|
|
|
Program Emmy Noether chce dać młodym, Stanisław Skirko
Habilitacja jest specjalnością niemieckiego systemu akademickiego. Jak dotąd, wszystkie pokolenia profesorów musiały ją spotkać na swej drodze. To jednak, czy ten sposób kształcenia profesorów odpowiada duchowi czasu, jest obecnie w Niemczech przedmiotem ostrej dyskusji. Ponieważ procedura habilitacyjna jest często długotrwała, a samodzielność naukowców następuje tak późno, Niemieckie Stowarzyszenie Badań Naukowych (DFG) popiera młodych uczonych, którzy chcą być gotowi do przejęcia katedry w szybszy sposób. Rainer Kolk ma tytuł prywatnego docenta. Może go osiągnąć osoba, która po czterech latach szkoły podstawowej, dziewięciu latach gimnazjum, siedmiu latach studiów, pięciu latach studiów doktoranckich oraz jeszcze po około siedmiu latach pracy jako wykładowca, przedłoży na końcu grubą księgę – habilitację. – Człowiek ma wówczas z reguły około czterdziestki, wspiął się na szczyt tytułów akademickich i nie ma nic – mówi Kolk. Podstarzali kandydaciJako główny argument przeciwko habilitacji, która od początku XIX wieku jest w Niemczech czymś naturalnym, a poza nimi występuje także w Austrii i Szwajcarii, przytaczany jest zaawansowany wiek habilitantów. Ten, kto przedstawił pracę habilitacyjną, drugą po pracy doktorskiej dużą pracę specjalistyczną, ma przeciętnie czterdzieści lat. Samodzielność nie jest potem wcale zagwarantowana, ponieważ istnieje niedobór posad profesorskich. Poza uniwersytetem zaś starzejący się naukowiec nie ma żadnych szans. Doktor habilitowany jako taksówkarz – ten już nieco zużyty przykład nie mija się wcale z rzeczywistością. Zwolennicy habilitacji uważają jednak, że szybka kariera akademicka hamowana jest nie tylko przez habilitację. O wiele za długo trwa okres szkolny, studia magisterskie i doktoranckie. To sprawia, że stopień doktorski osiąga się w Niemczech dopiero w wieku powyżej 32 lat. Dlatego młodzi naukowcy zagraniczni omijają niemieckie uniwersytety. W ostatnich latach wzrosły wymagania dotyczące magisterium, pracy doktorskiej oraz „mistrzostwa”, czyli habilitacji. Praca doktorska, która liczy tysiąc stron, nie jest już wyjątkiem, zwłaszcza na kierunkach humanistycznych. W przypadku pracy habilitacyjnej wciąż nakręcana jest spirala wymagań. Habilitacja uznawana jest za dzieło życia i pochłania często nawet dziesięć lat pracy. Za MAŁO SAMODZIELNOŚCIHabilitant ma obecnie w Niemczech, w najlepszym przypadku, posadę asystenta (maksimum sześć lat) lub otrzymuje stypendium. Często utrzymuje się z terminowych projektów badawczych lub z dochodów żony. Do tej niepewnej pozycji życiowej przyczynia się też zależność od promotora habilitacji i od orzeczenia władz wydziału. Ernst Winnacker, przewodniczący Niemieckiego Stowarzyszenia Badań Naukowych, krytykuje proces habilitacji za to, że rozwija on przy okazji „ciągoty hierarchiczne” i poprzez wewnętrzne reguły dopuszczające oraz walkę o władzę zdegradowany zostaje do roli instrumentu władzy. Winnacker widzi uzależnienie habilitanta jako wadę i żąda wcześniejszego usamodzielnienia młodego naukowca. Długi okres uzależnienia bierze się, jego zdaniem, ze złego rozumienia istoty nauki, która powinna być poznawana, doświadczana oraz kształtowana indywidualnie. Krytycy przeciwstawiają uzależnieniu habilitanta i jego „samotnej pracy w cichym pomieszczeniu” dzisiejsze wymagania stawiane nauczycielowi