Wokół nauki
12 Marca
Rys. Sławomir Makal
Opublikowano: 2024-03-12

Student recenzentem swojego profesora

Większość uczelnianych decydentów nie dyskutuje z „ankietami”. To odgórny obowiązek i sprawa zamknięta. Ale przecież mamy do czynienia z wyraźnym paradoksem. W ramach ankietyzacji prawo do oceniania zyskują ci, którzy są regularnie oceniani przez ocenianego. Warto ponowić kardynalne pytanie o sens i ideę weryfikowania mistrza przez ucznia. Czy przez tak ustawioną ewaluację nie niszczymy akademickich autorytetów?

Żyjemy w czasach, w których ocenianie wszystkich i wszystkiego stało się normą, a nawet codziennością. Fora internetowe, media i grupy społecznościowe dają możliwość nieograniczonego i nieskrępowanego, a najczęściej również anonimowego komentowania. Coraz rzadziej zastanawiamy się nad tym, czy krytykujący posiada jakiekolwiek kompetencje do formułowania opinii, czy i jakie ma doświadczenie, wiedzę, wykształcenie. Jednocześnie zmieniają się pokolenia, w tym studenckie. To, z którym pracujemy obecnie – pokolenie Z – jest już dobrze rozpoznane i opisane w licznych publikacjach. Wśród wielu stereotypów na temat pokolenia Z pojawiają się i takie, z którymi trudno się nie zgodzić.

Otóż zoomerzy są w pełni scyfryzowani, chętnie dzielą się swoją „wiedzą” w internecie, sieć jest też dla nich najlepszym źródłem informacji, a media społecznościowe środowiskiem, w którym czują się najlepiej. Przedstawiciele pokolenia internetowego są bezpośredni, przedsiębiorczy, otwarci na doświadczenia, mają silną potrzebę zmieniania świata oraz pewność, że mogą to (z)robić. Niestety na ogół są też niecierpliwi, nieco powierzchowni, a zarazem bardzo wymagający i roszczeniowi. Ocenianie i krytykowanie to dla nich swoista specjalizacja, w której szkolą się od najmłodszych lat. Tymczasem zagadnienie konstruktywnej krytyki przyswoili sobie tylko nieliczni zoomerzy, ale nawet oni mają problem z jej stosowaniem w trakcie oceniania innych.

Nowe technologie, a teraz również rewolucyjna sztuczna inteligencja, bardzo szybko zmieniają rzeczywistość, całe nasze otoczenie oraz ludzi, a więc także studentów. Wszystko się ewaluuje, jednakże świat akademicki wciąż sięga po przestarzałe narzędzia – na przykład ankiety studenckie – w przekonaniu, że dostarczą nam pożądanych informacji. Uczelnie w mozolnym tempie, wyraźnie odstającym od rytmu zmian, próbują modyfikować wewnętrzne kwestionariusze. Niestety te wysiłki nie gwarantują oczekiwanych rezultatów. Warto więc postawić pytanie – jaki cel mają z wielu względów kontrowersyjne (nie ma co ukrywać) ankiety studenckie?

Oczywiście ankietyzacja nauczycieli akademickich ma niemałą tradycję. Stała się powszechnym zjawiskiem w sporej części polskich uczelni jeszcze w ostatniej dekadzie minionego stulecia. Zatem taki sposób dodatkowej oceny wykładowców, w tym przypadku przez studentów, funkcjonuje co najmniej od ćwierć wieku. Należy przyznać, że przynajmniej częściowo spełnia swoją rolę i powoduje pożądaną refleksję pośród nauczycieli akademickich. Co z tego, skoro też wciąż trafiają się tacy, którzy grożą studentom, że niskie oceny w ankietach mogą skutkować vendettą podczas zajęć na wyższych semestrach.

