Aktualności
Szkoły wyższe
18 Października
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2023-10-18

Robert Musiałkiewicz: Powinniśmy rozwijać się wspólnie z naszymi regionami

Jesteśmy uczelniami położonymi w mniejszych miejscowościach, będącymi centrami subregionów zrzeszających po kilka powiatów. Z uwagi na wysokie koszty podejmowania studiów w dużych aglomeracjach, spora część młodzieży tam zamieszkującej nie kontynuowałaby nauki, gdyby nie możliwość podjęcia bezpłatnych studiów w naszych uczelniach. Bez tej oferty ich pozycja na rynku pracy byłaby zdecydowanie gorsza, zwiększyłby się stopień migracji do większych miast oraz do pracy za granicą – mówi w wywiadzie dla FA dr Robert Musiałkiewicz, przewodniczący Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych.

Z dr. Robertem Musiałkiewiczem, rektorem Państwowej Akademii Nauk Stosowanych we Włocławku i przewodniczącym KRePUZ, rozmawia Piotr Kieraciński.

Dwadzieścia pięć lat temu powstały pierwsze państwowe wyższe szkoły zawodowe – pod rządami własnej ustawy, z własną komisją akredytacyjną, pierwszą tego typu instytucją państwową. Czy publiczne uczelnie zawodowe po wielu zmianach ustawowych i wynikach ostatniej ewaluacji stanowią jeszcze wyodrębnioną, zintegrowaną grupę, środowisko?

W 1998 roku utworzono dziewięć takich uczelni. Do roku 2009 powstało ich 36. Powstawały przede wszystkim w miastach, które w następstwie reform samorządowych z 1999 r. utraciły status stolic województw. Tworzenie uczelni w miastach bez tradycji akademickich nie było łatwym zadaniem, ale te, które już zaczęły działać, pomagały organizacyjnie tym, które dopiero tworzono. Wydaje mi się, że dziś nadal mamy znakomitą współpracę pomiędzy naszymi ośrodkami, często jest ona uzależniona od położenia geograficznego czy specyfiki danej uczelni, niemniej w naszym środowisku istnieje bardzo duże poczucie wspólnoty – wspólnoty kształcenia zawodowego.

Na własne życzenie straciliście odrębność, proponując wprowadzenie nazwy „akademia nauk stosowanych”. Co was łączy i pozwala się identyfikować w kontekście zmiany nazw na akademia nauk stosowanych (a nawet inne formy „akademii” w nazwie) wśród mnóstwa uczelni niepublicznych?

Przyczyną odejścia od nazwy publiczna uczelnia zawodowa był pejoratywny odbiór słowa „zawodowa”, kojarzącego się z częścią niezbyt cenionej kiedyś ponadpodstawowej oświaty zawodowej. System oświaty również odszedł od tego określenia na rzecz słowa „branżowa”. Nauki stosowane to nauki praktyczne, których zadaniem jest poszukiwanie zastosowania osiągnięć badaczy. Dokładnie to jest fundamentem działalności naszych uczelni. Przyznam, że nie sądziliśmy, że warunki uzyskania statusu akademii nauk stosowanych będą tak niskie, i że – zapewne w związku z tym – tak wiele uczelni niepublicznych je spełni i wystąpi z wnioskami o wyrażanie zgody na zmianę nazwy. Mieliśmy nadzieję na bardziej restrykcyjne kryteria uzyskania statusu akademii nauk stosowanych.

Czy nie żal własnej ustawy i odrębności sektora publicznych uczelni zawodowych, jaką dawała pierwotna regulacja prawna i własny system akredytacji?

Jesteśmy istotną częścią polskiego systemu szkolnictwa wyższego. Zdecydowana większość zasad prawnych regulujących funkcjonowanie uczelni akademickich i zawodowych jest wspólna. W mojej opinii nie byłoby racjonalne tworzenie nowego aktu prawnego, który powtarzałby coś, co jest już uregulowane. Nie prowadzimy więc w ramach Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych dyskusji nad potrzebą posiadania kompleksowych odrębnych regulacji prawnych określających zasady naszego postępowania. Częstym tematem rozmów i analiz jest jednak obecny kształt polskiego systemu akredytacji.

