|
|
Nieproszeni goście
Autorzy śledzą ślady wgłębień w skorupie ziemskiej i na planetach Układu Słonecznego, potwierdzając impaktową koncepcję rozwoju kosmosu. Jan był blisko prawdy. Planetoida, spadając w ziemską atmosferę, zmienia się w kulę ognia. Wybuch małego ciała, o średnicy ok. 1,5 km, ma moc dużo większą niż wszystkie istniejące pociski nuklearne zdetonowane w jednym momencie w tym samym miejscu. Obecnie zlokalizowano ponad 100 kraterów będących pozostałościami po takich uderzeniach i ponad 1000 planetoid będących w ruchu kolizyjnym z Ziemią. Zadaniem publikacji nie jest podsycanie poczucia zagrożenia, ale próba zmiany myślenia na temat człowieka i cywilizacji. Rozważaniom „teorii impaktowej” i „nauki o chaosie” towarzyszy wprowadzenie w historię rozwoju badań nad kosmosem, tak by mogła zadowolić zarówno specjalistów, jak i laików. Stąd zapewne cały rozdział poświęcony sensacyjnym wizjom Velikovskiego, choć autorzy nie kryją negatywnego stosunku do jego teorii i, co najbardziej ich razi, „pseudonaukowej” metody, którą Velikovski stosuje. Podobnie niezrozumiałe są dla nich prace kreacjonistów, którzy, odwołując się do zapisu biblijnego, obliczają wiek Ziemi na 6 tys. lat i na tym opierają dalsze naukowe spekulacje, jakiekolwiek odstępstwa od Biblii traktując jako skutek błędu i fałszerstw. Okazuje się jednak, że posiadają duży oddźwięk społeczny oraz wpływy polityczne i, być może, bliscy są wprowadzenia alternatywnych podręczników szkolnych, promujących ich widzenie kosmosu. W ostatniej części pracy Chapman i Morrison wskazują równie realne, co planetoidy, zagrożenie wewnętrzne, którym jest ignorancja ludzi i naruszanie delikatnego ekosystemu Ziemi, która wciąż balansuje pomiędzy gorącą Wenus a zimnym Marsem (te planety, podobne do Ziemi, utraciły niegdyś delikatną równowagę). P.Z. Clark R. Chapman, David Morrison, Kataklizmy w historii wszechświata, tłum. Janusz Błaszczyk, wyd. AMBER, Warszawa 1999, seria: Tajemnice Nauki.
Nieskończoność w skończonej objętości
Co wiąże się z pojęciem nieskończoności i w jak rozmaitych kontekstach pojawiało się ono na arenie ludzkich dociekań? Nieskończona może być wielkość i małość. Nieskończona gęstość i jasność. Nieskończona masa elektronu. Nieskończone rozmiary wszechświata i nieskończona liczba wszechświatów. Teoria kwantowa nie tylko odsłoniła tajemnice nieskończoności, ale też pozwoliła na postawienie wielu interesujących hipotez, wykorzystujących to pojęcie, np. dotyczących możliwości podróżowania w czasie. To właśnie na gruncie teorii kwantowej, uznając, że wszechświat jest układem kwantowym, można postawić i próbować uzasadnić hipotezę, że jest on nieskończony oraz że możliwe jest istnienie nieskończonej liczby wszechświatów. Niestety, nie da się określić ich lokalizacji, a komunikacja między nimi nie jest możliwa. Najpoważniejsze jednak ograniczenie nieskończoności stwarza prędkość. Maksymalna prędkość to prędkość światła. Aby nadać ciału taką prędkość, należałoby użyć nieskończonej energii. Nie ma zatem nieskończonej prędkości. I to byłby chyba jedyny naprawdę rozwiązany paradoks nieskończoności o fizykalnym charakterze. Nadal nie mamy jasnej odpowiedzi, czy wszechświat jest nieskończony, czy skończony. Jeżeli współcześnie przyjmowana teoria opisująca wszechświat jest poprawna, to znajduje się on tak blisko granicy między otwartym i zamkniętym, że nigdy nie będziemy mogli określić jego prawdziwego charakteru – pisze Morris. (mit) Richard Morris, Krótka historia nieskończoności. Achilles i żółw w kwantowym wszechświecie, tłum. Jerzy Kowalski-Glikman, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999, seria: Nauka u Progu Trzeciego Tysiąclecia.