Niegdyś, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, ankiety stwarzały możliwość weryfikowania rzetelności w realizacji zajęć dydaktycznych. Tak było chociażby ze względu na ówczesne oczekiwania i wymagania studentów. Wielu z nich – jak w każdym pokoleniu – z zapałem angażowało się w studiowanie (rozumiane jako samodzielne dążenie do wiedzy i jej ciągłego poszerzania), a relacje z wykładowcami były tradycją wyjątkowo cenioną, wręcz niezbędną i pożądaną w tym procesie. Dziś studiowanie motywowane ambicją i chęcią odkrywania zdarza się dużo rzadziej, a priorytetem okazuje się zdobycie dyplomu (oczywiście najlepiej z jak najwyższą oceną). Kiedyś rozstrzyganie problemów badawczych było swoistą ucztą intelektualną dla obu stron akademickich debat: wykładowców (mistrzów) i studentów. Obecnie artificial intelligence oferuje odpowiedź na każde pytanie, więc „po co się angażować”?

W nieodległej przeszłości student nie miał czasu nudzić się na wykładach, bo robienie notatek zajmowało jego umysł, pobudzało wyobraźnię oraz przygotowywało do zrozumienia, zapamiętania i zintegrowania przyswajanych treści. Dziś rozpowszechniana przez wykładowcę prezentacja (często w ankietach pojawia się pytanie: „czy wykładowca udostępnia swoje materiały studentom”) albo zrobienie zdjęcia slajdu minimalizuje i ogranicza korzyści z samodzielnego zapisywania. Z kolei mobilizowanie i podtrzymywanie uwagi studentów staje się syzyfowym utrapieniem dla wykładowców. Nic dziwnego, że w takiej rzeczywistości nauczyciele akademiccy są kuszeni ofertami konferencji i szkoleń podnoszących umiejętność aktywizowania studentów oraz pobudzania ich koncentracji. Bo przecież, jeśli student będzie się nudził na wykładzie albo kiedy nie będzie w stanie skoncentrować się podczas zajęć, bądź uzna, że są „nieinspirujące”, to winę poniesie prowadzący. Nadto student może to wyeksponować w ankiecie ewaluacyjnej.

Mandat do rozliczania innych

Trudno o jednoznaczną odpowiedź czy kadra dydaktyczna uczelni w ogóle powinna być oceniana przez studentów, swoich klientów, a jeśli tak, to w jakiej formie. Czy student, ale także asystent bądź adiunkt, może oceniać profesora? To tak, jakby sportowcy oceniali swojego trenera (co się zdarza, ale wywołuje jednoznacznie negatywne komentarze) albo żołnierze własnego dowódcę (na przykład pod kątem budowania ich morale).

Z drugiej strony ankiety zapewne pomagają wyłapywać przypadki skrajne, patologiczne, przywołują do porządku. Wszak skutecznie dyscyplinują nauczycieli akademickich, którzy z racji obowiązków – chociażby naukowych – mają tendencje do odwoływania czy skracania zajęć. Rzeczywiście niełatwo jest pogodzić dydaktykę z udziałem w konferencjach, postępowaniach awansowych czy różnymi zadaniami organizacyjnymi na rzecz uczelni.

Ale przecież współcześnie dysponujemy technologiami pozwalającymi skutecznie wychwytywać przynajmniej część nieprawidłowości podczas zajęć dydaktycznych. Nie ma potrzeby odwoływać się do uwag studenckich. Nowoczesne systemy elektroniczne na większości uczelni informują o godzinie logowania, pobierania i zdawania kluczy przez pracowników, o czasie pracy. Z kolei covidowe doświadczenia upowszechniły zasadę monitoringu i nadzoru nad zajęciami online.

Ankiety studenckie, pomocniczy element podczas oceny okresowej nauczyciela akademickiego, najczęściej są analizowane przez kierowników katedr, dyrektorów instytutów, dziekanów czy też różne komisje wydziałowe. Jednakże nie wiemy, jak wypadają w oczach studentów przedstawiciele tych gremiów. Czy osoby analizujące ankiety swoich podwładnych są wysoko oceniane przez studentów, a tym samym posiadają mandat do rozliczania innych? Zatem również w tym kontekście ankiety nie wydają się najlepszą metodą pomiaru jakości i efektywności akademickiego kształcenia.