Przedstawiacie zastrzeżenia do akredytacji Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która nie zawsze uwzględnia specyfikę uczelni zawodowych.

W naszej opinii w składzie zespołów PKA oceniających nasze kierunki zawsze powinni być obecni przedstawiciele wyższego szkolnictwa zawodowego. Taka sytuacja miała miejsce podczas funkcjonowania Komisji Akredytacyjnej Wyższego Szkolnictwa Zawodowego (1998–2002). Obecnie powszechną sytuacją jest ocena kierunków o profilu praktycznym przez osoby, które co prawda mają bardzo duże osiągnięcia naukowe, ale nie pracowały dotychczas w sektorze prywatnym i nie mają doświadczenia spoza świata akademickiego. W ich ocenach wykładowca – magister, będący czynnym praktykiem, jest stawiany niżej niż doktor posiadający tylko doświadczenie akademickie. Tymczasem rynek pracy jest bardzo dynamiczny. Zmieniają się narzędzia pracy, technologie, organizacja pracy. Aby dobrze przygotować naszych absolwentów do pracy od razu po ukończeniu studiów, musimy zatrudniać tych, którzy na tym rynku pracy są już obecni – praktyków, nawet bez doświadczenia akademickiego. Oni najlepiej wiedzą, jakie umiejętności praktyczne są oczekiwane od przyszłych pracowników. Dlatego ocena kierunków praktycznych przez pryzmat akademickości budzi wiele zastrzeżeń.

Czy zatrudniani przez uczelnie zawodowe do zadań dydaktycznych przedstawiciele gospodarki dobrze radzą sobie z zadaniami dydaktycznymi?

Zatrudnianie praktyków wpisuje się w naszą misję – kształcenia praktycznego dla otoczenia społeczno-gospodarczego. Na rynku pracy od wieków naturalnym zjawiskiem było i jest kształcenie pracowników w danym podmiocie przez osoby już tam pracujące. Dziś określamy takie kształcenie mianem kształcenia nieformalnego. Prowadzone jest ono przez specjalnie powołane w dużych podmiotach wyodrębniane działy ds. szkoleń, HR lub przez wyspecjalizowane firmy zewnętrzne. Powszechnie przyjmuje się, że nowy pracownik – absolwent uczelni musi się jeszcze przez jakiś czas dokształcać w firmie. Powstaje więc pytanie, czy jako uczelnie nie możemy wprowadzać do programów studiów konkretnych oczekiwań pracodawców dotyczących umiejętności praktycznych. Odpowiedź wydaje się oczywista, ale sprostanie oczekiwaniom pracodawców wymaga zatrudniania osób przez nich rekomendowanych, nawet jeśli nie mają doświadczenia akademickiego, dydaktycznego.

W przypadku naszego profilu kształcenia, w celu efektywnego kształcenia musimy w znacznym stopniu opierać się na tych osobach, które na co dzień wykonują te czynności, które w przyszłości mają wykonywać absolwenci. Takie rozwiązanie zazwyczaj zakłada prowadzenie zajęć przez magistrów, co czasami spotyka się z zarzutami ze strony PKA. Podkreślmy jednak wyraźnie, że w wielu zawodach absolwenci po ukończeniu studiów są dokształcani w wymiarze praktycznym przez magistrów. Takim przykładem mogą być aplikacje prawnicze. Po pięciu latach studiów, gdzie zajęcia prowadzone są przez osoby posiadające stopnie i tytuły naukowe, osoby które chcą wykonywać określony zawód prawniczy muszą odbyć aplikację. Na niej prowadzącymi zajęcia są praktycy, którzy muszą się legitymować doświadczeniem i tytułem zawodowym. Podobnie sytuacja wygląda w izbach budowlanych i innych samorządach zawodowych mających wpływ na kształcenie. Dlatego w odniesieniu do kształcenia praktycznego na poziomie wyższym w uczelniach, których podstawowym zadaniem nie jest prowadzenie badań naukowych, wartość nauczyciela akademickiego z doświadczeniem zawodowym nie powinna być określana wyłącznie przez wymiar osiągnieć naukowych.

Jakie problemy formalne związane są z zatrudnianiem praktyków? Czy nasze przepisy uwzględniają specyfikę pracy takich ludzi w uczelniach?

