Recenzje
Poprzedni Następny

 

Nieproszeni goście

Publikacja Chapmana i Morrisona, choć się do tego nie przyznają, zdaje się wskazywać, że rozwój cywilizacyjny doszedł do punktu, gdzie niespodziewanie spotykają się teorie naukowe i religijne mity. Wizje mistrza z Patmos o spadających na Ziemię gwiazdach długo traktować można było wyłącznie jako literaturę czy efekt przesilonej wrażliwości mistycznej. Wraz z początkowym rozwojem nauki apokalipsa straciła jakąkolwiek wiarygodność, skoro gwiazdy, nieporównywalnie większe od Ziemi, przy samym zbliżeniu do niej (ale dlaczego miałyby się zbliżać) spaliły – by ją na popiół z odległości milionów kilometrów. II poł. XX wieku rozwinęła obserwacje kosmosu do punktu, w którym obowiązująca dotąd uniformitarystyczna koncepcja powolnej ewolucji wszechświata ustąpiła teorii katastroficznej i okazało się, że rozgwieżdżone niebo jest bardziej zmienne i dynamiczne niż się dotąd wydawało. Gwiazdy zapadają się, planety zderzają się ze sobą, a niewielkie fragmenty ciał niebieskich, jak komety i planetoidy, przeszywają kosmos chaotycznymi trajektoriami powodując, że ciała stabilne, jak nasza Ziemia, uchodzić mogą za tarczę na kosmicznej strzelnicy. Autorzy publikacji opisują skutki uderzeń planetoid w Ziemię. Jedna z takich katastrof miała miejsce 65 mln lat temu i zakończyła erę dinozaurów. Również Księżyc miał powstać w wyniku gigantycznego uderzenia w Ziemię zabłąkanej planety wielkości Marsa. Częściej jednak zdarzają się kolizje mniejszych rozmiarów.

Autorzy śledzą ślady wgłębień w skorupie ziemskiej i na planetach Układu Słonecznego, potwierdzając impaktową koncepcję rozwoju kosmosu. Jan był blisko prawdy. Planetoida, spadając w ziemską atmosferę, zmienia się w kulę ognia. Wybuch małego ciała, o średnicy ok. 1,5 km, ma moc dużo większą niż wszystkie istniejące pociski nuklearne zdetonowane w jednym momencie w tym samym miejscu. Obecnie zlokalizowano ponad 100 kraterów będących pozostałościami po takich uderzeniach i ponad 1000 planetoid będących w ruchu kolizyjnym z Ziemią. Zadaniem publikacji nie jest podsycanie poczucia zagrożenia, ale próba zmiany myślenia na temat człowieka i cywilizacji. Rozważaniom „teorii impaktowej” i „nauki o chaosie” towarzyszy wprowadzenie w historię rozwoju badań nad kosmosem, tak by mogła zadowolić zarówno specjalistów, jak i laików. Stąd zapewne cały rozdział poświęcony sensacyjnym wizjom Velikovskiego, choć autorzy nie kryją negatywnego stosunku do jego teorii i, co najbardziej ich razi, „pseudonaukowej” metody, którą Velikovski stosuje. Podobnie niezrozumiałe są dla nich prace kreacjonistów, którzy, odwołując się do zapisu biblijnego, obliczają wiek Ziemi na 6 tys. lat i na tym opierają dalsze naukowe spekulacje, jakiekolwiek odstępstwa od Biblii traktując jako skutek błędu i fałszerstw. Okazuje się jednak, że posiadają duży oddźwięk społeczny oraz wpływy polityczne i, być może, bliscy są wprowadzenia alternatywnych podręczników szkolnych, promujących ich widzenie kosmosu.

W ostatniej części pracy Chapman i Morrison wskazują równie realne, co planetoidy, zagrożenie wewnętrzne, którym jest ignorancja ludzi i naruszanie delikatnego ekosystemu Ziemi, która wciąż balansuje pomiędzy gorącą Wenus a zimnym Marsem (te planety, podobne do Ziemi, utraciły niegdyś delikatną równowagę).
Książka skłania do refleksji nad życiem, a troska o nie niespodziewanie rozszerza się z jednostki na gatunek, z gatunku na całą planetę, której życie, okazuje się, jest tak samo zagrożone, jak istnienie pojedynczego człowieka, zwierzęcia, rośliny.