Większość uczelnianych decydentów nie dyskutuje z „ankietami”. To odgórny obowiązek i sprawa zamknięta. Ale przecież mamy do czynienia z wyraźnym paradoksem. W ramach ankietyzacji prawo do oceniania zyskują ci, którzy są regularnie oceniani przez ocenianego. Warto ponowić kardynalne pytanie o sens i ideę weryfikowania mistrza przez ucznia. Czy przez tak ustawioną ewaluację nie niszczymy akademickich autorytetów? Czy nie podważamy zaufania do nich? Ponadto świat akademicki oparty na wielowiekowej tradycji uniwersytetów, ostoi tradycyjnych swobód i wolności, jest – co zrozumiałe – daleki od pełnej demokracji. To nie większość ustala i przegłosowuje zasady kontroli przyswojonej wiedzy, zaliczania kolokwiów, treści pytań egzaminacyjnych.

Dziwne, że pomysł uczniowskich ankiet nie pojawił się na niższych szczeblach edukacji, w szkołach podstawowych i średnich. A przecież maturzyści to osoby formalnie dorosłe, pełnoletnie i dysponujące już sporym uczniowskim doświadczeniem. Zatem dlaczego uczniowie nie otrzymują szansy na ankietowanie swoich nauczycieli i, na przykład, wytykania nieciekawych czy wręcz nudnych lekcji, braku obiektywizmu przy wystawianiu ocen, spóźniania się nauczycieli itp. Może dlatego, że nadzór i kontrola nad procesem dydaktycznym w szkołach podstawowych i średnich odbywa się wyłącznie poprzez dyrektorskie hospitacje i obserwacje (ostatnio ponownie bez konieczności uprzedzania nauczyciela). Co ciekawe, taka forma jest również stosowana na uczelniach. Często jednak rodzą się zastrzeżenia o zbytnią pobłażliwość podczas hospitacji i wyraźnie koleżeńskie, to jest „przesłodzone” oceny. Z drugiej strony również ankiety mogą zakłamywać i, jak wspomniano, nierzadko zakłamują rzeczywistość. Bo jaką ocenę studenci przypiszą wykładowcy, który prowadzi bardzo interesujące zajęcia, ale odbywane jedynie co dwa, trzy spotkania? A jeśli dodatkowo nauczyciel jest taktowny, ma poczucie humoru, nie czepia się studenckich nieobecności oraz wystawia wysokie oceny?

Z tego powodu ankiety budziły, budzą i będą budzić kontrowersje oraz znaczne emocje. Nie ulega wątpliwości, że wymagający, również surowi (co nie zawsze musi iść w parze) nauczyciele akademiccy mają obawy o obiektywizm ze strony studentów. Często zadają pytanie, czy badanie ankietowe nie będzie szansą na studencki rewanż lub nawet swoistą zemstę. Co zrozumiałe, nie sposób ustalić, jak często ankieta bywa nadużywana i wykorzystywana do odegrania się na „trudnym” wykładowcy. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że studencki odwet poprzez ankietę to raczej margines. Ponadto pojedyncze złośliwości i niekiedy niewybredne (bo anonimowe) uwagi nie wpływają na średnią ocenę opartą na całej grupie uczestników ankietowego badania. Przy okazji, jak się ma zasada anonimowości ankiet wobec dążenia do społeczeństwa świadomego, obywatelskiego, przekonanego do swoich racji i potrafiącego odważnie i otwarcie argumentować?

Jak i kiedy robić ankiety?

