Krucha pamięć
Poprzedni Następny

 

Trwałość zapisu magnetycznego szacuje się na kilka do kilkunastu lat. 
Jego degradacja następuje na skutek zachodzenia naturalnych, przypadkowych 
procesów fizycznych w obrębie warstwy magnetycznej.

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan 

Człowiek żyje tak długo, jak długo ludzie o nim pamiętają. Konsekwencje takiego przekonania można podziwiać do dziś pośród piasków pustyni w Gizie nad Nilem. Jak twierdzą archeolodzy i historycy, zapisy hieroglificzne na ścianach piramid, grobowców i świątyń starożytnego Egiptu miały na celu podtrzymanie pamięci o władcach, by mogli żyć po zakończeniu ziemskiej wędrówki. Czyż można więc kwestionować sens budowania wielkich piramid lub innych wspaniałych grobowców? Przecież to dzięki nim ludzie do dziś pamiętają i powtarzają imiona Cheopsa i Tutenchamona.

Od czasu wynalezienia pisma powstało coś, co można nazwać długotrwałą pamięcią społeczną. Choć może takowa istniała i wcześniej w postaci przekazów ustnych, powtarzanych z pokolenia na pokolenie. Niemniej pismo utrwaliło pamięć o społecznościach, które wicher historii zmiótł z powierzchni Ziemi. Odczytanie starożytnego pisma otwiera ogromne zasoby pamięci rodzaju ludzkiego, dotyczące dziejów tego czy innego ludu. Tak było w przypadku egipskich hieroglifów, kreteńskiego pisma linearnego B czy sumeryjskiego pisma klinowego.

Już w czasach starożytnych przywiązywano wagę do gromadzenia archiwaliów, zapisywania w mniej lub bardziej trwały sposób informacji o ludziach i wydarzeniach, także o ideach, poglądach, marzeniach. Zgromadzona w archiwach zbiorowa pamięć okazywała się potrzebna i przydatna. W dzisiejszych czasach biblioteki i archiwa są jednymi z najważniejszych instytucji społecznych. Stąd troska o zachowanie i ochronę przekazów historycznych w rozmaitej postaci. Stąd pietyzm, jakim otacza się pamiątki po wybitnych ludziach. Stąd odruch, dość chyba powszechny, gromadzenia rozmaitych papierów i fotografii, do pisywania dzienników albo pamiętników. 
Kwasy historii

Większość świadectw przeszłości przemawia do nas za pośrednictwem pisma utrwalonego na rozmaitym tworzywie. Historia cywilizacji pokazuje, że do pisania można stosować niemal każdy materiał: kamień, glinę, papirus, korę drzew, skórę, wreszcie papier. Ten ostatni, dzięki łatwości i niskim kosztom produkcji, zrobił oszałamiającą karierę. Od paru wieków „zapisać coś” znaczy zapisać na papierze. O wiele mniej trwały od kamienia czy choćby pergaminu, okazał się znakomitym nośnikiem przekazu pamięci społecznej i indywidualnej.

Jednak od jakiegoś czasu zaczyna być głośno o zagrożeniach archiwaliów i książek. Niebezpieczeństwo ma związek ze zmianą technologii produkcji papieru, jaka miała miejsce mniej więcej półtora wieku temu. Od tamtego czasu do chwili obecnej w zakładach papierniczych stosuje się substancje kwaśne, czego skutkiem jest fizyczna degradacja papieru po około stu latach od wyprodukowania. Dostrzec to może każdy, kto weźmie w ręce książkę lub gazetę sprzed wieku. Kartki kruszą się i rozpadają pod palcami mimo najdelikatniejszego traktowania. Skala zagrożenia jest duża.

Przypomina się trochę sytuacja opisana w jednym z utworów Stanisława Lema. Ziemię zaatakował wirus rozkładający papier. Wskutek jego działania na oczach przerażonej ludzkości zaczęła zanikać zbiorowa pamięć i większa część duchowego dorobku. Niektórzy zaczęli przekuwać najważniejsze treści w kamień, lecz była to walka z góry skazana na niepowodzenie.

