|
|
|
Przez całe lata dziennikarz-popularyzator traktowany był przez wielu Wiktor Niedzicki Dziennikarze są okropni. Zawracają głowę, żądają krótkich i prostych wyjaśnień, potrzebują fotografii i przeszkadzają w pracy. Często przekręcają fakty, trywializują osiągnięcia. Ohyda! To wszystko prawda. Czy jednak współczesny uczony może obejść się bez dziennikarzy? Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że handel nie wymaga reklamy. Dziś wiemy, że bez reklamy tylko mennica może sprzedać pieniądze. A i to nie zawsze. Nawet najlepszy towar przepadnie jeśli nie będzie informacji, promocji i reklamy. Towarem zaś jest wszystko: proszki do prania, pampersy i zagraniczne wycieczki. Także wiedza. Jeśli nie słyszeliśmy o nowej technologii, metodzie terapeutycznej czy wynikach badań psychologów, to nie jesteśmy w stanie wykorzystać ich w praktyce. Dlatego właśnie należy „sprzedawać naukę”, a do „sprzedaży wiedzy” stosować takie same techniki marketingowe i osiągnięcia reklamy, jakich używa się przy sprzedaży chipsów i szamponów. Część tej pracy mogą wykonać właśnie dziennikarze zajmujący się popularyzacją i promocją nauki. Nie jest to takie proste z kilku powodów. Należą do nich: brak dostatecznej liczby popularyzatorów, brak wsparcia ze strony samych uczonych, brak lobby pronaukowego. Wszystko zaś sprowadza się do jednego wspólnego mianownika – braku pieniędzy na naukę i tym samym na jej popularyzację. Czy można zmienić tę sytuację? Nie znam cudownej recepty. Wiem, że nie da się zrobić wszystkiego naraz, sądzę jednak, że można zrobić „coś” dla poprawy sytuacji. Suma takich drobnych działań może w przyszłości zaowocować zmianą sytuacji nauki w polskim społeczeństwie. TO TEŻ JEST FIZYKANa początku marca 2000 odbyło się w Bielsku-Białej seminarium dziennikarzy radiowych – autorów programów edukacyjnych. Stało się ono okazją do spotkania tych, którym na sercu leży nie tylko dobro nauki, ale także dobro nieco bardziej wymagającego słuchacza. Konkurs i seminarium zostały zorganizowane przez Polskie Radio Katowice. Wielka chwała red. Leopoldowi Kurkowi, prezesowi PR Katowice i red. Annie Sekudewicz, że poświęcili swój czas i niemałe pieniądze, by dziennikarze mogli porównać swoje prace, dyskutować o sposobach przygotowywania programu, doskonalić warsztat. Prezentowane audycje były bardzo różne. Jedna cecha była wspólna – pasja, z jaką autorzy prezentowali tematy. Wiadomo, że dziś bardzo trudno przebić się na antenę z programem edukacyjnym czy popularnonaukowym. Radia słuchamy w samochodzie, podczas pracy, domowych porządków. Mało kto z nas potrafi wygospodarować czas na spokojne słuchanie radia przez pół godziny. Dziś trzeba wielkiego uporu, by przekonać do takiego programu szefów anten i rozgłośni regionalnych Polskiego Radia. Trzeba także ogromnej pasji, by do odbiornika przyciągnąć słuchacza. Mamy zatem kilkudziesięciu entuzjastów, którzy z całym poświęceniem, zwykle samotnie, walczą o szacunek dla wiedzy, o uznanie dla polskiej nauki. Sądzę jednak, że poza programami dla koneserów równie ważne są krótkie formy, które dotrą do masowego odbiorcy. Takie lapidarne, ciekawe informacje o osiągnięciach nauki polskiej mogą mieć ogromny wpływ na świadomość odbiorców. Warto i tą drogą docierać do słuchaczy. Zawsze bowiem