Zatrudniamy praktyków do prowadzenia ściśle określonych zajęć, często na drobną część etatu dydaktycznego, np. jedną czwartą. W rozumieniu naszej ustawy taka osoba nie jest zatrudniona w podstawowym miejscu pracy, bo nie pracuje na pełen etat. Z kolei prowadzenie kierunku wiąże się z obowiązkiem zatrudnienia większości kadry dydaktycznej w podstawowym miejscu pracy. Ma to szczególne znaczenie przy kierunkach medycznych, na których niemal każde zajęcia prowadzi inny specjalista. Jeśli na danym kierunku jest jedna, dwie grupy, nie ma możliwości zatrudnienia wykładowcy-praktyka w pełnym wymiarze czasu pracy. Formalnie zatem zatrudniamy na część etatu znaczną liczbę osób, które nie są zakwalifikowane jako osoby pracujące w podstawowym miejscu pracy. W rezultacie statystycznie liczba osób zatrudnionych w podstawowym miejscu pracy wynosi np. 60%, choć ci niezakwalifikowani do tej grupy nie pracują w żadnej innej uczelni prócz naszej. Dlatego chcielibyśmy, aby normatywna definicja podstawowego miejsca pracy nie zawierała obowiązku zatrudnienia nauczycieli akademickich w pełnym wymiarze czasu pracy.

Ile uczelni należy dziś do grupy – bo chyba już nie można mówić o sektorze – publicznych uczelni zawodowych?

Dziś w rejestrze POLON figuruje 30 uczelni zakwalifikowanych jako publiczne uczelnie zawodowe. W tym trzy uczelnie posiadają kategorię naukową na poziomie co najmniej B+, ale zdecydowały o pozostaniu w gronie publicznych uczelni zawodowych (Biała Podlaska, Łomża, Tarnów). W ciągu 25 lat od powstania pierwszych PWSZ, trzy z nich połączyły się z innymi uczelniami (Opole, Sandomierz, Sulechów), a trzy, zachowując samodzielność, weszły do grona uczelni akademickich (Gorzów Wielkopolski, Kalisz, Płock). Istnieją przesłanki do stwierdzenia, że w przyszłości liczba publicznych uczelni zawodowych się zwiększy, bowiem od lat środowiska regionalne i lokalne kilku miast zabiegają o ich tworzenie. Niedawno tego typu uczelnia powstała w Grudziądzu. Zatem zmiany zachodzą nie tylko w kierunku uzyskiwania uprawnień akademickich i odchodzenia z grona publicznych uczelni zawodowych, ale także istnieją warunki do tworzenia nowych uczelni tego typu.

Czy te trzy „akademickie zawodówki” przyjmiecie do KRePUZ?

Otrzymaliśmy już od nich wnioski w tej sprawie i wkrótce Zgromadzenie Plenarne naszej konferencji zajmie się tą sprawą.

W swoich miastach i regionach uczelnie zawodowe odgrywają ogromną rolę, zwłaszcza tam, gdzie nie konkurują z uczelniami akademickimi, co się zdarza w kilku przypadkach.

Nie ma miasta, które może prężnie się rozwijać w dłuższym okresie bez uczelni. Nie chciałbym powtarzać truizmów o wymiarze akademickości w sferze ekonomicznej, kulturalnej czy intelektualnej, ale w naszym przypadku mówimy o uczelniach położonych w miastach istotnie zagrożonych procesem depopulacji. Brak możliwości bezpłatnego studiowania w takich miastach skutkowałby co najmniej dwoma zjawiskami: mniejszym stopniem skolaryzacji na poziomie wyższym oraz znacznie zwiększoną migracją młodych osób do dużych ośrodków miejskich. Niebagatelne znaczenie ma nasza misja związana z działaniami na rzecz wspólnot lokalnych. Jesteśmy organizatorami setek wydarzeń kulturalnych, popularnonaukowych i społecznych, w których uczestniczą nie tylko członkowie wspólnot akademickich, ale również społeczność lokalna.

Jak widzi pan dziś zadania i specyficzną misję publicznych uczelni zawodowych?

