sektor badań i rozwoju w Polsce wyniósł 1,32% PKB, wzrastając w poprzednich 10 latach o około 0,66%. Gdyby założyć, że takie tempo wzrostu uda się utrzymać, to w roku 2030 sektor B&R mógłby liczyć na udział w PKB nieco ponad 2%. To i tak znacznie poniżej naszych zobowiązań w ramach Unii Europejskiej, a co więcej wobec potrzeb nowoczesnej gospodarki i społeczeństwa. Gdyby w ramach tych wydatków finansowanie sektora szkolnictwa wyższego rosło w takim (dość umiarkowanym) tempie, można byłoby pokusić się o przeznaczanie na subwencję środków rosnących w skali roku o około 5% (relatywnie rok do roku; w skali 10 lat daje to wzrost o czynnik 1,63, czyli podobnie jak w ubiegłej dekadzie). Załóżmy więc pesymistycznie, że wzrost środków do podziału jako subwencja dla uczelni to tylko 3,5% rocznie, oraz realistycznie, że stosujemy algorytm z dolną granicą zmiany –2%. Pamiętając, że te –2% zdefiniowane jest „w warunkach porównywalnych”, to uczelnia, której algorytm wyliczy spadek o 2%, efektywnie otrzyma kwotę wyższą o 1,4% niż w roku poprzednim, gdyż pomniejszona kwota z ubiegłego roku zostanie przeskalowana o globalny wzrost środków. Czyli narzędzie pozostać może „ostre”, ale jego efekt jest akceptowalny. Czy możemy sobie wyobrazić, że budżet MEiN dla uczelni nie rośnie o 3-5% rocznie? A czy Polska, aspirując do nadrabiania wciąż pozostających dysproporcji do krajów zachodu, może sobie na to pozwolić? Głęboko wierzę, że nie.

Mój generalnie krytyczny głos co do proponowanych zmian jest motywowany obawą, że zmiany proponowane jako stabilizujące, doprowadzą w efekcie raczej do stagnacji, wywołanej osłabieniem motywowania wszystkich uczelni: większych i mniejszych, silniejszych i słabszych naukowo. Nawiązując do przywoływanego powyżej artykułu – te „żubry” muszą czuć motywację. Podałem przepis na ochronę finansową, ale z pozostawieniem ostrości algorytmu, którego wyniki powinny być ogłaszane w formie nie tylko kwot ostatecznych, ale także procentowych wyników spadku/wzrostu udziału w subwencji i wskaźników składowych. Zabezpieczenie finansów to jedno, ale świadomość, że wyniki mojej uczelni zobaczą i skomentują Koleżanki i Koledzy, to dopiero motywacja!

 

rektor ciborowskiProf. dr hab. Robert W. Ciborowski, Wydział Ekonomii i Finansów Uniwersytetu w Białymstoku, rektor UwB:

Kluczowym aspektem funkcjonowania szkolnictwa wyższego jest określenie modelu jego finansowania. Coraz częściej można zaobserwować odejście od dotychczasowego modelu humboldtowskiego, opartego na edukacji i badaniach naukowych, w kierunku nowych, bardziej praktycznych form współpracy nauki i przedsiębiorstw, skutkujących większym udziałem środków komercyjnych w finansowaniu uczelni. Mimo to głównym źródłem pieniędzy na szkolnictwo wyższe pozostaje państwo, co w połączeniu z szerszymi wymaganiami resortu nauki (ewaluacja) skutkuje koniecznością zmian budżetowego mechanizmu finansowania.

Poziom publicznych środków finansowych na szkolnictwo wyższe w relacji do PKB rośnie w Polsce bardzo powoli. Ostatnio stabilizuje się w okolicach 0,85% PKB. Stawia to Polskę w gronie krajów o najniższych takich wskaźnikach w Unii Europejskiej, w której średnia wynosi około 1,5% PKB. Zatem polskie szkolnictwo wyższe musi być traktowane jako słabo finansowane i posiadające niewielkie możliwości „doganiania” europejskiej czołówki.

Największa część środków przeznaczana jest na wydatki płacowe, stanowiące w budżetach uczelni ok. 70-80% subwencji. Nominalny wzrost wydatków w ostatnich latach wynikał w największym stopniu z zaplanowanych podwyżek płac (lata 2013-2015, 2018). Ponadto znaczną część dodatkowych środków otrzymują uczelnie zaliczone do grupy „badawczej” – dziesięć uczelni otrzyma przez 6 lat około 2,7 miliarda złotych, co powoduje, że pozostałe uczelnie utrzymają dotychczasowy poziom finansowania lub będzie on niewiele większy. Ze względu na inflację realna wartość nakładów zmniejszyła się od roku 2004 o ok. 40%. Ostatni wzrost nakładów zaledwie rekompensuje spadek siły nabywczej, który i tak nie zostanie pokryty w całości.

