|
Maj zdecydowanie jest miesiącem edukacji. Najpierw matury, przygrywka do późniejszych egzaminów na studia, a potem prasowe rankingi szkół wyższych, które mają pomóc abiturientom w wyborze kierunku kształcenia. Prawdziwy wysyp rankingów miał miejsce w bieżącym roku. Wykształcenie musi już być naprawdę „chodliwym” towarem, skoro robi się wokół niego tyle hałasu. Mało tego, o studenta trzeba walczyć, aby nie poszedł do konkurencji.
Uczelnie niepubliczne znowu stają dziś w centrum uwagi. Jak wiadomo, ich założyciele nie zawsze chcieli respektować zasady, które narzuca obowiązująca ustawa. Szkoły te kształciły w znakomitej większości na studiach zaocznych, uruchamiały filie bez zezwolenia, zatrudniały kadrę dydaktyczną na kolejnych etatach lub wręcz tylko deklarowały, że ją zatrudniają, nie tworzyły bazy badawczej i nie spieszyły się z kompletowaniem bibliotek nastawiając się na szybkie dostarczenie na rynek pracy fachowców w poszukiwanych specjalnościach etc., etc. Nie dotyczy to, oczywiście, wszystkich szkół, bo wiele z nich kształci na przyzwoitym, a niekiedy nawet na wysokim poziomie. Poza tym, są na ogół bardziej dynamiczne i elastyczniej reagują na potrzeby rynku pracy niż szkoły publiczne. Dyskusja o uczelniach niepaństwowych trwa więc nieprzerwanie od momentu ich powstania.
Ostatnio spór ten przybrał nowy kierunek. Najwyższa Izba Kontroli prześwietliła dokumenty składane przez założycieli prywatnych szkół wyższych w Ministerstwie Edukacji Narodowej w celu uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności edukacyjnej. W wyniku kontroli okazało się, że część uczelni niepaństwowych działa niezgodnie z prawem. Najpoważniejszy zarzut dotyczył otiwierania przez nie filii oraz wydziałów zamiejscowych, bez zgody ministra edukacji. Inkryminowane szkoły bronią się zarzucając decydentom faworyzowanie uczelni publicznych i utrudnianie wyższemu szkolnictwu niepaństwowemu konkurowania na rynku edukacji, np. przez wielomiesięczne rozpatrywanie wniosków o uruchomienie wspomnianych filii. Tak czy owak wniosek z kontroli NIK brzmiał następująco: ustawowy nadzór MEN nad uczelniami niepaństwowym jest niewystarczający. Odpowiedź ministra była jednoznaczna: nie dysponuje on odpowiednimi narzędziami prawnymi, by móc skutecznie sprawować pieczę nad krnąbrnym sektorem szkolnictwa wyższego. W kilku przypadkach, kiedy minister podjął próbę wyegzekwowania przepisów prawa od łamiących je uczelni, przegrał sprawy sądowe. Czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym naprawi tę sytuację?
Marek Remiszewski |