Kolejna sprawa wiąże się ze studenckim, bardzo mizernym zapałem do wypełniania ankiet. Zwrotność ankiet waha się na poziomie 10–20%. Można przyjąć, że nawet jeśli student miał problemy z wykładowcą i zaliczeniem przedmiotu, rzadko skłania się do wypełniania ankiety. Nie sprawdzają się różne formy zachęty i mobilizacji, także ze strony studenckiego samorządu. Zwrotność ankiet wynika też z naturalnego zmęczenia „respondenta”; kiedy student ma wypełnić kilka ankiet w semestrze, to trudno się dziwić spadkowi jego zainteresowania i zrozumienia. Tym bardziej że do studentów nie trafiają informacje zwrotne odnośnie do konsekwencji ich ocen i uwag.

Następny dylemat wiąże się z terminem przeprowadzania ankiety. Czy robić je w trakcie zajęć w danym semestrze? W takim wypadku trudno liczyć na szczere, odważne odpowiedzi ze strony studentów. Nawet przy zachowaniu anonimowości. Można też przyjąć zasadę ankietowania nauczyciela po zakończeniu przedmiotu, już w trakcie nowego semestru. Tu jednak pojawia się sygnalizowane niebezpieczeństwo studenckiej zemsty, ale też braku zainteresowania ocenianiem prowadzącego z zaliczonego przedmiotu. Rodzi się też inna wątpliwość. Jeśli przedmiot był realizowany w semestrze letnim, to można go zweryfikować poprzez ankietę dopiero po wakacjach, czyli po kilku miesiącach, a taki poślizg czasowy nie wpływa na wiarygodność odpowiedzi. Przecież zdarzają się studenci, którzy na drugim stopniu studiów nie pamiętają nazwiska niedawnego promotora pracy licencjackiej czy inżynierskiej.

Formularze, to kolejny słaby punkt studenckiej ankietyzacji. Otóż wszystkie uczelnie są zobligowane do poddawania nauczycieli akademickich pod ocenę studentów, ale nie wprowadzono ujednoliconych kwestionariuszy. Pewnie niełatwo porównywać trud i zaangażowanie wykładowców na uniwersytetach, politechnikach czy uczelniach artystycznych i wojskowych. Ale chyba warto spróbować. Inaczej bardzo różne uczelniane kwestionariusze ankietowe nie są w żaden sposób porównywalne. A same pytania są bardzo tendencyjne – wskazują, czy nawet sugerują wypaczenia, które stanowią niewielki margines w każdej szkole wyższej.

Najwięcej kontrowersji i uwag krytycznych wywołuje pytanie studentów o sprawy merytoryczne, ocenę treści przekazywanych na zajęciach, ich kompletności, także organizacji wykładów i ćwiczeń, przydatności podczas kolejnych etapów studiowania, a potem w życiu zawodowym, wykorzystanych źródeł i literatury, a nawet sposobu prowadzenia zajęć i metod dydaktycznych. Na przykład czy nauczyciel „przekazuje wiedzę ważną” albo „czy zajęcia wzbogaciły Twoją wiedzę?”. Czy student jest kompetentną osobą do weryfikowania takich spraw? Przecież na obiektywną, wyważoną ocenę w tym zakresie potrzeba co najmniej kilkuletniej perspektywy czasowej, a zatem najwcześniej po zakończeniu całego cyklu studiów.

Również bardziej akceptowalne pytania – w rodzaju, czy wykładowca „dobrze przygotowuje i organizuje zajęcia”, czy „inspiruje studentów do samodzielnego myślenia”, „przekazuje wiadomości jasno i rzeczowo”, „realizuje wyraźnie określony cel zajęć”, „prowadzi zajęcia interesująco” – nie uwzględniają specyfiki zawodu nauczyciela (także akademickiego). Przecież nie ma gwarancji, że ten sam temat zostanie zrealizowany zawsze na pożądanym, wysokim poziomie. Sposób, forma, ale też satysfakcja z prowadzonych zajęć zależą od bardzo wielu zmieniających się czynników, w tym od relacji z ich odbiorcami, czyli studentami. Student nie powinien i nie może ocenić przygotowania wykładowcy do zajęć. Tutaj przypomina mi się ironiczna uwaga jednego z profesorów, że najlepiej nagrywać swoje wykłady, a potem odtwarzać kolejnym rocznikom te najbardziej udane. Dyskusyjnym pytaniem ze studenckich ankiet jest to w rodzaju: „czy prowadzone zajęcia są oryginalne (zawierają treści niepowtarzane na innych zajęciach)?”. Wszak powtórki materiału, oczywiście w odpowiednim ujęciu, mają sens dydaktyczny, utrwalają studencką wiedzę.