akademickiemu. Oprócz przygotowania naukowego, musi się on wykazać zdolnością do pracy w grupie, znajomością socjologii, talentem organizacyjnym oraz cechami przywódczymi. Paul B. Baltes, dyrektor Instytutu Maxa Plancka w Berlinie, widzi właśnie tutaj brak w wykształceniu młodego naukowca. – Wprawdzie może on płynąć jako majtek okrętowy, ale nie jest kapitanem, nie umie wytyczać nowego kursu. Baltes pisze w pewnym artykule prasowym: Kiedy w roku 1968 pojechałem jako 28-letni świeżo upieczony doktor do USA, zostałem asystentem i stałem się od razu kapitanem, najpierw, oczywiście, małego statku. Ale mogłem żeglować dokąd tylko chciałem, o ile udało mi się znaleźć niezbędny wiatr w postaci współpracowników i pieniędzy. Już po czterech latach pod moim kierownictwem zostało promowanych sześciu doktorantów i otrzymali oni posady asystentów w innych uczelniach, stali się odpowiedzialni za nowy kierunek. Krytycy procesu habilitacyjnego nie twierdzą, że można objąć profesurę bez wykazania się kwalifikacjami. Przykład amerykański pokazuje jednak, że system tamtejszy charakteryzuje się większą paletą możliwości zdobycia potrzebnych kwalifikacji. Od dawna istnieje także w Niemczech możliwość otrzymania nominacji, choć, jak dotąd, na obszarze nauk przyrodniczych i technicznych. W naukach technicznych można już od dawna zrezygnować z habilitacji, o ile posiada się kwalifikacje pozauniwersyteckie, np. doświadczenie zawodowe. To samo odnosi się do wymiany międzynarodowej, w przypadku nominacji profesorów z zagranicy. Mało otwarcia dla rozwiązań alternatywnych wykazują jednak nauki humanistyczne. Dla historyka Hartmuta Schiedermeiera, przewodniczącego Niemieckiego Związku Szkół Wyższych, który reprezentuje 17 tys. niemieckich profesorów uniwersyteckich, habilitacja jest świadectwem potwierdzającym posiadane kwalifikacje, niezbywalnym dla poświadczenia zdobytej przez profesorów wiedzy. Wprawdzie jest on także zdania, iż w naukach przyrodniczych „duże monografie nie są już odpowiednim sposobem”, ale „w naukach humanistycznych, społecznych, ekonomicznych oraz prawnych nie można jeszcze zrezygnować z habilitacji”. Ponieważ takie stanowisko panuje na większości wydziałów nauk humanistycznych, muzykolog Oliver Huck, świeżo promowany doktor, nie wyklucza habilitacji także w swoim wypadku. Jest on jednak pionierem pewnego programu, który właśnie chce wytyczyć nową drogę do nominacji profesorskiej. Program Emmy Noether Niemieckiego Stowarzyszenia Badań Naukowych chce dać młodym, wykwalifikowanym naukowcom poniżej 30. roku życia (kobiety mogą być nieco starsze) możliwość spełnienia w ciągu pięciu lat warunków do nominacji profesorskiej. Oczywiście, nie jest to żaden „program antyhabilitacyjny”, przekonuje dr Udo Zimmermann, dyrektor wydziału w Niemieckim Stowarzyszeniu Badań Naukowych. Może on tylko dać pewien impuls do powstania nowych sposobów kształcenia przyszłych profesorów. Program powstał w 1998 roku z inicjatywy NSBN oraz ówczesnego ministra ds. badań naukowych J?rgena R?ttgersa i został nazwany od imienia matematyczki Emmy Noether, która w 1918 roku jako pierwsza kobieta została habilitowana w uniwersytecie w Getyndze. W pierwszej fazie programu, trwającej dwa lata, stypendyści zostają wysłani do ośrodka badawczego za granicą. Tam pracują nad projektem, który kontynuują w drugiej fazie w jednej ze szkół wyższych w Niemczech. Tutaj zostają