Na szczęście zagrożenie wynikające z kwasowości papieru nie działa aż tak gwałtownie. Poza tym znane są w zasadzie technologie odkwaszania. Problemem jest więc nie zasadnicza bezsilność w obliczu niebezpieczeństwa, lecz jego skala i związana z tym konieczność poniesienia dużych nakładów finansowych. W naszym kraju problemem zajęto się na szczeblu rządowym. W listopadzie Rada Ministrów przyjęła na lata 2000-2008 program ratowania w skali masowej zagrożonych polskich zasobów archiwalnych i bibliotecznych. Przewidziano w nim zarówno działania zapobiegawcze (produkcja trwałego papieru, wstrzymanie dalszego dopływu do zasobów materiałów drukowanych na kwaśnym papierze), jak i ratunkowe. Jednak środki, jakie budżet państwa może na ten cel przeznaczyć, wystarczą na odkwaszenie około jednej szóstej zagrożonych zbiorów.

Mamy więc kłopot ze spuścizną poprzednich pokoleń, którym nie chciało się ryć wszystkiego w kamieniu, lecz poszły na łatwiznę i zapisywały piórem lub prasą drukarską karty nietrwałego, kwaśnego papieru. Okazuje się jednak, że i my też, entuzjazmując się rewolucją cywilizacyjną ostatnich lat, stwarzamy problemy naszym potomnym. Chodzi tu oczywiście o rewolucję cyfrową, o masowe stosowanie digitalnego zapisu wszystkiego.

ZEROJEDYNKOWOŚĆ

Co pozostanie po nas, którzy wkroczyliśmy w erę zapisu cyfrowego? Skąd czerpać będą wiedzę o świecie schyłku drugiego tysiąclecia po Chrystusie potomni za lat kilkaset? Oto pytania, które warto zadać sobie już dziś, gdy nowe, elektroniczne metody gromadzenia i zapisu informacji współistnieją jeszcze z bardziej tradycyjnymi. A stawiają takie pytania ci, co dostrzegają w nowych technologiach pewne niebezpieczeństwa. Warto je sobie uświadomić, gdy przez świat przetacza się fala entuzjazmu wywołanego zachwytem nad nowymi możliwościami rodzaju ludzkiego.

Jaka jest istota dokumentu cyfrowego? Ogólnie biorąc to treść – w oryginale mająca postać tekstu pisanego, dźwięku lub obrazu – zamieniona na ciąg symbolicznych zer i jedynek, wedle określonego schematu. Schemat ów pozwala odtworzyć pierwotny „wygląd” treści, przynajmniej do pewnego stopnia. Najważniejszym elementem digitalizacji jest właśnie owo „tłumaczenie” z postaci czytelnej dla człowieka na kod binarny, do odczytania którego potrzebne są specjalne narzędzia, zwane programami.

Dokumenty cyfrowe zapisywane są dziś najczęściej na nośnikach magnetycznych lub optycznych. Tak czy owak, zapis i odczyt są prowadzone metodami wykorzystującymi pewne zjawiska elektromagnetyczne. Z nośnikami tymi problem jest podobny, jak z kwaśnym papierem. Nawet bardziej palący. Trwałość zapisu magnetycznego szacuje się na kilka do kilkunastu lat. Jego degradacja następuje na skutek zachodzenia naturalnych, przypadkowych procesów fizycznych w obrębie warstwy magnetycznej. Stosując metody redundancji zapisu można tę trwałość przedłużyć, jednak nie bardzo ma to sens wobec najważniejszego zagrożenia, jakim jest destruktywny wpływ zewnętrznych pól magnetycznych, którymi nasycone jest cywilizacyjne otoczenie człowieka. Nośniki optyczne, jak płyty CD czy DVD, również mają ograniczoną trwałość zapisu. Ocenia się ją na ok. 30 lat. Oczywiście, laboratoria na całym świecie wciąż pracują nad coraz doskonalszymi i trwalszymi formami zapisu informacji cyfrowej, więc pewnie w niedługim czasie pojawi się nośnik „trwalszy od spiżu”. Jednak nie będzie to oznaczało końca kłopotów. Główny problem z digitalizacją zapisu cywilizacyjnej, kulturowej pamięci ludzkości, tkwi w jego opisanej wyżej, technologicznie uwarunkowanej naturze.

CYFROWA ULOTNOŚĆ

Kiedy przypominam sobie pierwsze kontakty z techniką komputerową, staje mi przed oczami niewielkie, płaskie pudełko z „namalowanymi” na górnej powierzchni klawiszami. Przedmiot ten, połączony kablami z telewizorem i magnetofonem, określany był mianem mikrokomputera ZX81. Dla dzisiejszych nastolatków, narzekających na przestarzałość peceta z procesorem pentium 150 MHz i 32 MB RAM, tamta maszynka jawi się jako coś równie odległego od współczesności, jak gliniane tabliczki Sumerów czy brązowe miecze Egipcjan. Dla mnie zaś było to rewelacyjne narzędzie. Czas zaoszczędzony dzięki wykorzystaniu go do rutynowych obliczeń mogłem przeznaczyć na twórczość naukową sensu stricto.

