Uczelnie na wyspach
Poprzedni Następny

 

Japończycy mają silne poczucie przynależności do grupy 
(zarówno w sensie grupy lokalnej, jak i narodowej). 
Nie chodzi przy tym o wiek, lecz o staż członkostwa 
w danej grupie (studentów, absolwentów uniwersytetu, 
pracowników firmy, członków stowarzyszenia itd.).

Dariusz Stańko

Fot. Arch.

Kampus Uniwersytetu Osaka

Japonia ma wysoki wskaźnik procentowy (w granicach 50-60 proc.) młodzieży studiującej na poziomie uniwersyteckim (zdecydowana większość kończy jednak na poziomie licencjatu). Nie oznacza to jednak, że dostanie się na dobry uniwersytet jest łatwe. Jest to najcięższy egzamin w trakcie całej edukacji i w praktyce można powiedzieć, że przygotowania do zdania tego egzaminu rozpoczynają się już w szkole podstawowej (dobra szkoła daje szansę na dobrą szkołę na kolejnym szczeblu nauki).

OSTRA KONKURENCJA

Poziom i renoma uniwersytetów są zróżnicowane ze względu na status prawny (prywatny, państwowy), miejsce (duża aglomeracja, Honshyu, tereny wiejskie, inne wyspy), historię (rok założenia, tradycje) oraz czesne. Powszechnie uznaje się, iż najlepsze uniwersytety to uczelnie cesarskie. Wśród nich elitę stanowią uniwersytety w Tokio (T?dai) oraz Kioto (Ky?to). Większość spośród członków rządu, wyższych urzędników ministerialnych czy szefów dużych firm, to absolwenci tych właśnie uniwersytetów.

Istnieje kilka dobrych uniwersytetów prywatnych (Waseda, Keio), prawdopodobnie porównywalnych z cesarskimi. Są one jednak drogie. Aczkolwiek, paradoksalnie, gorsze uniwersytety prywatne mogą być jeszcze droższe. Dlaczego? Bo łatwiej jest się tam dostać. Czesne w uniwersytecie państwowym, w przypadku studiów licencjackich lub magisterskich, kształtuje się na poziomie 400-500 tys. jenów rocznie. Uniwersytet prywatny to 800 tys. jenów, a czasem – 1 mln. Studia doktoranckie są równie drogie. W cesarskim Uniwersytecie Osaka, w przypadku studiów doktoranckich, opłata wstępna wynosi 277 tys. jenów, zaś czesne semestralne 234 600 jenów.

W uniwersytetach państwowych można uzyskać zniżkę w opłatach za studia. Kryterium jest dochód rodziców, łącznie nie może on przekraczać ok. 4 mln jenów rocznie. Uzyskanie takiej pomocy jest jednak dość trudne. Egzaminy wstępne na uniwersytety cesarskie są dwustopniowe. Pierwszy jest identyczny dla wszystkich kandydatów w całym kraju. Zdaje się go w miejscu zamieszkania kandydata. Obejmuje: język angielski, matematykę, japoński oraz sprawdzian z nauk przyrodniczych i społecznych (wybór pytań z dziedziny historii, geografii, fizyki, chemii itp.). Pytania egzaminacyjne mają formę testu wielokrotnego wyboru. Testy są przekazywane do jedynego w kraju centrum egzaminacyjnego.

Drugi egzamin kandydat zdaje już bezpośrednio w wybranym uniwersytecie. O przyjęciu decyduje łączna punktacja z pierwszego i drugiego egzaminu. Punktacje te odnosi się do średniego wyniku wszystkich kandydatów. Oczywiste jest więc, że wśród zdających na dobre uniwersytety panuje ostra konkurencja. Jako że wyniki pierwszego egzaminu nie są ujawniane kandydatom, muszą oni samodzielnie ocenić, na którą uczelnię zdawać. Maksymalnie można „obstawić” dwa uniwersytety. Testy różnią się w zależności od wybranego uniwersytetu i kierunku. Na uniwersytet prywatny jest tylko jeden egzamin wstępny – bezpośrednio w danej uczelni.