zatrudnieni na finansowanej przez NSBN posadzie jako pełnoprawni pracownicy uczelni. Równocześnie przejmują odpowiedzialność za własną grupę współpracowników. Jest to model, który dotychczas funkcjonował w niemieckich uniwersytetach jedynie w dziedzinie nauk przyrodniczych. Dla Olivera Hucka jest to rozwiązanie idealne. Bada on włoską muzykę XIV wieku. – Ważne dla mojej pracy rękopisy leżą w bibliotekach Rzymu i Florencji. Program ten daje mi możliwość wyjazdu za granicę – cieszy się 29-letni uczony, który pakuje w październiku walizkę i wyrusza do Rzymu. Jest już pewny, że spełni także warunki NSBN dotyczące drugiej fazy programu. Jego celem jest opublikowanie części zbadanej przez niego muzyki. – Będę to mógł osiągnąć, jeśli znajdę kogoś do współpracy – mówi Huck. – NSBN umożliwia zespołową pracę nad moim tematem. Nie mógłbym nigdy tego sfinansować jako asystent. Ważne jest też, że nauczy się on przy okazji kierowania grupą ludzi. Samodzielność, ze wszystkimi swobodami, ale też z odpowiedzialnością, ma dla Hucka takie samo znaczenie, jak „demokratyzacja” całego procesu. O poparciu dla kandydata decyduje szeroki konsens, nie jest ono już uzależnione od jednego profesora. To samo dotyczy badań, które są jawniej przeprowadzane niż w tradycyjnej pracy habilitacyjnej. Kultura „postdoktorancka”To, że naukowiec ma na koniec poddać się procedurze habilitacyjnej, nie wisi nad nim jak „miecz Damoklesa”. Będzie to dlań tylko potwierdzeniem osiągnięć. Huck jest realistą: – W ciągu następnych 15-20 lat habilitacja będzie ciągle jeszcze warunkiem nominacji w naukach humanistycznych. Zawężone szanse zawodowe dla naukowców bez habilitacji widzi także przewodniczący DAAD Theodor Berchem, romanista i rektor uniwersytetu w W?rzburgu: – Jeśli, na przykład, na jedno stanowisko profesora germanistyki wpłynie 120 zgłoszeń, to jest oczywiste, że spełnionych zostać musi wiele kryteriów formalnych i ci bez habilitacji zostaną przez komisję nominującą od razu odrzuceni. Pani Edelgarda Bulmahn, minister ds. badań naukowych, chce nie tylko zredukowania zbyt długiego czasu kształcenia młodych naukowców, lecz żałuje też, iż coraz więcej młodych, z powodu braku możliwości pracy w uniwersytecie, odchodzi do gospodarki lub wyjeżdża za granicę. Projekty reform, które pani minister zaprezentowała na ostatniej konferencji rektorów szkół wyższych, zyskały uznanie. Rektorzy chcą m.in. więcej posad dla młodych naukowców oraz utworzenia w uniwersytetach profesur kwalifikowanych na wzór amerykańskich assistant professor. Niemieckie Stowarzyszenie Badań Naukowych ma nadzieje, za pośrednictwem programu Emmy Noether, dać początek swego rodzaju „kulturze postdoktoranckiej” w uniwersytetach niemieckich. Program odbił się zresztą szerokim echem wśród młodych naukowców. Ze 136 wniosków wybrano do pierwszej fazy 53, wśród nich, oprócz przyrodników, biologów i doktorów medycyny, było tylko 3 humanistów. W sumie, w ciągu pięciu lat, w ramach programu udzielone zostanie wsparcie 500 młodym naukowcom. Wśród pionierów jest tylko 11 kobiet, o wiele za mało zważywszy na korzyści, jakie daje im program. Procentowo udział kobiet jest tu jednak większy niż w przypadku habilitantów. W 1988 roku wśród 1915 naukowców, którzy zakończyli swój przewód habilitacyjny, były tylko 293 kobiety. Opr. na podst. artykułu ?berholspur zur Professur, opublikowanego w „DAAD Letter” 3/99. |
|
|