Badacz, menedżer i dyplomata
Poprzedni Następny

 

Stworzenie możliwości rozwoju polskiej astronomii wiąże się z otwarciem jej 
na zewnątrz. Najbardziej interesująca wydawała się koncepcja 
budowy 10-metrowego teleskopu w RPA.

Rozmowa z prof. Aleksandrem Wolszczanem, astronomem, 
odkrywcą planet

 

Prof. dr hab. Aleksander Wolszczan (ur. 1946), astronom, wybitny specjalista w dziedzinie badania pulsarów. Ukończył studia astronomiczne w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu w 1969, prowadził tam pierwsze badania. Doktorat z nauk ścisłych w 1975. W latach 1974-79 asystent, później adiunkt w UMK, 1979-82 w Centrum Astronomicznym PAN im. M. Kopernika w Toruniu, w 1982-83 w Instytucie Maxa Plancka w Bonn. Od 1982 związany z ośrodkami amerykańskimi: Uniwersytetem w Cornell, zawiadującym największym w świecie 300-metrowym radioteleskopem w Arecibo w Porto Rico i z Uniwersytetem w Princeton. Jako pierwszy odkrył inny układ planetarny wokół pulsara. Od 1992 profesor w Uniwersytecie Stanowym w Pensylwanii. Członek wielu towarzystw naukowych, m.in. American Astronomical Society, American Association for the Advancement of Science, International Union of Radio Science, International Astronomical Union, członek korespondent Polskiej Akademii Nauk. Laureat m.in. Nagrody Młodych Polskiego Towarzystwa Astronomicznego (1976), Nagrody Fundacji Nauki Polskiej (1992), Nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego (1993), Grand Award of Popular Science Magazine (1994).

Już jako student astronomii w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu był Pan stażystą. Czy to był początek Pana kariery naukowej? 
– Rzeczywiście, w 1968 r., na V roku studiów, zostałem stażystą w Zakładzie Radioastronomii UMK. Później wspinałem się po normalnej, ustawowej drabince – od asystentury począwszy. Toruńscy astronomowie byli wtedy w trakcie projektowania jednego z największych europejskich radioteleskopów, wykorzystujących technikę syntetyzującą pewną liczbę małych teleskopów w jeden większy. Ten instrument miał być lepszy niż wszystkie inne w Europie – takie były ambicje. Na ten temat pisałem „magisterkę”. Jednak radioteleskop nie powstał i z dzisiejszej perspektywy jest dla mnie oczywiste, że byliśmy wielkimi marzycielami. Pomysł był doskonały i bardzo ambitny, ale przy ówczesnej technologii i pieniądzach nie do zrealizowania. Nadzieja na pozyskanie funduszy wiązała się, o ile pamiętam, z obchodami 500. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika. Został z tego budynek dla radioastronomii oraz malutka, 15-metrowa antena.

– To znaczy, że bakcyla radioastronomii złapał Pan już podczas studiów?
– Tak, a dokładnie podczas poszukiwania tematu pracy magisterskiej.

– A jakie znaczenie w dalszej Pana karierze odegrały staże w Instytucie Maxa Plancka w Bonn?
– Ogromne. To było moje pierwsze zetknięcie z prawdziwą radioastronomią, z największym w pełni sterowalnym radioteleskopem na świecie, z wielkimi komputerami, z tematyką badawczą na wysokim poziomie. W tamtych czasach Instytut był międzynarodowy – połowę pracowników naukowych stanowili Niemcy, a drugą połowę koledzy z całego świata. Teraz już tak nie jest. Wpadłem w środowisko najrozmaitszych ludzi, poglądów, typów uprawiania nauki, instrumentów. Znalazłem się w samym środku czegoś, w czym jak najwcześniej powinien znaleźć się każdy młody człowiek rozpoczynający karierę naukową.