P.Z.

Clark R. Chapman, David Morrison, Kataklizmy w historii wszechświata, tłum. Janusz Błaszczyk, wyd. AMBER, Warszawa 1999, seria: Tajemnice Nauki.

Nieskończoność w skończonej objętości

Pojęcie nieskończoności stworzyli teolodzy i filozofowie. Richard Morris nad filozoficzną i teologiczną interpretacją tego pojęcia przechodzi właściwie do porządku dziennego. Zajmuje się nieskończonością od chwili, gdy przybrała ona charakter pojęcia matematycznego i kosmologicznego. Historia nieskończoności zaczyna się zatem w chwili, gdy Zenon z Elei wymyślił słynne paradoksy. Wtedy nieskończoność ukazała nam swoją zadziwiającą naturę. Paradoksy Zenona, choć z matematycznego punktu widzenia zostały w dużej mierze wyjaśnione, do dziś wciąż zastanawiają filozofów. Kosmolodzy zaczęli posługiwać się pojęciem nieskończoności w czasach starożytnych, debatując nad rozmiarami wszechświata. Czy wszechświat jest skończony, czy nieskończony i co z tego wynika? Próbował na to pytanie odpowiedzieć Arystoteles, który na gruncie swego systemu, ale także w kontekście całej kultury starożytnej Grecji, nieskończoność musiał uznać za formę niedoskonałości. Nie wystarczało mu to do wyjaśnienia rzeczywistości, dlatego stworzył pojęcie nieskończoności potencjalnej. Pojęciem nieskończoności posługiwali się średniowieczni filozofowie przyrody oraz renesansowi myśliciele. Najważniejsze może są tu konkluzje Giordana Bruna i Galileusza. O ile pierwszy bez wahania mówił o nieskończonym wszechświecie, a nawet nieskończonych wszechświatach, o tyle drugi przyznał, że nieskończoność ma naturę tajemniczą i trudną do rozwikłania. Obecnie pojęcie nieskończoności przeżywa renesans w kosmologii. A jest to zasługą fizyki kwantowej, która odsłoniła nieznane dotychczas konotacje tego pojęcia oraz paradoksy z nim związane.

Co wiąże się z pojęciem nieskończoności i w jak rozmaitych kontekstach pojawiało się ono na arenie ludzkich dociekań? Nieskończona może być wielkość i małość. Nieskończona gęstość i jasność. Nieskończona masa elektronu. Nieskończone rozmiary wszechświata i nieskończona liczba wszechświatów. Teoria kwantowa nie tylko odsłoniła tajemnice nieskończoności, ale też pozwoliła na postawienie wielu interesujących hipotez, wykorzystujących to pojęcie, np. dotyczących możliwości podróżowania w czasie. To właśnie na gruncie teorii kwantowej, uznając, że wszechświat jest układem kwantowym, można postawić i próbować uzasadnić hipotezę, że jest on nieskończony oraz że możliwe jest istnienie nieskończonej liczby wszechświatów. Niestety, nie da się określić ich lokalizacji, a komunikacja między nimi nie jest możliwa. Najpoważniejsze jednak ograniczenie nieskończoności stwarza prędkość. Maksymalna prędkość to prędkość światła. Aby nadać ciału taką prędkość, należałoby użyć nieskończonej energii. Nie ma zatem nieskończonej prędkości. I to byłby chyba jedyny naprawdę rozwiązany paradoks nieskończoności o fizykalnym charakterze. Nadal nie mamy jasnej odpowiedzi, czy wszechświat jest nieskończony, czy skończony. Jeżeli współcześnie przyjmowana teoria opisująca wszechświat jest poprawna, to znajduje się on tak blisko granicy między otwartym i zamkniętym, że nigdy nie będziemy mogli określić jego prawdziwego charakteru – pisze Morris.

(mit)

Richard Morris, Krótka historia nieskończoności. Achilles i żółw w kwantowym wszechświecie, tłum. Jerzy Kowalski-Glikman, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999, seria: Nauka u Progu Trzeciego Tysiąclecia.