STOPNIOWANIE TRUDNOŚCI


Parkingi są zapełnione rowerami studentów

W porównaniu ze szkołą podstawową i średnią, studia są w Japonii relatywnie mało obciążające. Moment pomyślnego zdania egzaminu oznacza więc dla Japończyków okres najlepszych 4 lat ich młodości. Ponieważ w uniwersytecie można pozwolić sobie na więcej swobody, wielu młodych Japończyków decyduje się na zabawne eksperymenty z ubiorami czy farbowaniem włosów. Dziewczęta z dużym uporem starają się upodobnić do aktualnie obowiązującego modelu. Podjęcie pracy po studiach powoduje konieczność natychmiastowego wejścia w uniformizm klasy średniej. Wielu cudzoziemców twierdzi, iż system edukacji wyższej w Japonii jest przeciwieństwem amerykańskiego. W USA łatwo się dostać na uniwersytet, natomiast utrzymać się na nim jest znacznie trudniej.

W Japonii praktycznie każdy student pracuje, zazwyczaj w restauracji bądź sklepie. Wydaje się, że gdyby studia były rzeczywiście prowadzone w morderczym japońskim tempie, większość studentów koncentrowałaby się tylko na nauce (z wyjątkiem, oczywiście tych, którzy do pracy są zmuszeni ze względu na sytuację finansową).

Sytuacja się zmienia wraz z przejściem na studia magisterskie lub doktoranckie. Po pierwsze, liczba miejsc jest dość ograniczona. Po drugie, poziom wykładów jest znacznie trudniejszy. Na przykład, studia ekonomiczne na poziomie magisterskim czy doktorskim są „napakowane” matematyką. Porównując system polski z japońskim odnosi się wrażenie, iż w Polsce główny wysiłek skoncentrowany jest na kilku pierwszych latach, podczas gdy później tytuł magistra otrzymuje się niejako „z rozpędu”. Coraz powszechniej wprowadza się jednak u nas studia dwustopniowe, co być może po pewnym czasie spowoduje podniesienie poziomu wykładów na studiach magisterskich.

Budżety uniwersytetów są z reguły bardzo wysokie. Na przykład, w roku finansowym 1996, wydatki uniwersytetu Osaka wyniosły 97 223 mln jenów, co w przeliczeniu na ówczesne dolary równe jest 845,9 mln. To olbrzymia kwota, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że uniwersytety japońskie obejmują wszystkie specjalności, w tym także wydziały techniczne i medyczne oraz posiadają własne szpitale. Szpital Uniwersytetu Osaka jest jednym z najlepszych w kraju i to wyjaśnia w pewnej mierze ogrom budżetu. Biblioteka uniwersytecka jest skomputeryzowana i posiada 2,8 mln woluminów, 15 tys. czasopism krajowych oraz 26 tys. czasopism zagranicznych.

Nie wszystkie uniwersytety w Japonii są tak bogate (Osaka jest trzecim pod względem wielkości miastem w Japonii, a jeśli uwzględni się Jokohamę, jako część aglomeracji tokijskiej – drugim), jednak sytuacja szkolnictwa wyższego w Japonii jest, oczywiście, bez porównania lepsza niż w Polsce.

ŚCISŁA HIERARCHIA

Japoński sposób i warunki nauczania mogą jednak wywoływać sporo emocji, szczególnie wśród cudzoziemców. Powszechną cechą jest „pasywność” nauki – wykładowca przekazuje wiedzę, studenci siedzą i notują. Istnieje naturalnie możliwość zadawania pytań, jednak w praktyce nie jest to bardzo powszechne. Cechą japońską jest tendencja do unikania bezpośredniości oraz przestrzeganie hierarchii. Zadawanie pytań osobie o wyższej pozycji społecznej, jaką jest nauczyciel, bądź publiczne prezentowanie własnego zdania może być kłopotliwe.

Gupa wykładowców uniwersyteckich jest zdominowana przez mężczyzn. Możliwość spotkania kobiety-pracownika naukowego ze stopniem profesorskim jest niewielka. Wśród ponad 600 pracowników naukowych Uniwersytetu Osaka, tylko 15 to kobiety.

Można odnieść wrażenie, że praktyczna użyteczność wiedzy uzyskiwanej przez studentów japońskich jest ograniczona. Dodatkowym elementem, który przyczynia się do tego stanu rzeczy, jest problem kontaktu studentów z nauczycielem. Japońscy profesorowie są bardzo zajęci. Poza tym często zdarza się, że profesor, szczególnie dobrego uniwersytetu, jest osobą mało dostępną dla kogoś z niższą pozycją. W większości przypadków student pozostawiony jest sam sobie z problemami, co sprowadza się do samodzielnego studiowania książek oraz wspólnej pracy na seminariach czy w tzw. laboratorium grupy (kenky?shitsu, dosłownie – „pokój [do prowadzenia] badań”). Istnieją też sale laboratoryjne do prowadzenia eksperymentów.