– Ale przecież w latach 70. nie każdy młody astronom miał taką szansę. W jaki sposób udało się Panu tam wyjechać?
– To był splot szczęśliwych przypadków. Po pierwsze, sprawa rozgrywała się tuż po roku 70., kiedy Polska otworzyła się i można było wyjeżdżać dużo łatwiej niż wcześniej. Po drugie, prof. Ryszard Wielebiński, dyrektor Instytutu Maxa Plancka w Bonn i późniejszy doktor honoris causa UMK, będąc przy jakiejś okazji w Warszawie poszukiwał młodej osoby, która chciałaby robić doktorat z radioastronomii i w którą warto byłoby zainwestować. Jego serdeczny przyjaciel Jan Hanasz wskazał mnie. No i od słowa do słowa stanęło na tym, że do Bonn pojadę jeszcze przed doktoratem. Mogłem więc zaczynać tam zupełnie od zera, szukać tematu na doktorat i pracować nad nim bez żadnych obciążeń, bez nabytego wcześniej stylu pracy. To była dla mnie okoliczność bardzo szczęśliwa.

– Jak długo Pan tam przebywał?
– Między rokiem 1973 a 1982, kiedy wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, spędziłem tam ok. 3 lat. Były to dwa długoterminowe pobyty i szereg krótkoterminowych. Po prostu radioteleskop w Bonn stał się moim narzędziem pracy, co w tamtych czasach nie było takie proste, jak dzisiaj. Problemem był już sam przewóz przez granicę danych obserwacyjnych na taśmach magnetycznych. Zazwyczaj je szmuglowałem, bo oficjalne załatwianie wszystkich formalności trwało bardzo długo i mogło być niebezpieczne – oddawanie taśm do sprawdzania zawsze grozi ich uszkodzeniem.

– A więc doktorat obronił Pan w Toruniu na podstawie badań prowadzonych na bońskiej antenie?
– Tak. Wtedy właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z tematyką pulsarów. Pierwsze pulsary odkryto w 1968 r., a więc temat był zupełnie świeży. Sama fizyka pulsarów była bardzo interesująca, w dużej mierze wtedy jeszcze nieznana. Możliwość udziału w badaniach nad czymś nowym, fascynującym i egzotycznym, to kolejna korzyść wyniesiona z Instytutu Maxa Plancka.

– Czy to właśnie dzięki kontaktom nawiązanym w Bonn zaoferowano Panu pracę w Ameryce?
– Miałem kilka propozycji pracy w Stanach Zjednoczonych. Wybrałem tę, która wyglądała na najbardziej interesującą. Postanowiłem związać się z Uniwersytetem Cornell, ale nie na kontynencie, tylko w jego placówce portorykańskiej, bo tam stoi radioteleskop. Z boku decyzja ta wyglądała nie do końca racjonalnie, ale okazała się trafiona. W Bonn nauczyłem się, jak ważne jest przebywanie obok wielkiego instrumentu, dobre rozumienie jego działania i obcowanie z obserwacjami od samego początku. Możliwość pracy przy jeszcze większym instrumencie miała dla mnie olbrzymie znaczenie.

– Czy miał Pan do niego pełny dostęp?
– Miałem większy dostęp niż użytkownicy z zewnątrz właśnie dlatego, że byłem na miejscu. Wielkie teleskopy funkcjonują na zasadzie swoistego „rozkładu jazdy”. Zainteresowani piszą wnioski, następnie są one recenzowane i dopiero potem przydziela się czas. Procedura jest dosyć męcząca. Osoba pracująca na miejscu ma możliwość wykorzystania każdej dziury w grafiku na dodatkowe obserwacje i może realizować swoje najbardziej wariackie tematy badawcze.