Spod znaku gryfa

Pomorze Zachodnie jest dziś podzielone między Polskę i Niemcy. Część zwana Pomorzem Przednim należy do Niemiec, nam przypadło po ostatniej wojnie Pomorze Tylne. Nazw tych nie używa się dziś powszechnie. Ważne są zaś one dla historyków, którzy badają skomplikowane polsko-niemiecko-duńsko-szwedzkie dzieje tych ziem. Omawiana książka jest efektem współpracy historyków polskich i niemieckich, historią – jak pisze redaktor tomu Jan Maria Piskorski – ani polską, ani niemiecką. Ma to być próba spojrzenia od wewnątrz, z punktu widzenia samych Pomorzan, którzy tak niewiele o sobie wzajemnie wiedzą, mimo że coraz częściej przyznają się do tej samej, wspólnej tradycji. Krótki zarys dziejów Pomorza Zachodniego powstał we współpracy historyków z Gryfii, Lubeki, Marburga, Poznania, Słupska i Szczecina, a książka ukazała się jednocześnie w polskiej i niemieckiej wersji językowej.

Okres wczesnego średniowiecza na Pomorzu kryje w sobie wiele tajemnic. Nie wiadomo, czy istniała tu jakaś organizacja plemienna, czy też kilkanaście egzystujących osobno plemion. Najbardziej znani są Wolinianie, wspomniani już przez tzw. Geografa Bawarskiego w połowie IX w. i potem przez Ibrahima ibn Jakuba (II poł. X w.), który pisze o mającym dwanaście bram wielkim mieście Wolinian zbudowanym nad morzem i o walkach z Mieszkiem I. Miasto, zamieszkane również przez kupców skandynawskich, saskich i ruskich, słynne było w całym basenie Morza Bałtyckiego. W roku 1000 Otton i Bolesław założyli w Kołobrzegu pierwsze biskupstwo pomorskie. Wkrótce jednak Polska utraciła na ponad 100 lat kontrolę nad ziemiami zachodniopomorskimi. W roku 1102 Bolesław Krzywousty zdobył Białogard, potem Kołobrzeg. Czasy te opisuje, nie bez niechęci do pogańskich Pomorzan, Gall Anonim.

Książęta pomorscy mieli trudności ze zjednoczeniem tych ziem i utworzeniem silnego państwa. Pomorze Zachodnie bywało więc w swej historii zależne od Polski, Cesarstwa Niemieckiego, Danii, Brandenburgii, Prus i Szwecji. Gospodarczo rozwijało się dzięki handlowi i portom (należało do Hanzy), a także dzięki rolnictwu. Podlegało coraz dalej idącej germanizacji. Po klęsce Napoleona stało się częścią państwa pruskiego, a po roku 1871 – zjednoczonych Niemiec. Pomorze pozostawało jednak zawsze prowincją odmienną od reszty Niemiec, położoną na uboczu, omijaną przez rewolucyjne wrzenia, rozwijającą się według własnego rytmu. Sytuacja tych ziem zmieniła się po I wojnie światowej, kiedy Pomorze Zachodnie zyskało znaczenie polityczne stając się prowincją graniczną. Jednocześnie nastąpiła stagnacja gospodarcza tego najmniej uprzemysłowionego i najsłabiej zaludnionego rejonu Rzeszy. Nie przeszkodziło to w rozwoju miast. W roku 1933 Szczecin liczył 250 tys. mieszkańców. Inne miasta nie przekraczały 50 tys. Niezwykle ciekawe są rozdziały dotyczące lat 1933-95, mówiące o dziejach Pomorza pod panowaniem hitlerowskim, a potem jego podział między NRD i PRL.

Edycję zaopatrzono w ilustracje, mapy, bibliografię i konkordancję nazw geograficznych. Szkoda, że nie postarano się o skorowidz, który umożliwiłby pełniejsze wykorzystanie książki.

(fig)

Pomorze Zachodnie poprzez wieki, red. Jan M. Piskorski, Wyd. Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin 1999.

Prorok czy szarlatan?