RYTUAŁ WSPÓLNEJ NAUKI

Kenky?shitsu to centrum życia uniwersyteckiego w tym sensie, że student właśnie tutaj studiuje, tu trzyma swoje książki i ubrania, ma tu swoje biurko i szafkę, a jednym z podstawowych pytań w uniwersytecie jest: Gdzie jest twoje kenky?shitsu? Tutaj studenci spędzają całe dnie. Czy robią to do końca z własnej woli? Niekoniecznie. W Japonii uniwersytet jest miejscem, gdzie student się uczy. W związku z tym, jeśli ktoś nie pojawia się w uniwersytecie, jest automatycznie podejrzany o leserstwo. Zdarzyła mi się podobna historia, kiedy po dwóch tygodniach dość intensywnych przygotowań do egzaminu przyszedłem na uniwersytet. Oficjalnie w tym okresie nie trzeba było pojawiać się w uczelni. Moja nieobecność wywołała jednak u wykładowców podejrzenia, iż nic w tym czasie nie robiłem. Uniwersytet, a w szczególności kenky?shitsu (ewentualnie biblioteka) są miejscami, gdzie student jest zobowiązany przebywać. Prowadzi to często do ciekawego rytuału. Wszyscy siedzą w kenky?shitsu pod okiem profesora i studiują do późnych godzin wieczornych. Jest rzeczą mało prawdopodobną, żeby Japończyk opuścił pomieszczenie przed swoim nauczycielem. Byłoby to źle odebrane. Momentami może się więc tworzyć błędne koło, bo nauczyciel także będzie się czuł nieswojo, jeśli opuści pokój zbyt wcześnie. Oczywiście, istnieje też racjonalne wytłumaczenie, dlaczego kenky?shitsu jest tak „popularnym” miejscem nauki. Po prostu, mieszkania japońskie są bardzo niewielkie, a ściany z reguły mało dźwiękochłonne. Nauka w takich warunkach może się okazać po prostu niemożliwa. Innym czynnikiem, o którym należy też pamiętać, jest niezła infrastruktura kampusu (sklepy, akademiki, biblioteki, kluby studenckie, kantyny z dość umiarkowanymi cenami potraw itd.).

Wykłady z reguły trwają półtorej godziny. Moim zdaniem, jednostka lekcyjna jest zbyt długa. Brak wcześniejszej przerwy wpływa negatywnie na efektywność odbioru informacji. Wykłady są nieobowiązkowe, seminaria z reguły wymagają regularnego uczestnictwa. Popularne są prezentacje dokonywane przez studentów. Referują oni jakiś problem, zazwyczaj na podstawie przeczytanej lektury. O ile metoda ta jest niezłą formą kolektywnego rozwiązywania problemów i/lub zaznajamiania się z dużą liczbą tematów w ograniczonym czasie, o tyle praktyczne sposoby realizacji tego celu mogą wywoływać pewne wątpliwości. Jest to chyba do pewnego stopnia podobny problem, co i w Polsce. Częste błędy wykładowców to czytanie do tablicy, „wczytywanie się” w notatki, brak ogólnego i wzrokowego kontaktu z publicznością. Wymieniając rzeczy negatywne, należy także wspomnieć o zdumiewająco wręcz niskim poziomie znajomości języków obcych wśród studentów, a społeczeństwa w ogóle.