Taka struktura finansowania powoduje de facto podzielenie uczelni akademickich na dwie grupy. Pierwsza to dziesięć uczelni badawczych, których finansowanie wzrasta w takim stopniu, że nie tylko zamyka to pozostałym drogę wejścia do tej grupy, ale także ogranicza im możliwości pozyskiwania dodatkowych środków. Tak duża liczba uczelni badawczych praktycznie zamyka możliwość konkurowania w gronie wszystkich uczelni, gdyż różnice po sześciu latach będą nie do zniwelowania. Uczelnie badawcze także właściwie nie konkurują między sobą, bo bez względu na wyniki wszystkie uzyskują dodatkowe 10% dotacji (pozostałe uczelnie mają jedynie korytarz –2 do +6). Wydaje się, że pierwotna propozycja wyłonienia 2-3 uczelni badawczych była dużo lepsza od wersji zrealizowanej. Porównując tą sytuację do piłki nożnej, można powiedzieć, że stworzono dwie ligi, z tym że prawdopodobnie nikt z wyższej nie spadnie, ale też i nikt z niższej nie awansuje. Interesująca również będzie ocena skutków takiej struktury finansowania. Czy rzeczywiście przyniesie to wymierne korzyści naukowe i dydaktyczne? Czy aby skutki nie będą podobne, do rezultatów programu KNOW, czyli niewielkie i krótkotrwałe. Na razie merytoryczne efekty programu IDUB są praktycznie niezauważalne.

Uczelnie spoza grupy badawczych, czyli większość istniejących, muszą raczej poszukiwać stabilizacji finansowej niż szukać środków na zwiększenie dynamiki rozwojowej, gdyż ich możliwości awansu do grupy badawczej zmalały praktycznie do zera. Wydaje się, że w takiej sytuacji powinna nastąpić zmiana algorytmu finansowania w stronę większej przewidywalności i raczej zachowania status quo z ustalonym wskaźnikiem corocznego wzrostu. Widać wyraźnie, że jego obecna, pozornie projakościowa konstrukcja nie sprawdziła się i co więcej, w przyszłości może się okazać szkodliwa. Chociażby z perspektywy zmian demograficznych (niż demograficzny, coraz mniej chętnych na studia drugiego stopnia, odpływy kandydatów za granicę), które powodują, że utrzymanie zalecanego obecnie wskaźnika SSR 13 jest nierealne. Dodatkowo zmiany kosztów utrzymania uczelni, oczekiwania płacowe, kosztochłonność badań i kształcenia wyższego, konieczność odejścia od masowości studiów (wskaźnik scholaryzacji około 50% jest absurdalnie wysoki i nie odzwierciedla rzeczywistego zapotrzebowania na kształcenie wyższe), jak również zmiany międzynarodowe w kontekście działania uczelni i ścieżki awansowe powodują, że obecny model finansowania uczelni lokujących się poza grupą laureatów programu IDUB jest nie do utrzymania. Wymaga on większej przewidywalności dopływu środków (np. stały wzrost subwencji o kilka procent) oraz dekonstrukcji oczekiwań artykułowanych na początku wdrażania obecnej reformy, jeśli chodzi o składowe algorytmu. Największe znaczenie powinien mieć w nim wskaźnik kadrowy, bo to stanowi istotę wydatków szkół wyższych.

W obecnych warunkach należy także zaproponować odpowiednie rozwiązania wiążące działalność dydaktyczną z badawczą. Stosowany algorytm podziału środków budżetowych w znacznej części związany jest z działalnością badawczą, a niemal zupełnie pomija jakość dydaktyki. Jest to o tyle niekorzystne, że studenci i ich nauczanie powinny stanowić fundament działalności szkół wyższych, na którym należy budować całą formułę naukową uczelni. Brak związku między jakością dydaktyki i poziomem badań naukowych w dłuższej perspektywie doprowadzi do swego rodzaju alienacji naukowej studentów oraz obniżenia jakości nauczania, ze względu na przeniesienie znacznej części aktywności najlepszych pracowników na badania naukowe, które w znacznym stopniu wynikają z oczekiwań ewaluacyjnych („punktoza”), a nie rzeczywistej potrzeby publikowania swoich osiągnięć.