Wracając do wzmiankowanego zagadnienia konstruktywnej krytyki, informacje zawarte przez studentów w kwestionariuszach ankietowych miałyby sens, gdyby pozwalały podnieść jakość merytoryczną prowadzonych zajęć. Niestety mało którego studenta stać na konstruktywny feedback zawierający pomysł, nowe rozwiązanie czy propozycję zmiany. Tymczasem często złośliwa, niewnosząca niczego krytyka jest dla wielu nauczycieli akademickich trudna emocjonalnie.

Niebezpieczeństwo nowych wypaczeń

Usługę dydaktyczną potrafi ulepszyć tylko ten, kto jest specjalistą, ekspertem w danej problematyce. Najlepiej, jeśli pracuje równie dobrze albo i lepiej od osoby ocenianej. Brené Brown, wykładowca Uniwersytetu w Houston, sugeruje: „lista osób, które mogą skrytykować twoje działanie, powinna zmieścić się na połowie post-ita” (karteczki samoprzylepnej). Tak więc warto się zastanowić, kogo potrzebujemy do doskonalenia naszej pracy. Kto rzeczywiście może nam pomóc? Czy będzie to student z ostatniej ławki, który w anonimowej ankiecie wpisze, że zajęcia mu się nie podobały? Przeciwdziałając patologiom uczelnianym, ankiety niosą niebezpieczeństwo nowych wypaczeń. Niestety zdarza się, że studenci, którzy wypełniają ankiety i mają dużo uwag do wykładowców i zajęć dydaktycznych, sami rzadko pojawiają się na uczelni (co zresztą przyznają w ankietach).

Wraz z rozwojem wolnego rynku pojawiła się jeszcze jedna kontrowersyjna odsłona tej rzeczywistości. Otóż w szkolnictwie wyższym przyjęto narzędzia służące do pomiaru satysfakcji studenta. Są to narzędzia marketingowe, badające poziom zadowolenia klienta-konsumenta z jakości świadczonych usług. Klientem stał się także student. W gospodarkach opartych na konkurencji podmioty rynku są zobligowane do walki o klienta. Dotyczy to również uczelni, które coraz częściej muszą się bardzo starać, żeby ich klient był usatysfakcjonowany. Można się więc zastanowić, czy zadowolenie studenta badane po każdym semestrze studiów nie stało się ważniejsze niż kompleksowa usługa, którą student otrzymuje w postaci zrealizowanych studiów. W tym aspekcie ankiety ewaluacyjne stają się tylko narzędziem polityki kadrowej.

Studenci cenią sobie możliwość ankietowania swoich wykładowców. Są nawet przekonani, że w rezultacie badań ankietowych nastąpiły pozytywne zmiany u nauczycieli akademickich i w prowadzonych przez nich zajęciach dydaktycznych. Ale czy na lepsze? Czy te zmiany wpłynęły na podniesienie jakości kształcenia, czy były wyłącznie próbą przypodobania się studentom, zyskania przysłowiowego świętego spokoju?