Nasze priorytetowe zadanie to kształcenie na rzecz lokalnego otoczenia społeczno-gospodarczego. W tym obszarze powinniśmy rozwijać się wspólnie z naszymi regionami, dostosowywać ofertę dydaktyczną do specyfiki potrzeb lokalnego rynku pracy. Chcielibyśmy także istotnie uczestniczyć w kształceniu na V poziomie Polskiej Ramy Kwalifikacji, choć w tym przypadku niezbędne są działania systemowe. Podkreślmy, że jesteśmy uczelniami położonymi w mniejszych miejscowościach, będącymi centrami subregionów zrzeszających po kilka powiatów. Z uwagi na wysokie koszty podejmowania studiów w dużych aglomeracjach, spora część młodzieży tam zamieszkującej nie kontynuowałaby nauki, gdyby nie możliwość podjęcia bezpłatnych studiów w naszych uczelniach. Bez tej oferty ich pozycja na rynku pracy byłaby zdecydowanie gorsza, zwiększyłby się stopień migracji do większych miast oraz do pracy za granicą. Istotne znaczenie ma również oferowana przez nas możliwość dokształcania się przez osoby będące już na rynku pracy – lokalnej administracji samorządowej, nauczycieli i pracowników sektora prywatnego – na szkoleniach, kursach i studiach podyplomowych.

Czy udało się wam stworzyć własną kadrę, czy wciąż jesteście w dużym stopniu zależni od kadr z uczelni akademickich?

Dziś zdecydowana większość kadry naszych uczelni jest zatrudniona u nas w podstawowym miejscu pracy. Przedtem większość pracowników państwowych wyższych szkół zawodowych pracowała w uczelniach akademickich. Już od dawna tak nie jest. Zależność od uczelni akademickich w wymiarze kadrowym nadal istnieje, to one mają prawo do prowadzenia postępowań awansowych, czyli kształcenia kadry naukowo-dydaktycznej. Współpracujemy z uczelniami akademickimi w tym zakresie, m.in. finansując postępowania doktorskie i habilitacyjne naszych pracowników. W ten sposób budujemy własne kompetentne kadry. Często uczelnie zawodowe mają „patronów” w postaci sąsiednich uczelni akademickich, wspierających ich w naukowym rozwoju kadry i we wspólnych przedsięwzięciach naukowych i dydaktycznych. Z drugiej strony nasi absolwenci studiów I stopnia kontynuują kształcenie na studiach II stopnia właśnie w uczelniach akademickich.

Podjęliście skuteczną batalię o możliwość kształcenia nauczycieli. Czy podołacie temu zadaniu bez wsparcia szkół akademickich?

Batalia nie dotyczyła czegoś, co chcielibyśmy robić w przyszłości, lecz tego, co robimy od wielu lat. Od momentu powstania naszych uczelni prowadzone w nich były kierunki nauczycielskie; niektóre publiczne uczelnie zawodowe wręcz wywodziły się z likwidowanych kolegiów nauczycielskich. Reforma szkolnictwa wyższego z 2018 roku ograniczyła nam to prawo. Po prostu chcieliśmy przywrócenia stanu poprzedniego, co w znacznym stopniu się udało. Kształcenie nauczycieli tylko w dużych ośrodkach akademickich mogłoby doprowadzić do znacznego ich deficytu w mniejszych miejscowościach i na terenach wiejskich, a jak istotne jest szkolnictwo podstawowe dla nas wszystkich, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Według Barometru Zawodów 2023 na krajowej liście 27 deficytowych w tym roku zawodów są aż trzy grupy nauczycieli. Obok brakujących od lat nauczycieli przedmiotów zawodowych, są na niej również nauczyciele przedmiotów ogólnokształcących oraz nauczyciele szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych. Należy więc rozważać, jak przeciwdziałać temu zjawisku, a nie dążyć do jego pogłębienia poprzez narzucenie uczelniom zawodowym obowiązku podpisywania porozumień z uczelniami akademickim w zakresie prowadzenia kierunków nauczycielskich. Odstąpienie od tego rozwiązania jest po prostu w interesie państwa.

Uczelnie zawodowe od lat kształcą na kierunkach medycznych: pielęgniarstwie, fizjoterapii i podobnych. W tym roku pojawiła się jednak istotna nowość – kształcenie lekarzy. Niegdyś twierdzono, że nie dacie rady kształcić nauczycieli, a tu – lekarze. Dacie radę, jesteście do tego przygotowani, czy to potrzebne?