Spod znaku gryfa
Okres wczesnego średniowiecza na Pomorzu kryje w sobie wiele tajemnic. Nie wiadomo, czy istniała tu jakaś organizacja plemienna, czy też kilkanaście egzystujących osobno plemion. Najbardziej znani są Wolinianie, wspomniani już przez tzw. Geografa Bawarskiego w połowie IX w. i potem przez Ibrahima ibn Jakuba (II poł. X w.), który pisze o mającym dwanaście bram wielkim mieście Wolinian zbudowanym nad morzem i o walkach z Mieszkiem I. Miasto, zamieszkane również przez kupców skandynawskich, saskich i ruskich, słynne było w całym basenie Morza Bałtyckiego. W roku 1000 Otton i Bolesław założyli w Kołobrzegu pierwsze biskupstwo pomorskie. Wkrótce jednak Polska utraciła na ponad 100 lat kontrolę nad ziemiami zachodniopomorskimi. W roku 1102 Bolesław Krzywousty zdobył Białogard, potem Kołobrzeg. Czasy te opisuje, nie bez niechęci do pogańskich Pomorzan, Gall Anonim. Książęta pomorscy mieli trudności ze zjednoczeniem tych ziem i utworzeniem silnego państwa. Pomorze Zachodnie bywało więc w swej historii zależne od Polski, Cesarstwa Niemieckiego, Danii, Brandenburgii, Prus i Szwecji. Gospodarczo rozwijało się dzięki handlowi i portom (należało do Hanzy), a także dzięki rolnictwu. Podlegało coraz dalej idącej germanizacji. Po klęsce Napoleona stało się częścią państwa pruskiego, a po roku 1871 – zjednoczonych Niemiec. Pomorze pozostawało jednak zawsze prowincją odmienną od reszty Niemiec, położoną na uboczu, omijaną przez rewolucyjne wrzenia, rozwijającą się według własnego rytmu. Sytuacja tych ziem zmieniła się po I wojnie światowej, kiedy Pomorze Zachodnie zyskało znaczenie polityczne stając się prowincją graniczną. Jednocześnie nastąpiła stagnacja gospodarcza tego najmniej uprzemysłowionego i najsłabiej zaludnionego rejonu Rzeszy. Nie przeszkodziło to w rozwoju miast. W roku 1933 Szczecin liczył 250 tys. mieszkańców. Inne miasta nie przekraczały 50 tys. Niezwykle ciekawe są rozdziały dotyczące lat 1933-95, mówiące o dziejach Pomorza pod panowaniem hitlerowskim, a potem jego podział między NRD i PRL. Edycję zaopatrzono w ilustracje, mapy, bibliografię i konkordancję nazw geograficznych. Szkoda, że nie postarano się o skorowidz, który umożliwiłby pełniejsze wykorzystanie książki. (fig) Pomorze Zachodnie poprzez wieki, red. Jan M. Piskorski, Wyd. Zamek Książąt Pomorskich, Szczecin 1999.
Prorok czy szarlatan?
Biografia zgorzeleckiego szewca to przede wszystkim edytorskie dzieło wysokiej klasy – książka, którą miło wziąć do ręki, bogato ilustrowana sztychami i rycinami z epoki, o przejrzystym układzie graficznym i tematycznym. Natomiast treść... Cóż, myśl B?hmego jest dość złożona i obudowana wokół średniowiecznego pojęcia boskości i stosunku Bóg – Natura, przy czym na pierwszym miejscu stawia człowieka. Metodologicznym novum, zaskakującym u XVII-wiecznego, niewykształconego szewca, jest sprawne operowanie dialektyką oraz elementami myślowymi, które później weszły w skład kanonu fenomenologicznego. Nie miejsce tu na bliższe przedstawianie bogactwa wizji myśliciela. Nadmienię jedynie, że odnaleźć w niej można elementy konstytutywne i charakterystyczne dla bazylidian, wszelakich iluministów, a także wpływy różokrzyżowców. Myśl ta inspirowała m.in. Spinozę, Hegla, Schopenhauera, Feuerbacha i Newtona, a jej poetyckie odzwierciedlenie możemy odnaleźć w dziełach Johna Miltona i Williama Blake’a. Ta właśnie siła oddziaływania sprawia, że przed dokonaniami B?hmego stajemy zdumieni. Zdumienie budzi już chociażby fakt, że sam Teutonicus w ogóle nie zabiegał o rozpowszechnianie swoich myśli. Jego pierwsze dzieło wydano bez wiedzy, a nawet wbrew jego woli. Tymczasem na Śląsku, w Saksonii, Łużycach, Czechach powstawały grupki „b?hmiańczyków”, bardzo