Powiązanie subwencji z kategoriami naukowymi ma swoje skutki w obszarze zarządzania uczelniami oraz jakości kształcenia (od przyszłego roku ok. 70% subwencji wynikać będzie z wyników ewaluacji). Poszczególne uczelnie dążą do tego, aby posiadać jak największą liczbę kategorii B+ i wyższych. Jest to działanie oczywiste z punktu widzenia subwencji, jednak nieefektywne w kontekście kosztów, które szybko rosną, oraz jakości kształcenia, której wzrost zależy od większego zaangażowania pracowników w procesy dydaktyczne. Skutkuje to koniecznością podnoszenia obciążeń pracowniczych, co jeszcze bardziej podnosi koszty. Wyższa nakładochłonność (zarówno na działania badawcze, jak i dydaktyczne) musi skutkować wyższymi wydatkami osobowymi, na które większości uczelni nie stać. W dłuższej perspektywie może się to przełożyć na coraz niższą jakość kształcenia. Dodatkowo, przekierowanie uczelni na działalność badawczą wcale nie musi podnieść jej jakości, również ze względu na rosnące koszty i konieczność publikowania przez wszystkich pracowników. Sytuacja ta w oczywisty sposób nie odnosi się do uczelni badawczych.

Można zatem przyjąć tezę, że obecna konstrukcja sposobu naliczania subwencji budżetowej jest niedobra zarówno od strony źródła finansowania uczelni, jak i podnoszenia jakości dydaktyki i nauki. Subwencja powinna spełniać rolę proefektywnościową, czyli prowadzić do zwiększenia ilości pieniędzy w systemie nauki oraz stworzenia większej elitarności studiów, jak również tworzenia warunków podnoszenia jakości działalności naukowej. W pewnym stopniu rolę tę spełniają konkursy grantowe. Nakłady na NCBR oraz NCN wyraźnie rosną. To pozytywna tendencja, jednak w obliczu ograniczania środków na badania w uczelniach oraz utrzymywania w miarę stałej ilości pieniędzy w systemie nauki i konieczności ewaluacyjnej źródło to staje się coraz bardziej pożądane. Zwiększa się zatem liczba osób aplikujących o granty. To z kolei zwiększa konkurencję i zmniejsza możliwości pozyskiwania funduszy. W tej chwili wskaźnik sukcesu w obu instytucjach nie przekracza kilkunastu procent, co sprowadza konkursy do formuły „loterii”. Odpowiednia jego wielkość, jeżeli tego typu środki mają być uzupełnieniem subwencji, powinna wynosić 30-40%.

W ostatnich kilku latach wiele uczelni i instytutów badawczych zdołało poprawić swoje warunki lokalowe i sprzętowe dzięki funduszom strukturalnym pozyskiwanym z UE. W parze z tą poprawą nie idzie jednak odpowiedni wzrost wynagrodzeń pracowników naukowych, a także możliwość sfinansowania kosztów eksploatacyjnych nowych obiektów. Długookresowe i kosztowne projekty wymagają finansowania wieloletniego, umożliwiającego skoncentrowanie środków na kluczowych, decydujących o postępie nauki projektach. Tymczasem sposób finansowania nauki w Polsce preferuje projekty stosunkowo mało kosztowne i raczej krótkookresowe. Prowadzi to do rozproszenia funduszy na badania i ich niewielką efektywność.

Obecna formuła ewaluowania nauki wraz z zasadami jej finansowania prowadzą do ograniczenia rozwoju poszczególnych dyscyplin, a w dłuższej perspektywie – zabijania kreatywności, bowiem wymuszają skupianie się na liczbie punktów, a nie jakości i przydatności gospodarczej publikacji (szczególnie jest to widoczne w naukach społecznych). System ewaluacji, której rezultaty decydują o poziomie finansowania uczelni, jest sam w sobie zbyt skomplikowany i de facto potrzebny jest jedynie instytucjom państwa jako forma kontroli i oddziaływania na uczelnie.

Jak powiedział N. Davila: „Problemem nauki nie jest to, że ludzie mało czytają, tylko to, że wszyscy piszą”. Nauka nie potrzebuje ogromu publikacji. Istotna jest wymiana poglądów, dlatego najbardziej wartościowe i twórcze są konferencje i seminaria naukowe. To one tworzą warunki przyszłej kreatywności, przenosząc się na dydaktykę, inspirując studentów czy doktorantów. Warto pomyśleć o ewaluacji opartej na ocenie eksperckiej (podobnej do systemu PKA).

Nie wszyscy pracownicy uczelni powinni publikować. Niektórzy osiągają lepsze efekty w dydaktyce, jeszcze inni znakomicie realizują zadania organizacyjne, a jeszcze inni mają wkład w techniczną i formalną stronę badań. To wszystko składa się na pracę całego zespołu naukowo-dydaktycznego uczelni. Obecny mechanizm ewaluacji skutecznie to eliminuje. Porównując znów do piłki nożnej, czy w drużynie powinni być sami napastnicy? Potrzebujemy również bramkarza, obrońców, pomocników i dobrego trenera.

fot. UJ, UwB

 

Dyskusja (0 komentarzy)