– Czy to prawda, że odkrycia planet dokonał Pan wykorzystując taką właśnie lukę?
– Tego rodzaju sytuacje stwarzają po prostu większy, łatwiejszy i mniej kontrolowany dostęp. Trzeba pamiętać o tym, że system składania wniosków o przydział czasu obserwacyjnego jest oczywiście konieczny, ale długo trwa i jest, z natury rzeczy, nieco konserwatywny, tzn. trudno przepchnąć przez niego pomysły niestandardowe, bo budzą ostrożność i rezerwę ze strony recenzentów. W efekcie, czasu obserwacyjnego można nie otrzymać wcale albo dostaje się go mniej. Ponieważ ten system jest głównym narzędziem weryfikacji pomysłów, istnieje spora szansa, że człowiek się napracuje nad wnioskiem i nic z tego nie będzie miał. Natomiast, gdy się rezyduje na miejscu, można pracować bez większej kontroli. Oczywiście, wymaga to pewnej moralnej dyscypliny, bo przecież będąc tam, ma się orientację w tym, co robią inni, zewnętrzni obserwatorzy. Trzeba więc pilnować się, aby nikomu nie wchodzić na jego poletko i nie robić nielegalnie obserwacji czegoś, na co ktoś dostał oficjalnie czas. Ale ja nie miałem nigdy tego rodzaju konfliktów, na ogół udawało mi się dojść do porozumienia i tworzyć grupy do rozwiązywania rozmaitych problemów naukowych. Właściwie większość moich prac badawczych, których wyniki uważam za interesujące, zrobiłem w ten właśnie sposób.

– Badał Pan pulsary. Czy ta tematyka mogła wtedy spotkać się z rezerwą u osób decydujących o przydziale czasu antenowego?
– Same pulsary nie, bo nie była to już wówczas żadna rewelacja, ale chodziło o klasę pulsarów, tzw. milisekundowych, które odkryto dopiero w 1982 r. i znano ich wtedy tylko cztery. One właśnie mają właściwość doskonałych zegarów o olbrzymiej precyzji, co można wykorzystywać w różnego rodzaju badaniach. Do dzisiaj są to dość egzotyczne obiekty badań, których warto szukać, choć jest to ryzykowne, bo można nic nie znaleźć – ich gęstość na niebie jest stosunkowo mała. Chciałem dowiedzieć się, czy można je znaleźć wszędzie, czy tylko w określonych miejscach w galaktyce. To wymagało długich obserwacji, co powodowało, iż szansa dostania odpowiedniego przydziału czasu była bardzo mała. Wniosku w ogóle nie złożyłem, ale wykorzystałem trzytygodniowy okres, kiedy radioteleskop był w dużym stopniu unieruchomiony, choć w dalszym ciągu świetnie nadawał się do prowadzenia obserwacji. O tym, co chcę zrobić poinformowałem tylko mojego szefa. Koledzy też wpadli na podobny pomysł, ale ja byłem pierwszy i uparłem się, że zrobię to sam.

– Od momentu odkrycia planet do jego ogłoszenia w 1992 r. minęły 2 lata. Co się działo w tym czasie? Dlaczego czekał Pan tak długo?
– Dlatego, że przy analizie obserwacji trzeba wyeliminować rozmaite efekty uboczne, np. co najmniej rok trzeba czekać, aby stwierdzić ewentualny błąd pomiaru położenia pulsara na niebie. Dwie z odkrytych planet okrążają pulsara w ciągu 66 i 98 dni, a im więcej takich okresów się zaobserwuje, tym pewniejsza jest detekcja tych planet, mniejszy błąd pomiaru. Trzeba dodać, że była to przecież pierwsza tego rodzaju obserwacja, więc sporo czasu zajęło mi także przekonanie samego siebie, że są to planety. Początkowo myślałem, że to tylko efekty związane z samą gwiazdą neutronową, z jej stabilnością. Wówczas nie zaobserwowano jeszcze zbyt wiele pulsarów milisekundowych, mój był dopiero piąty, więc brakowało statystyki, która pomogłaby stwierdzić, czy to jest normalne zachowanie się takiego obiektu. Zdawałem sobie sprawę, że muszę stosować samodyscyplinę, bo za pośpiech czasami słono trzeba płacić. Poza tym strategia poszukiwania pulsarów na niebie nie jest taka prosta. Teleskop zobaczył pulsara w lutym 1990 r., ale ja dotarłem do niego dopiero w czerwcu. To nie jest tak, że siada się przy teleskopie, naciska guzik i już. Najpierw trzeba było przekonać szefa do zakupu setek specjalnych taśm magnetycznych do zapisu obserwacji, potem je przetransportować z Porto Rico do Cornell University, skatalogować, poddać obróbce superkomputerowej, zanalizować, a to wszystko długo trwa. Wtedy jeszcze nie było Internetu, więc przekazywanie wyników pochłaniało więcej czasu. Trzeba być badaczem, menedżerem i dyplomatą jednocześnie.