Z obecnego grona uczelni zrzeszonych w KRePUZ, Akademie Nauk Stosowanych w Nowym Sączu i Nowym Targu uzyskały uprawnienie do kształcenia lekarzy, przeprowadziły nabory i rozpoczęły zajęcia. W moim przekonaniu tworzenie bardzo wymagającego kierunku lekarskiego przez uczelnie publiczne o znaczeniu regionalnym daje dobrą rękojmię tego, że absolwenci tych kierunków będą odpowiednio wykształceni. Wynika to z faktu zaangażowania w tworzenie tych kierunków nie tylko środowiska akademickiego, ale też tego regionalnego czy subregionalnego – władz miejskich, powiatowych, wojewódzkich, instytucji społecznych i podmiotów leczniczych. Wszystkim tych podmiotom zależy na tym, aby kształcenie na kierunku lekarskim było na odpowiednim poziomie i zakładam, że instytucje samorządowe będą wspierać takie inicjatywy nie tylko w fazie koncepcyjnej, ale przez cały czas ich realizacji. Czy kształcenie lekarzy przez publiczne uczelnie zawodowe jest potrzebne? Na to pytanie powinno odpowiadać nie tylko grono rektorskie danej uczelni, ale też Senat, Rada Uczelni i przede wszystkim otoczenie społeczno-gospodarcze. Jest to bardzo wymagające kształcenie pod względem organizacyjnym i pod względem kosztochłonności. Trzeba odpowiedzialnie ważyć wyzwania oraz korzyści i pamiętać o tym, że równie ważne jest kształcenie w innych zawodach.

Zdawało się, że możecie być awangardą kształcenia dualnego, tymczasem po ostrym wejściu uczelni z Leszna tego typu oferta jest w waszej grupie dość skromna.

W następstwie reformy z 2018 roku i wprowadzenia sześciomiesięcznych praktyk na kierunkach praktycznych, a takie realizujemy, idea kształcenia dualnego nie jest już tak atrakcyjna. Znaczny wymiar praktyk wprowadza istotny wkład potencjalnych pracodawców w przygotowanie zawodowe naszych absolwentów, którzy mają możliwość kształtowania umiejętności studentów zgodnie z ich potrzebami. Przed wprowadzeniem sześciomiesięcznych praktyk w publicznych uczelniach zawodowych prowadzony był pilotażowy program zakładający sfinansowanie kosztów dodatkowych trzech miesięcy praktyk zawodowych, które stanowiły uzupełnienie dotychczasowych obligatoryjnych trzech miesięcy. W projekcie wsparcie otrzymało ponad 7 tysięcy studentów z kilkudziesięciu uczelni realizujących praktyki zawodowe oraz ich opiekunowie. Wypracowano zasady i dokumentację przebiegu praktyk, które zakładają istotne zaangażowanie pracodawców w przygotowanie studentów do wykonywania określonego zawodu. Kilka lat temu przyjęcie praktykanta przez pracodawcę często było traktowane przez niego w kategorii problemu, dziś mamy odwrotną sytuację – studenci chętnie są przyjmowani na praktyki, a pracodawcy świadomie kształtują ich umiejętności i kompetencję. Są sytuacje, w których duże podmioty gospodarcze przyjmują na praktyki zawodowe po kilkudziesięciu studentów, a ich pracownicy są zatrudnieni jako nauczyciele akademiccy. Mamy więc do czynienia ze studiami o profilu praktycznym prowadzonymi z udziałem pracodawcy, choć formalnie nie są one nazywane studiami dualnymi.

O trwałości instytucji decyduje także jej zaplecze, inwestycje. Czy „zawodówki” już zakończyły ten proces?