żywe reakcje twórczość szewca wywołała w Niderlandach, Anglii i, oczywiście, w samych Niemczech. Wobec B?hmego nie śmieli przejść obojętnie Kartezjusz ani Leibniz. Najżywszy renesans przeżywała ona jednak w kręgu niemieckiego idealizmu. Schelling, Hegel, Franz von Baader, Tieck, Novalis i wielu innych odkryli B?hmego niemal jednocześnie. Poeci i myśliciele niemieckiego romantyzmu powitali i uczcili zgorzeleckiego obywatela jako nosiciela tajemniczego objawienia. Ba, gminy b?hmiańskie powstawały nawet w prawosławnej Rosji, a dorobek „starego szewca” wywarł wpływ m.in. na Sołowjowa i Bierdiajewa. By znaleźć tak szeroki oddźwięk swych myśli, trzeba być albo niespotykanym szarlatanem, albo niezwykłym i proroczym myślicielem. Kim był Jakob B?hme? Wolałbym uniknąć jednoznacznej odpowiedzi. Szczególnie, że znów zapanowała moda na jego na wskroś przeniknięty mistycyzmem dorobek intelektualny. Nadzieję, którą różokrzyżowcy wieścili pod znakiem róży, B?hme głosi w znaku rozkwitającej lilii: Lilia rozkwita na górze i w dolinie, na wszystkich krańcach Ziemi. Kto jej szuka, ten znajdzie. Amen. (kpuch) Gerhard Wehr, Jakob B?hme, tłum. Jerzy Prokopiuk, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999.
Kawa czy herbata?
Salon literacki nie należy do książek efektownych. Młoda dziennikarka „Polityki” nie prowokuje swoich rozmówców do sensacyjnych wyznań, nie wymusza nawet odpowiedzi na stawiane pytania. Ważne jest dla niej samo spotkanie. Trafny jest tytuł publikacji – w salonie miło się gawędzi o literaturze, zwłaszcza gdy partnerami są: Szymborska, Miłosz, Herling-Grudziński, Lem, Mrożek, Szczepański, Grynberg, Barańczak, Zagajewski, Kapuściński, a także Stefan Chwin czy Olga Tokarczuk. Łęckiej udało się też spotkać z nieżyjącymi już dziś Maciejem Słomczyńskim i Kazimierzem Brandysem. Różne osobowości, zainteresowania literackie, różne pokolenia. O powodzeniu jednego z najciekawszych zbiorów wywiadów z pisarzami, Hańby domowej Jacka Trznadla, zadecydowały nie tylko nazwiska jego rozmówców, ale też temat, na jaki się wypowiadali. Rozrachunek z przeszłością wymagał zajęcia zdecydowanej postawy, poruszania kłopotliwych kwestii, słowem – odwagi. Łęcka unika rozmów na tematy drażliwe – jak choćby zagadnięcia jej ulubionej poetki, Wisławy Szymborskiej, o przyczyny niezadowolenia z niektórych epizodów jej życia, czy Kazimierza Brandysa o zmagania z chorobą, które stanowią punkt wyjścia dla jego ostatniej książki (sam zaczyna o tym mówić, Łęcka mu przerywa, popisując się znajomością utworów Susan Sontag i Josepha Hellera). Delikatność jest atutem, ale nie w dziennikarstwie, choć, oczywiście, i tu obowiązują zasady dobrego smaku. Dziennikarz powinien ponadto umieć słuchać, a mam wrażenie, iż Łęcka jest bardziej wnikliwym czytelnikiem niż słuchaczem. Mimo wszystko w Salonie literackim lat 90. (wywiady zostały przeprowadzone w latach 1993-99) poruszane są ważkie kwestie – kondycja literatury XX w., miejsce pisarza we współczesnym społeczeństwie. Wielu rozmówców Łęckiej zauważa, iż Polacy po 1989 r. przestają czytać, a pisarze tracą rząd dusz. Daleko im jednak do załamywania rąk: Mam pewnie z trzystu czytelników – wyznaje Zbigniew Kruszyński – i każdego z nich chciałbym uściskać. Czy to mało, uściskać trzysta osób? Jest zatem coś takiego jak powołanie pisarza – to nie zawód, którego można się wyuczyć na kursie creative writing. Pisarze to tacy ludzie, którzy nic innego nie potrafią robić. Dobrze, że chociaż to potrafią. Bozia dała przynajmniej to jedno, żeby nie umarli z głodu (Magdalena Tulli). I jak tu nie zaprosić na kawę? (skg) Salon literacki. Z polskimi pisarzami rozmawia Gabriela Łęcka, Wydawnictwo W.A.B., Polityka, Warszawa 2000.
Książki nadesłane
|
|
|