Jakob B?hme – według encyklopedystów największy spośród mistycznych teozofów Zachodu i, bez wątpienia, ostatni autentyczny myśliciel gnostycki, zwykły szewc, a zarazem natchniony teolog, człowiek bez formalnego wykształcenia, którego dzieła z uwagą czytały najpotężniejsze umysły przełomu XVI i XVII wieku oraz wieków późniejszych. Do historii przeszedł pod wielce mówiącym mianem philosophus teutonicus, podczas gdy pasterz jego własnej luterańskiej gminy w G?rlitz nie szczędził mu obelg ani oszczerstw, przedstawiając wszędzie swego nieposłusznego parafianina jako niebezpiecznego kacerza. Z biografią B?hmego – niezbyt zresztą obfitującą w niezwykłe wydarzenia – a także z jego wizjonerskim systemem teo-, kosmo-, antropo- i chrystozoficznym, polski czytelnik, zainteresowany intelektualnymi i teologicznymi źródłami europejskiego, odrodzonego wszakże dzisiaj mistycyzmu, może zapoznać się dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu.

Biografia zgorzeleckiego szewca to przede wszystkim edytorskie dzieło wysokiej klasy – książka, którą miło wziąć do ręki, bogato ilustrowana sztychami i rycinami z epoki, o przejrzystym układzie graficznym i tematycznym. Natomiast treść... Cóż, myśl B?hmego jest dość złożona i obudowana wokół średniowiecznego pojęcia boskości i stosunku Bóg – Natura, przy czym na pierwszym miejscu stawia człowieka. Metodologicznym novum, zaskakującym u XVII-wiecznego, niewykształconego szewca, jest sprawne operowanie dialektyką oraz elementami myślowymi, które później weszły w skład kanonu fenomenologicznego. Nie miejsce tu na bliższe przedstawianie bogactwa wizji myśliciela. Nadmienię jedynie, że odnaleźć w niej można elementy konstytutywne i charakterystyczne dla bazylidian, wszelakich iluministów, a także wpływy różokrzyżowców. Myśl ta inspirowała m.in. Spinozę, Hegla, Schopenhauera, Feuerbacha i Newtona, a jej poetyckie odzwierciedlenie możemy odnaleźć w dziełach Johna Miltona i Williama Blake’a. Ta właśnie siła oddziaływania sprawia, że przed dokonaniami B?hmego stajemy zdumieni.

Zdumienie budzi już chociażby fakt, że sam Teutonicus w ogóle nie zabiegał o rozpowszechnianie swoich myśli. Jego pierwsze dzieło wydano bez wiedzy, a nawet wbrew jego woli. Tymczasem na Śląsku, w Saksonii, Łużycach, Czechach powstawały grupki „b?hmiańczyków”, bardzo żywe reakcje twórczość szewca wywołała w Niderlandach, Anglii i, oczywiście, w samych Niemczech. Wobec B?hmego nie śmieli przejść obojętnie Kartezjusz ani Leibniz. Najżywszy renesans przeżywała ona jednak w kręgu niemieckiego idealizmu. Schelling, Hegel, Franz von Baader, Tieck, Novalis i wielu innych odkryli B?hmego niemal jednocześnie. Poeci i myśliciele niemieckiego romantyzmu powitali i uczcili zgorzeleckiego obywatela jako nosiciela tajemniczego objawienia. Ba, gminy b?hmiańskie powstawały nawet w prawosławnej Rosji, a dorobek „starego szewca” wywarł wpływ m.in. na Sołowjowa i Bierdiajewa.

By znaleźć tak szeroki oddźwięk swych myśli, trzeba być albo niespotykanym szarlatanem, albo niezwykłym i proroczym myślicielem. Kim był Jakob B?hme? Wolałbym uniknąć jednoznacznej odpowiedzi. Szczególnie, że znów zapanowała moda na jego na wskroś przeniknięty mistycyzmem dorobek intelektualny. Nadzieję, którą różokrzyżowcy wieścili pod znakiem róży, B?hme głosi w znaku rozkwitającej lilii: Lilia rozkwita na górze i w dolinie, na wszystkich krańcach Ziemi. Kto jej szuka, ten znajdzie. Amen.

(kpuch)

Gerhard Wehr, Jakob B?hme, tłum. Jerzy Prokopiuk, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999.