– Czy po ogłoszeniu odkrycia Pana kariera zaczęła rozwijać się sama, czy też musiał Pan podjąć wysiłek zabiegania o to, żeby o sukcesie nie zapomniano?
– W Ameryce sukces zobowiązuje. Musiałem dalej pracować i produkować wyniki, aby udowodnić wszystkim i samemu sobie, że to nie był jednorazowy wyskok bez konsekwencji. Na szczęście już przedtem miałem dość solidną reputację człowieka, któremu udaje się odkrywać różne dziwne rzeczy, nie byłem kimś nieznanym w środowisku. W latach 1986-90 szło mi naprawdę bardzo dobrze, miałem serię udanych odkryć, których kulminacją był układ planetarny wokół pulsara. Długo na to wszystko pracowałem. Obecnie prowadzenie normalnej działalności badawczej przy tylu obowiązkach staje się dla mnie coraz trudniejsze. Jednak nie mogę pozwolić sobie na odmowę członkostwa w rozmaitych komitetach i komisjach. Po pierwsze, jest to ważna działalność na rzecz środowiska astronomicznego, po drugie, stagnacja w szeroko pojętej aktywności zawodowej odczytana byłaby jako słabość i cofanie się. Poza tym niektóre przedsięwzięcia są po prostu ciekawe, choć czasami frustrujące.

– Czyżby rewelacyjne odkrycie komplikowało życie badacza?
– Po odkryciu robi się zdecydowanie gorzej. Chyba że wygra się przy okazji duże miliony, wtedy można żyć z konta i mieć wszystko w nosie. Ale w normalnych warunkach życie po takim sukcesie staje się trudniejsze, nie ma chwili spokoju. Nie żałuję ani jednej chwili takiego życia, ale to wszystko ma swoją cenę.

– Nie pracuje Pan już w Cornell University, ale z teleskopu w Porto Rico nadal Pan korzysta. Czy prowadzenie obserwacji wymaga dzisiaj Pana obecności przy antenie, czy też wystarczy łączność internetowa?
– Obserwacje przez Internet to jednak nie to samo. Należę do tych eksperymentalistów, którzy wierzą, że od początku do końca trzeba być obecnym przy procesie obserwacyjnym, bo wtedy najpełniej można jego wyniki wykorzystać. Z Porto Rico wyjechałem po 8 latach i po dokonaniu kilku interesujących odkryć, ponieważ uznałem, że dalej się już tam nie rozwinę. Po 4 latach uczenia się teleskopu następne 4 przyniosły mi serię dobrych obserwacji, z planetami na czele. Przeniosłem się w środowisko uniwersyteckie, bo chciałem robić coś więcej, nie tylko być takim telescope animal, który żyje w rzece danych obserwacyjnych. To jest dobre i doprawdy ekscytujące, ale w pewnym sensie zawęża horyzonty.

– Amerykańskim full profesorem został Pan w momencie rozpoczęcia pracy w Penn State University. Jak wyglądała droga do tytułu profesora w Polsce?
– Tutaj byłem pod „delikatnym” i – w świetle polskich przepisów – zrozumiałym naciskiem, aby rozpoczęty w 1980 r. proces habilitacji zakończyć, a także uzyskać profesurę tytularną. Żadnych zasadniczych niewygód z powodu braku habilitacji nie odczuwałem i, prawdę mówiąc, w ogóle nie zaprzątałem sobie tą sprawą głowy. Uważam, że należałoby zlikwidować habilitację przy równoczesnym znacznym podniesieniu poziomu i znaczenia doktoratu. Profesura tytularna to dobry pomysł, który przy odpowiedniej realizacji podnosi prestiż zawodu uczonego.