Proces inwestycji w infrastrukturę dydaktyczną musi być permanentny, tak jak ciągły jest rozwój techniczny i gospodarczy. Jeśli dydaktyka nie będzie za nim nadążała, to i on w dłuższym okresie czasu nie będzie możliwy. W ostatnich latach dzięki środkom z budżetu państwa i funduszom europejskim udało nam się zrealizować sporo inwestycji dydaktycznych, w tym monoprofilowe centra symulacji medycznej, dzięki którym zwiększamy rękojmię bardzo dobrego przygotowania naszych absolwentów do wykonywania zawodów medycznych. Zaplecze dydaktyczne naszych uczelni w wielu obszarach jest na poziomie dobrych europejskich uczelni. Centrum lotnicze w Chełmie, Centrum Symulacji Medycznej w Sanoku, Centrum Nauk Technicznych i Nowoczesnych Technologii we Włocławku, kampusy akademickie w Jarosławiu, Białej Podlaskiej, Skierniewicach i wiele, wiele innych mogą stanowić wizytówkę polskiego szkolnictwa wyższego. Podkreślić należy, że istotnym obszarem naszej działalności jest kształcenie w zawodach medycznych i inżynierskich, czyli bardzo kosztochłonnych i wymagających znacznych nakładów finansowych, nie tylko w zakresie nowych inwestycji, ale też utrzymania obecnej infrastruktury.

Jak wygląda nabór studentów do waszych uczelni? W ostatnich latach liczba studentów spadła do niemal połowy tej, jaką mieliście w szczycie. Czy obecnie nabory rosną czy spadają?

Liczba studentów w naszych uczelniach spada proporcjonalnie do ogólnej liczby studentów w Polsce. Jesteśmy świadomi tego zjawiska, ale nie mamy na nie większego wpływu. Mniejsza liczebność studentów na zajęciach pozwala bardziej skupiać się na jakości. Osobiście wolę obecną sytuację niż tę z lat dziewięćdziesiątych, gdy, powiedzmy sobie szczerze, trudno było uzyskać odpowiednią jakość kształcenia, kiedy na roku na jednym kierunku studiowało kilkaset osób przy ówczesnych brakach lokalowych i dojeżdżającej kadrze.

Jaką widzi pan perspektywę dla publicznych uczelni zawodowych? Będziecie starali się wypracować własną misję i ją zachować czy też kolejne uczelnie będą odchodziły do grona szkół akademickich?

Misją państwowych uczelni zawodowych jest kształcenie praktyczne, uwzględniające potrzeby otoczenia społeczno-gospodarczego. Zgodnie z ustawą, naszym zadaniem nie jest prowadzenie działalności naukowej, świadczenie usług badawczych czy transfer wiedzy i technologii do gospodarki, to domena uczelni akademickich. My na tego typu działania nie otrzymujemy środków budżetowych. Obecnie uczelnia zawodowa może zostać uczelnią akademicką, jeżeli prowadzi działalność naukową i posiada kategorię naukową A+, A albo B+ w co najmniej jednej dyscyplinie naukowej. Nie są to specjalnie wygórowane kryteria, ale po ich spełnieniu dla uczelni priorytetem stają się osiągnięcia związane z ewaluacją jakości działalności naukowej. Dziś duże ośrodki akademickie wskazują na problemy w konkurowaniu pod względem osiągnięć naukowych z renomowanymi uczelniami z USA, Wielkiej Brytanii i Azji. Jak trudno zatem wejść do tego świata uczelniom kształcącym tysiąc, dwa tysiące studentów? Czy priorytetem dla naszych nauczycieli akademickich mają być badania naukowe, czy prowadzenie kształcenia praktycznego?

Każda uczelnia ma autonomię i sama określa własne cele i plany rozwojowe. Sama też powinna odpowiedzieć na pytanie, czy zmiana priorytetów w jej działalności jest korzystna dla jej otoczenia społeczno-gospodarczego. Wydaje mi się, że zdecydowana większość naszego środowiska akademickiego zdaje sobie sprawę, że kształcenie i szkolenie zawodowe jest jednym z najważniejszych wyzwań współczesnego sytemu edukacji. Jest to przecież jeden z celów strategicznych działań Unii Europejskiej, a rynek pracy przede wszystkim wykazuje deficyty w obszarze „zawodowców”. Przed nami szereg wyzwań związanych ze zmianą paradygmatu oczekiwanego systemu edukacji: wprowadzenia mikrouprawnień, internacjonalizacji praktyk zawodowych, nowoczesnych form nauczania zdalnego. Jako uczelnie zawodowe musimy przede wszystkim dbać o formę i jakość dydaktyki, i to jest podstawowe zadanie dla Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Dyskusja (0 komentarzy)