należy mieć na względzie, co robimy, dla kogo i w jakim celu (dotyczy to nie tylko dziennikarzy, ale także naukowców). Celem jest przekonanie maksymalnej liczby odbiorców o potrzebie pogłębiania wiedzy, o korzyściach płynących z uprawiania nauki i przekazanie wiedzy na jakiś temat. Mniej ważna jest forma. Liczy się tylko efekt. Przez semestr prowadziłem wykłady na temat popularyzacji nauki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Przychodzili słuchacze z różnych wydziałów. Chcieli dowiedzieć się, jak atrakcyjnie spopularyzować naukę. Widać z tego, że rośnie grono tych, którzy chcieliby pomóc uczonym w upowszechnianiu wiedzy. Niestety, jak na razie, nawet tak atrakcyjna dziedzina jak fizyka nie ma na ogół dobrej opinii. Uważana jest za dyscyplinę trudną, przeładowaną matematyką. Większość dorosłych (i uczniów) narzeka na swoich nauczycieli. Nauczyciele tłumaczą, że muszą przygotować uczniów do rozwiązywania zadań na egzaminach na wyższe uczelnie. W ten sposób licea opuszczają młodzi ludzie, którzy na ogół nie rozumieją praw fizyki i nie mają pojęcia, do czego taka wiedza mogłaby im się przydać. Z upodobaniem przypominam anegdotę o tym, jak z moim małym synkiem pisaliśmy artykuł o fizyce do szkolnej gazetki. W pewnej chwili dziecko stwierdziło: – Tata, ty zrzynasz (ściągasz)! Na stole nie było nic. – Piszesz o tym, co robiliśmy w programie „Kuchnia”. To była prawda. – A miałeś pisać o fizyce! Próbowałem tłumaczyć: – Przecież te doświadczenia i „sztuczki” to właśnie fizyka! – To też jest fizyka?! – zdumienie dziecka nie miało granic. Jak to jest, że nudne lekcje i zabawne pokazy mogą być tą samą fizyką? Dlaczego zatem nie można pokazać fascynującej fizyki? Dlaczego nie można pokazać jej związków z życiem, z najnowszymi odkryciami, z poznawaniem kosmosu, świata atomu, całej przyrody? I kto to ma zrobić? Właśnie na tym polu widzę największe możliwości współpracy naukowców z dziennikarzami. Uczeni mogliby „sprzedawać” swoją wiedzę, dziennikarze promować osiągnięcia nauki. Pokazanie w sposób prosty, ale atrakcyjny, ciekawy i mądry różnych dyscyplin naukowych wymaga ścisłego współdziałania właśnie dziennikarzy–popularyzatorów i naukowców. To, co dla uczonego jest banalne, dla laika może być tak sensacyjne, że zainteresuje go dana dziedzina wiedzy. Dzięki temu, być może, będzie mógł świadomie wykorzystywać nowe techniki, materiały, urządzenia. I o to właśnie chodzi. WDOWI GROSZWspomniałem już o wadach dziennikarzy. Są wśród nich: dyletantyzm, poszukiwanie taniej sensacji, zabieranie cennego czasu uczonym itp. „Najgorsze” jest zaś to, że dziennikarze na ogół pytają o praktyczne zastosowania badań. I zwykle mało przekonująco brzmią dla nich wyjaśnienia, że dzięki takim badaniom więcej wiemy o otaczającym nas świecie. Natrętne pytania o konkretne korzyści są zaś zwykle odrzucane ze wstrętem. Pamiętam, jak wielkie oburzenie w wielu środowiskach naukowych wywoływał mój telewizyjny program Nobel dla Polaka. To niedopuszczalne, by ludzie nieprzygotowani decydowali o wydaniu choćby części pieniędzy na badania – brzmiały typowe zarzuty. Przeciwnicy zapominali, że nieprzygotowani ludzie, czyli „przypadkowe społeczeństwo”, decyduje o wyborze prezydenta, Sejmu i Senatu, a więc o sprawach nieporównanie większej