– Zdecydował się Pan na powrót do Torunia na swój macierzysty uniwersytet, najpierw jako wykładowca, potem jako dyrektor Centrum Astronomii UMK. Czy ma to jakieś znaczenie dla Pana kariery w Ameryce, czy taka funkcja sprawowana w Polsce tam się liczy? A może to Amerykanów w ogóle nie interesuje?
– I tak, i nie. Z amerykańskiego punktu widzenia jest to działka uboczna, ale dyrektorowanie jednostką astronomiczną wpisuje mi się zdecydowanie w rubryce „ma”, a nie „winien”, a mojej firmie, Uniwersytetowi Stanowemu w Pensylwanii, stwarza jeszcze jedną okazję do pokazania się na zewnątrz. Liczy się zaangażowanie międzynarodowe i nie ma większego znaczenia, czy tę funkcję pełnię w Polsce, czy gdzie indziej. No, oczywiście, nie może to być byle gdzie, ale przecież Toruń nie leży byle gdzie.

– Podobno rozpoczyna Pan właśnie współpracę z Uniwersytetem Szczecińskim. Na czym będzie ona polegać?
– Ta sprawa była w toku już od dłuższego czasu. Jestem tak samo torunianinem, jak i szczecinianinem. W Szczecinie się wychowałem, opuściłem to miasto idąc na studia do Torunia. W pewnym sensie powrót do Szczecina ma więc podobny charakter jak powrót do Torunia. Namawiano mnie, żebym pomógł stworzyć tam zespół astronomów i tylko na tym mają polegać moje zobowiązania. Zastanawiałem się nad tym dość długo.

– Doprowadził Pan do udziału Polski w projekcie SALT, który zakłada budowę teleskopu optycznego w Republice Południowej Afryki. Jak udało się przekonać polskie środowisko naukowe i rząd do tego, że warto w ten projekt zainwestować prawie 3 mln dolarów?
– Stworzenie możliwości rozwoju polskiej astronomii wiąże się z otwarciem jej na zewnątrz. Spośród różnych możliwości, najbardziej interesująca wydawała się właśnie koncepcja budowy 10-metrowego teleskopu w RPA. Prototyp takiego instrumentu, zaprojektowany przez dwóch moich kolegów z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii, zbudowano w Teksasie. Pewnego dnia na uniwersyteckim korytarzu natknąłem się na południowoafrykańskiego astronoma Boba Stobie, który przyjechał na konsultacje w sprawie budowy kopii teksańskiego teleskopu w swoim kraju. Okazało się, że szuka on kooperantów do konsorcjum uniwersytetów, które złożyłyby się na budowę instrumentu. Całość ma kosztować 23 mln dolarów i naprawdę nie jest to dużo. Połowę daje RPA, a na drugą połowę składać się mają zainteresowani kontrahenci, którzy w zamian będą mogli korzystać potem z czasu obserwacyjnego. Pomyślałem, że ogromny, ale ze względu na oryginalną technologię – stosunkowo niedrogi radioteleskop, to jest coś właśnie dla Torunia. Gdyby UMK wysupłał milion dolarów, to Toruń mógłby dostać kilka procent czasu obserwacyjnego na tym teleskopie i to by zupełnie wystarczyło. Wtedy jeszcze myślałem o tym wyłącznie w kategoriach lokalnych. Ale wkrótce dowiedziałem się, że warszawscy koledzy próbują zrobić interes z Hiszpanami, którzy też budują teleskop, tylko że znacznie bardziej skomplikowany i przez to horrendalnie drogi. Wtedy w mojej głowie zrodził się pomysł, aby udział w budowie teleskopu w RPA sprzedać jako inicjatywę narodową. Jednak początkowo idea ta nie znalazła większego zainteresowania. Dopiero później, z rozmaitych względów, uznano ją za optymalną i podjęliśmy zabiegi o pozyskanie pieniędzy z KBN. W efekcie tych starań projekt SALT stał się niejako wizytówką rządowej umowy o współpracy naukowej, podpisanej w końcu 1999 r. między ministrem Andrzejem Wiszniewskim a jego południowoafrykańskim odpowiednikiem. Oznacza to, że od SALT nie ma już odwrotu.