Puentując temat, może warto przeprowadzić ogólnopolską ankietyzację wśród wykładowców i zadać pytanie: „Czy zdarzyło ci się zmienić wymagania/sposób prowadzenia zajęć wskutek nieprzychylnej/negatywnej oceny studentów?” oraz „Czy uważasz, że ta zmiana była korzystna dla procesu edukacyjnego studenta?”. Problem w tym, że nauczyciele akademiccy mogą się stać zakładnikami swoich studentów i dla lepszych ocen w ankietach zrezygnować z wcześniej stosowanych, wartościowych rozwiązań.

prof. dr hab. Grzegorz Ostasz

Katedra Nauk Humanistycznych i Społecznych Politechniki Rzeszowskiej

prorektor do spraw studenckich tej uczelni

Dyskusja (6 komentarzy)
  • ~dyd 02.04.2024 12:10

    Na mojej uczelni pracownicy dydaktyczni moją ocenę pracowniczą na podstawie wyników z ankiet, nie może być niższa niż średnia na wydziale. Można się domyślać, że chcąc spać spokojnie trzeba obniżać wymagania, aby wyniki z ankiet były lepsze od średniej na wydziale. Problem zaczyna się gdy ktoś ma trudny przedmiot i jego ocena pracownicza nie zależy od ankiet studenckich, więc może prowadzić zajęcia na normalnym poziomie.

  • ~Kama 28.03.2024 21:20

    U nas najlepiej oceniani są pracownicy, którzy najmniej wymagają od studentów, pozwalają nie chodzić na zajęcia i część zajęć poświęcają na rozmowy nie związane z zajęciami.
    Dzisiejsi studenci nie potrafią docenić, że nauczyciel przygotowuje się solidnie do zajęć.

  • ~Aw 28.03.2024 09:23

    Ja mam widmo zwolnienia dyscyplinarnego, gdyż studenci, którzy nie zdali egzaminu z przedmiotu, na którym prowadzę laboratorium, wystawili mi ocenę 1.0. Miałem wyjątkowo słabą grupę. Oceny rozłożyły się statystycznie w rozkład normalny (co jest pośrednim dowodem, że oceny wystawiałem obiektywnie), a mimo wszystko dziekanat sugeruje mi odejście z zawodu aby uniknąć dyscyplinarki. Nie dostałem podwyżki 30% przyznanej przez Ministerstwo. Ale ja nie odejdę. Wszyscy wiemy, że może i pracujemy za pieniądze ale nie dla pieniędzy.
    Studenci zarzucają mi zachowanie, którego nie było lub zostało wyolbrzymione. Zarzucanie prowadzącemu laboratorium brak pomocy w wykonaniu ćwiczenia jest absurdem. To student ma wykonać ćwiczenie i jest to oceniane. Ja mogę mu podpowiedzieć, wytłumaczyć, ale nie zrobię go za niego. Zarzuty odnośnie tego, że zdarzało mi się wyjść z zajęć, również są absurdem. Tak, zdarzało się że wychodziłem do toalety, ale zawsze wtedy dzwoniłem po kogoś, aby mnie przez ten czas zastąpił. Zarzut ten jest tym bardziej absurdalny, gdyż studenci wychodzili notorycznie.
    Na mojej uczelni, negatywna ankieta jest niemal pewnym zwolnieniem. Można nie mieć publikacji. Można nie zajmować się działalnością organizacyjną. Ale zdanie studenta jest ostateczne i nie odwołalne.

    • ~Wykładowca 03.04.2024 17:22

      To straszne co Pan pisze. W głowie się nie mieści. Nie rozumiem, jak można nie dać pracownikowi podwyżki. Świadczy to nie najlepiej o zarządzających.

  • ~65456 27.03.2024 18:36

    G.O. ma rację, kiedykolwiek wymagałem od studentów więcej - uzyskiwali niższe oceny, sam dostawałem później niskie oceny w ankietach. Wymagałem mniej - studenci mieli lepsze oceny - moje oceny w ankiecie były znacznie lepsze. Nie chcąc być na dywaniku u przełożonych co semestr jedyne co mogę zrobić to niestety obniżać poziom, obniżać wymagania...to patologiczny system do zmian.

  • ~ZF 22.03.2024 13:31

    Ankiety są pozbawione sens. Studenci nie są w stanie być obiektywni. Zawsze jest to odwet za zbyt niskie, ich zdaniem, oceny. Ponadto, często zdarzają się złośliwe komentarze nie zgodne z prawdą.