wagi i o znacznie większych pieniądzach. W Polsce bardzo rzadko pamiętamy, że pieniądze budżetowe pochodzą ze wspólnych podatków. Wyobraźmy sobie jednak, że chcemy, aby każdy z obywateli wyjął kilka złotówek ze swego portfela. Jest oczywiste, że musielibyśmy przekonać każdego, na co są nam potrzebne te pieniądze. Popatrzmy na bezrobotnych, na ludzi, którzy żyją poniżej minimum socjalnego. Oni także składają się przecież na finansowanie nauki. Czy można im z czystym sumieniem powiedzieć, że chodzi tylko o poszerzanie naszej wiedzy, że chcemy tylko, by polscy naukowcy utrzymywali poziom międzynarodowy, by brali udział w działaniach międzynarodowych organizacji? A co z tego będzie miał człowiek, który wysupłał z portfela pieniądze brakujące mu do pierwszego? Nie wiem, dlaczego utarło się, że najcenniejsza jest nauka „czysta”, czyli teoria i badania o charakterze poznawczym. Ludzie, którzy się tym zajmują, to „elita elit”. A badania stosowane? Gdzie są efekty badań, na które rokrocznie przeznacza się miliardy (starych złotych)? Wiem, że wciąż brakuje pieniędzy. Mizeria naszej nauki jest powszechnie znana. Co roku jednak państwo wydaje spore sumy na badania naukowe. Finansowana jest działalność podstawowa instytutów i uczelni. Duży (choć z pewnością zbyt mały) strumień pieniędzy trafia do nauki poprzez granty Komitetu Badań Naukowych. Badania się prowadzi, pojawiają się publikacje, składane są sprawozdania i rozliczenia. To wszystko trafia do przepastnych magazynów KBN. I tu droga się kończy. Naukowcy zyskują wiedzę, doświadczenie, tytuły naukowe i renomę w świecie. A jaką korzyść odnosi z takich badań społeczeństwo? Przecież prace, które nie znalazły odbiorców, nie zaspokoiły powszechnej ciekawości, nie znalazły zastosowania, nie zostały spopularyzowane, są czystym marnotrawstwem. Publikacja w piśmie naukowym, które wędruje do biblioteki lub archiwum, jest stratą, jeśli nie została przez nikogo więcej wykorzystana. To „czysta” produkcja papieru. Dlatego właśnie, moim zdaniem, trzeba „sprzedawać” naukę. NIEZBĘDNA JEST PROMOCJANiestety, nasz system finansowania badań nie premiuje tych, którzy potrafili nie tylko zbadać, ale także zastosować praktycznie swoją wiedzę. Oczywiście wiem, że nie wszyscy muszą zajmować się naukami stosowanymi. Z drugiej strony wiemy też, że inżynierowie powinni czytać publikacje specjalistyczne i wykorzystywać wyniki badań w przemyśle. Wszystko to prawda, ale... Jak wiadomo, ludzie są na ogół leniwi, nie zawsze dobrze przygotowani i mają wiele innych wad. Trzeba się z tym liczyć. Warto jednak pamiętać, że to naukowcy mają do sprzedania swój towar – wiedzę, nowe technologie, materiały itp. Wiadomo też, że sprzedawca musi zabiegać, by ktoś kupił jego towar. I nic nie pomoże wybrzydzanie, że klienci są niewłaściwi bądź głupi. Trzeba starać się i wszelkimi sposobami zachęcać do kupna tego trudnego towaru. Inżynier może wiele lat pracować i nie wprowadzić żadnej nowości w swojej branży. Jeśli jednak nikt nie zastosuje nowego odkrycia, materiału lub technologii, to cała praca uczonego pójdzie na marne. Kiepska to będzie satysfakcja, że za parę lat, gdzieś za granicą, ktoś zrobi coś podobnego. O naszym prymacie nikt nie będzie pamiętał. Rzadko liczy się sam pomysł i intencje – ceniony jest