– Kto z polskiej strony uczestniczy w tym projekcie?
– Najwięcej pieniędzy – 2,5 mln zł – daje KBN. Na resztę polskiego udziału składają się 3 uniwersytety – Jagielloński, Wrocławski i UMK, a także Centrum Astronomiczne im. Mikołaja Kopernika PAN. Cały polski udział, wraz ze składkami na późniejsze utrzymanie teleskopu, wyniesie około 4 mln dolarów, co da nam ponad 11 proc. czasu obserwacyjnego. Dzięki temu, że instrument jest w miarę tani jak na swoje rozmiary, koszty nie są przerażające. Inne podobne urządzenia kosztują ok. 100 mln dolarów, więc na pewno nie byłoby nas stać na udział w ich budowie. W tej chwili jesteśmy w trakcie zakładania krajowej fundacji do utrzymywania teleskopu, która będzie zajmowała się jego bieżącą działalnością. Jestem z takiego obrotu spraw niezmiernie zadowolony i uważam to za swoje największe organizacyjne osiągnięcie, bo myślę, że ten pomysł przyniesie dobre konsekwencje dla całego polskiego środowiska.

– Zaangażował się Pan również w projekt innego instrumentu – interferometru optycznego, czyli swoistego zespołu teleskopów orbitujących, który ma być wyniesiony w przestrzeń kosmiczną i zrewolucjonizować astrofizykę. Czego on ma szukać?
– Przede wszystkim, urządzenie to będzie w stanie zmierzyć odległości do gwiazd właściwie w całej galaktyce. A odległości są w astrofizyce problemem podstawowym, bo jeśli ich nie znamy, to możliwości rozumienia obiektów i zjawisk we wszechświecie są bardzo ograniczone. Zakłada się, że orbitujące interferometry zweryfikują skalę odległości, a z tego, jak sądzę, wynikną kolosalne konsekwencje astrofizyczne. Budowa takiego interferometru jest technologicznie bardzo trudna i z tego względu może potrwać, ale optymiści w NASA sądzą, że rozpocznie on obserwacje już w 2006 roku.

– Kto realizuje ten projekt? Czy polscy astronomowie też będą w nim uczestniczyć?
– Realizowane są dwa takie projekty – w Europie i w USA. Według mnie, do takiego projektu trzeba włączyć się wtedy, kiedy on się zaczyna, a nie gdy wszystko jest już gotowe i wszystkie najlepsze miejsca są zajęte. Dlatego Centrum Astronomiczne UMK w Toruniu podpisało półformalną umowę z NASA, realizatorem amerykańskiego projektu, z której wynika, że moi koledzy będą mogli tam jeździć i pomagać przy planowaniu obserwacji, a później – wykorzystaniu tego instrumentu. W tej chwili staramy się także o udział w jednym z kluczowych dla tego urządzenia projektów naukowych, który będzie polegał na poszukiwaniu planet typu ziemskiego wokół innych gwiazd. Mam nadzieję, że wygramy z konkurencją.

– W ubiegłym roku, z okazji 100lecia Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego, czasopismo „Nature” opublikowało 15 najbardziej znaczących tekstów z dziedziny fizyki, wybranych ze wszystkich artykułów na ten temat, jakie znalazły się na jego łamach od początków istnienia. Jednym z nich był Pański artykuł dotyczący odkrycia planet, przytoczony obok tekstów Einsteina, Roentgena i innych sław z dziedziny fizyki. Jak zareagowało na to środowisko naukowe? Jak Pan sam to odebrał?
– Nie spodziewałem się tego. Dowiedziałem się o tym przy okazji recenzji, którą pisałem dla „Nature”. Razem z tekstem do zrecenzowania otrzymałem kopię tego specjalnego wydania pisma. Byłem zdziwiony, gdy ujrzałem tam swoje nazwisko. Ameryka przyjęła to jako oczywistą konsekwencję tego, co się stało, bez wielkiej pompy, z odrobiną gratulacji. Tak po prostu.

Rozmawiała 
Kinga Nemere-Czachowska

Uwagi.