GRUPOWOŚĆ

Jedną z najciekawszych dla mnie cech społeczeństwa japońskiego jest jego „grupowość”, czy też innymi słowy – „wspólnotowość”. Japończycy mają silne poczucie przynależności do grupy (zarówno w sensie grupy lokalnej, jak i narodowej). Słowo sempai oznacza starszego kolegę/koleżankę. Nie chodzi przy tym o wiek, lecz o staż członkostwa w danej grupie (studentów, absolwentów uniwersytetu, pracowników firmy, członków stowarzyszenia itd.). Słowo k?hai oznacza zaś młodszego stażem kolegę/koleżankę. Relacje sempai – k?hai są bardzo silne. Sempai, jako starszy kolega, jest zobowiązany do opieki na młodszym, pomocy w nauce, wsparcia materialnego itp. K?hai może korzystać z tej pomocy, jest jednak zobowiązany do okazywania posłuszeństwa i respektu członkowi grupy z dłuższym stażem. Co ciekawsze, relacja ta nie dotyczy tylko osób, które znają się bezpośrednio. Wystarczy fakt przynależności do tej samej grupy. Tworzy to krąg wzajemnych powiązań i zobowiązań. Otrzymanie przysługi wywołuje u obdarowanego silne poczucie zobowiązania i nakłada obowiązek „odpłacenia się”. Sprzyja to umacnianiu poczucia przynależności do grupy i wzmacnia hierarchizację. Jednym z jej przejawów jest język. K?hai musi zwracać się do starszego kolegi w mowie grzecznej, podczas gdy ten może używać stylu swobodnego (mowy potocznej). W ten sposób, już po kilku minutach obserwacji stylu gramatycznego wypowiedzi członków danej społeczności, można uzyskać informacje co do pozycji społecznej każdego z nich. Naruszenie zasad może spowodować odrzucenie przez grupę, co dla Japończyka jest dotkliwą karą.

Członek grupy może także narazić się na represje, jeśli będzie zbytnio odstawał od grupy. Na przykład, jeśli jego wyniki w nauce są znacznie gorsze niż średnia, może to mieć wpływ na reputację grupy studentów jako całości i wywołać nieprzyjemne reperkusje. To samo zresztą może spotkać kogoś, kto ma znacznie lepsze wyniki. Obowiązuje więc klasyczna zasada „niewychylania się”. Nie można także w praktyce zapisać się na wykłady przeznaczone dla wyższych lat, co uniemożliwia ukończenie studiów przed terminem.

inicjatywy oddolne

Grupowość w uniwersytecie przejawia się także w tworzeniu różnych organizacji. Bardzo popularna jest spółdzielnia studencka (COOP) obejmująca swym zasięgiem wszystkie uniwersytety w kraju. COOP w praktyce jest olbrzymią firmą sprzedającą towary nie tylko w sklepach uniwersyteckich (członkowie-studenci są upoważnieni do zniżki), ale też w swoich supermarketach. COOP oferuje także usługi w zakresie ubezpieczeń oraz turystyki. Środki na działalność są częściowo uzyskiwane od członków w momencie przystąpienia, składki te zwraca się z chwilą ukończenia studiów. Oprócz tego istnieje wiele organizacji studenckich zrzeszających zainteresowanych danym sportem czy aktywnością, stowarzyszenia pomagające studentom zagranicznym, reprezentacje sportowe, orkiestry uniwersyteckie (na doskonałym poziomie) itd. W tym aspekcie życia Japończyków uderzająca dla nas jest liczba tzw. inicjatyw oddolnych czy lokalnych. Jednym z programów bezpośrednio dotyczących studentów zagranicznych jest idea tzw. hosuto famirii, japońskich rodzin opiekujących się osobą z zagranicy.

Kreśląc obraz uniwersytetu japońskiego nie można nie wspomnieć o... rowerach. Jest to w Azji Południowo-Wschodniej jeden z podstawowych środków transportu i bogata Japonia nie stanowi wyjątku. Za używaniem rowerów przemawiają: ich relatywna taniość, klimat, uwarunkowania historyczne i wyjątkowo drogi transport. Na ulicach często widzi się matki z pełnym koszem zakupów na przedzie i dzieckiem w krzesełku z tyłu roweru. W uniwersytetach wydzielone parkingi są dosłownie zapełnione po brzegi rowerami studentów.

Co dzieje się z absolwentami studiów po ukończeniu nauki? Wielkie firmy rekrutują swoich pracowników z najlepszych uniwersytetów. Metodą selekcji jest, oczywiście, egzamin. Kilka-kilkanaście lat temu wejście do firmy oznaczało początek tzw. lifetime employment (zatrudnienia aż do emerytury) i pełną stabilność (a może – monotonię?) życia zawodowego. Dziś Japonia zmienia się także pod tym względem. To już jednak temat na inny artykuł.

Mgr Dariusz Stańko jest asystentem w Katedrze Ubezpieczeń Społecznych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Przebywa na stypendium w Uniwersytecie Osaka.

Uwagi.