Kawa czy herbata?

O czym właściwie dziennikarz powinien rozmawiać z pisarzem? Co lubi, co czyta, nad czym aktualnie pracuje? Jak zapytać o utwory, którym poświęcono już wiele uwagi, by dowiedzieć się czegoś naprawdę nowego? Na studiach dziennikarskich radzi się, by nie chwalić swojego interlokutora. Łatwiej jednakże zaatakować polityka, nawet jeśli prywatnie stoimy po jego stronie. Trudno wyobrazić sobie, że dziennikarz zaprasza kogoś po to, by mu zarzucić, że napisał słabą książkę.

Salon literacki nie należy do książek efektownych. Młoda dziennikarka „Polityki” nie prowokuje swoich rozmówców do sensacyjnych wyznań, nie wymusza nawet odpowiedzi na stawiane pytania. Ważne jest dla niej samo spotkanie. Trafny jest tytuł publikacji – w salonie miło się gawędzi o literaturze, zwłaszcza gdy partnerami są: Szymborska, Miłosz, Herling-Grudziński, Lem, Mrożek, Szczepański, Grynberg, Barańczak, Zagajewski, Kapuściński, a także Stefan Chwin czy Olga Tokarczuk. Łęckiej udało się też spotkać z nieżyjącymi już dziś Maciejem Słomczyńskim i Kazimierzem Brandysem. Różne osobowości, zainteresowania literackie, różne pokolenia.
Niewątpliwie spędzenie z pisarzem kilku godzin na rozmowie o książkach wymaga dużej erudycji (ponoć Barańczak przepytuje rozmówców ze znajomości jego tekstów), czytając wywiady przeprowadzone przez Łęcką ma się jednak wrażenie, że wie ona... zbyt dużo. Trudno ją czymkolwiek zadziwić, zaskoczyć – nieustannie coś cytuje, przywołuje czyjeś opinie. Dziwią się natomiast sami twórcy – np. Zbigniew Kruszyński, który dowiaduje się, iż jego czytelnicy przeszli przyspieszony kurs postmodernizmu i dekonstrukcjonizmu, czy Magdalena Tulli, która przyznaje, iż trudno jej zrozumieć, kim są postmoderniści wyznania dekonstrukcjonistycznego (ulubione słówka Łęckiej?).

O powodzeniu jednego z najciekawszych zbiorów wywiadów z pisarzami, Hańby domowej Jacka Trznadla, zadecydowały nie tylko nazwiska jego rozmówców, ale też temat, na jaki się wypowiadali. Rozrachunek z przeszłością wymagał zajęcia zdecydowanej postawy, poruszania kłopotliwych kwestii, słowem – odwagi. Łęcka unika rozmów na tematy drażliwe – jak choćby zagadnięcia jej ulubionej poetki, Wisławy Szymborskiej, o przyczyny niezadowolenia z niektórych epizodów jej życia, czy Kazimierza Brandysa o zmagania z chorobą, które stanowią punkt wyjścia dla jego ostatniej książki (sam zaczyna o tym mówić, Łęcka mu przerywa, popisując się znajomością utworów Susan Sontag i Josepha Hellera). Delikatność jest atutem, ale nie w dziennikarstwie, choć, oczywiście, i tu obowiązują zasady dobrego smaku. Dziennikarz powinien ponadto umieć słuchać, a mam wrażenie, iż Łęcka jest bardziej wnikliwym czytelnikiem niż słuchaczem.

Mimo wszystko w Salonie literackim lat 90. (wywiady zostały przeprowadzone w latach 1993-99) poruszane są ważkie kwestie – kondycja literatury XX w., miejsce pisarza we współczesnym społeczeństwie. Wielu rozmówców Łęckiej zauważa, iż Polacy po 1989 r. przestają czytać, a pisarze tracą rząd dusz. Daleko im jednak do załamywania rąk: Mam pewnie z trzystu czytelników – wyznaje Zbigniew Kruszyński – i każdego z nich chciałbym uściskać. Czy to mało, uściskać trzysta osób? Jest zatem coś takiego jak powołanie pisarza – to nie zawód, którego można się wyuczyć na kursie creative writing. Pisarze to tacy ludzie, którzy nic innego nie potrafią robić. Dobrze, że chociaż to potrafią. Bozia dała przynajmniej to jedno, żeby nie umarli z głodu (Magdalena Tulli). I jak tu nie zaprosić na kawę?