Ale gdybym dziś postanowił odtworzyć napisane wtedy i zachowane na taśmie magnetycznej programy, miałbym spore trudności. Pomijając nawet fakt, że taśma w kasecie prawdopodobnie nie nadawałaby się już do odczytania (z moich starych, szpulowych taśm audio warstwa magnetyczna odchodziła w niebyt w postaci subtelnego, brązowego pyłu), niełatwo byłoby znaleźć system, który by umiał odczytać i przełożyć cyfrowy sygnał magnetyczny na czytelne znaki. A przecież zapis ten ma niewiele ponad dekadę. 

Ekstrapolujmy tę sytuację w czasie. Wyobraźmy sobie nieskromnie żyjącego za sto lat człowieka, który zbierając materiał do biografii niżej podpisanego natrafia na dyskietkę z adnotacją, że zawiera niniejszy tekst. Czy będzie w stanie go odczytać? Nawet jeśli dane nie ulegną fizycznemu rozpadowi, najprawdopodobniej będzie się musiał sporo natrudzić, by przetworzyć cyfrowy zapis w formacie edytora tekstu na zwykły, czytelny tekst w języku polskim z końca XX wieku. A jeśli dyskietka nie będzie opisana (bo, niestety, nie mam zwyczaju trwałego opisywania dyskietek), pewnie w ogóle mu się nie przyda. Nawet nie będzie mógł się dowiedzieć, czy zawiera jakikolwiek interesujący go zapis (być może jednak uniknie tego problemu, bo w bibliotece znajdzie niniejszy, pożółkły numer „Forum Akademickiego”, a w nim ten tekst). Niebywałe tempo zmian technologicznych związanych z digitalizacją gromadzenia, przetwarzania i wymiany informacji stwarza więc na przyszłość całkiem realne przeszkody w korzystaniu z dorobku poprzednich lat.

Kolejny problem wiąże się ze wspominaną już niejednokrotnie na tych łamach ulotnością treści, istniejącej w świecie wirtualnym w postaci cyfrowej. Internet wprowadził radykalne zmiany w tempie obiegu wszelkiego rodzaju informacji. „Ludzie listy piszą”, codziennie przepływają przez Internet miliony e-maili, miliony serwerów WWW „wystawiają” jakieś treści na widok publiczny w sieci. Jedną z charakterystycznych cech cyberkosmosu jest nieustanna płynność i zmienność. Wyobraźmy sobie, że surfując po Internecie znaleźliśmy jakieś interesujące strony. Zapisujemy ich adresy na liście internetowych „zakładek”, ale nie możemy mieć żadnej pewności, że gdy spróbujemy tam wrócić, znajdziemy to samo. Autor mógł z dnia na dzień zmienić zawartość albo usunąć ją z serwera. Serwer mógł zniknąć z sieci z powodu awarii, odłączenia jakiegoś kabla lub wykasowania zawartości dysków przez złośliwego wirusa. Może się zdarzyć mnóstwo różnych wypadków. Czy więc należy zapisywać wszystkie interesujące strony na własnym dysku? To nieco lepsze rozwiązanie, ale też nie w pełni zapobiegające immanentnej tymczasowości zasobów WWW. Jeśli bowiem na stronie są jakieś odnośniki do innych stron, dla pewności powinniśmy i tamte zapisać lokalnie. A jeśli i tamte zawierają linki? Hipertekst w skali całej globalnej sieci jest powiązany nieskończoną siatką zależności. A jeśli jakaś instytucja zechce archiwizować treści publikowane w Internecie, tak jak robi to na przykład Biblioteka Narodowa w odniesieniu do wydawnictw tradycyjnych? Sprawa wydaje się beznadziejna.

Należy więc z dystansem traktować cyfrowych rewolucjonistów z ich hasłami „cyfrowe jest lepsze” czy „tylko digitalne ma przyszłość”. Całkowita wirtualizacja wymiany i archiwizacji wszelkiej informacji może bowiem doprowadzić do cyfrowej choroby Alzheimera – do utraty społecznej, kulturowej pamięci.

pawel_misiak@wroclaw.home.pl 

Uwagi.