(skg)

Salon literacki. Z polskimi pisarzami rozmawia Gabriela Łęcka, Wydawnictwo W.A.B., Polityka, Warszawa 2000.

Książki nadesłane

Tadeusz Dmochowski, Walka polityczna mocarstw o dominację w dorzeczu Amuru, t. II: Interwencja mocarstw na Syberii i Dalekim Wschodzie (1918-1922), Wyd. MADO, Toruń 1999.
Aleksander Smoliński, Jazda Rzeczypospolitej Polskiej w okresie od 12 X 1918 do 25 IV 1920, Wyd. ADAM MARSZAŁEK, Toruń 1999.
Leszek Stankiewicz, Słownik organizacji i kierowania w oświacie, Wyd. ADAM MARSZAŁEK, Toruń 1999.
Rajnold Przezdziecki, Aleksander Przezdziecki historyk literat z XIX wieku, Wyd. ADAM MARSZAŁEK, Toruń 2000.
Marcin Gmus, Technika teatru w teatrze i jej operowe konkretyzacje, Wyd. ADAM MARSZAŁEK, Toruń 2000.
Bogusław Gałka, Ziemianie w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wyd. ADAM MARSZAŁEK, Toruń 2000.
Stanisław Skorupka, Słownik frazeologiczny języka polskiego, t. I-II, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Elżbieta Pieńkos, Słownik terminologii ekonomicznej francusko-polski, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Kazimierz Ostrowski, Medycyna, zdrowie, higiena, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999, seria: Leksykon Omegi.
Piotr Kaczmarski, Stanisław P. Kaczmarski, Testy z języka angielskiego. Egzaminy na studia filologiczne oraz testy międzynarodowe, cz. 2, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Andrzej Kopczyński, Alina Wójcik, Survival Polish. Useful Phrases and Conversations, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Anna Zofia Borówka, Alina Wójcik, Mini-rozmówki norweskie, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Biruta Markuza-Białostocka, Alina Wójcik, Mini-rozmówki litewskie, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Lucie Ziebart, Horst Ziebart, Rozmówki niemieckie. Nowe opracowanie, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Barbara Bartnicka, Wojciech Jekiel, Marian Jurkowski, Klaus Marten, Danuta Wasilewska, Krzysztof Wrocławski, Wir lernen Polnisch, cz. I-II, Wyd. WIEDZA POWSZECHNA, Warszawa 1999.
Salon literacki. Z polskimi pisarzami rozmawia Gabriela Łęcka, Wyd. W.A.B., Warszawa 2000.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. VI: 1945-1954, cz. 1: 1945-1948, opr. H. Kirchner, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 2000.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1936-1945, t. 3, opr. T. Drewnowski, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 2000.
Zygmunt Krasiński, Pisma filozoficzne i polityczne, opr. P. Hertz, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 1999.
Maria Nowicka, Twarze antyku. Z dziejów portretu w Grecji i w Rzymie, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 2000.
Ezra Pound, Duch romański, tłum. L. Engelking, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 1999.
Krzysztof Kosiński, O nową mentalność. Życie codzienne w szkołach 1945-1956, Wyd. TRIO, Warszawa 2000, seria: W Krainie PRL.
Paweł Sowiński, Komunistyczne święto. Obchody 1 maja w latach 1948-1954, Wyd. TRIO, Warszawa 2000, seria: W Krainie PRL.
Z zagadnień akademickiej kultury fizycznej. Na dziewięćdziesięciolecie sportu akademickiego w Polsce, red. B. Maksimowska i in., Wyd. WSP, Częstochowa 1999.
Jerry Joyce, Marianne Moon, Microsoft Word 2000 z marszu, tłum. LEKSEM, Wyd. PRÓSZYŃSKI i S-ka, Warszawa 1999.
Microsoft Power Point 2000 z marszu, tłum. LEKSEM, Wyd. PRÓSZYŃSKI i S-ka, Warszawa 1999.
 

Uwagi.