efekt praktyczny i pieniądze. Czy podatki w niezbyt zasobnym kraju powinny być przeznaczane na badania, z których pożytek mogą mieć tylko najbogatsi? Większość wyników badań podstawowych może być praktycznie wykorzystana tylko przez kraje o przemyśle nastawionym na nowości. Konieczny jest duży potencjał w elektronice, łączności, biotechnologiach itp. W Polsce już nie istnieje taki przemysł. Dlatego finansowanie wielu badań podstawowych oznacza w praktyce finansowanie najbogatszych. W sytuacji, gdy w kraju brakuje pieniędzy na walkę z wirusem zapalenia wątroby, gdy brakuje na leki dla cierpiących na stwardnienie rozsiane i wiele innych chorób, przeznaczanie dużych środków na kosztowne programy badań podstawowych wydaje się często mocno problematyczne. Chyba, że potrafimy stworzyć system promowania polskich osiągnięć i system dający szczególne ulgi finansowe lub dotacje tym, którzy wyniki badań podstawowych zastosują w praktyce produkcyjnej. Na razie, póki tego systemu nie ma, niezbędna jest promocja (np. dzięki naszym pieniądzom Polska zacznie być postrzegana jako kraj wielkich uczonych). Ci, którzy poprzez podatki składają się na badania naukowe muszą wiedzieć, co zrobiono za ich grosze. Kto to zrobi i za ile? Oczywiście, mogę sobie marzyć, że drobna część środków finansowych na badania zostanie przeznaczona na upowszechnienie ich wyników. Z praktyki wiem jednak, że każdy kierownik grantu będzie starał się ograniczyć do minimum takie wydatki. Czy istnieje inne wyjście? co robić?Niektóre grupy naukowców i niektóre uczelnie już zrozumiały konieczność przygotowania fachowców, którzy będą nie tylko „tłumaczami” naukowców. Powoli organizowane są specjalizacje w dziedzinie popularyzacji nauki. Takim działaniom można tylko przyklasnąć. Niestety, często po zakończeniu wykładów i ćwiczeń studenci są pozostawieni samym sobie. Istniejące redakcje prasowe, radiowe i telewizyjne nie są w stanie wchłonąć rocznie kilkunastu czy kilkudziesięciu osób, zwłaszcza takich, które nie mają praktyki zawodowej. Co robić? Po pierwsze, wydaje mi się, że wciąż nie do końca wykorzystana jest u nas instytucja rzecznika prasowego instytutu lub instytucji zajmującej się nauką. Często rzecznik taki ujawnia się jako przeszkoda lub pośrednik w zdobyciu wywiadu lub przeprowadzeniu rozmowy z uczonym. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy dziennikarz sam dotarł do ciekawej osoby. Wówczas właśnie pojawia się rzecznik, który „uzgadnia”. Bardzo rzadkie są przypadki, gdy ów rzecznik z własnej inicjatywy szuka partnerów, którzy wykorzystaliby medialnie jakieś osiągnięcie, pracę lub wyróżnienie, jakie spotkało naukowca. Jeszcze rzadziej zdarzają się ciekawe materiały przygotowane dla dziennikarzy. Wiadomo też, że nie wszyscy są złotouści. Niestety, chyba nigdy nie zdarzyło mi się, by rzecznik sam starał się przygotować uczonego do wystąpienia w radiu czy telewizji. Może tu przydaliby się właśnie wspomniani wyżej młodzi ludzie, którzy zyskują na studiach podstawową wiedzę na temat promocji i popularyzacji nauki. W ramach nieodpłatnych praktyk w instytutach i uczelniach pomogliby w promocji osiągnięć naukowych. Tylko, kto zechce dać im zajęcie? Po drugie, sądzę, że absolwentów studiów promocji i popularyzacji nauki mógłby wykorzystać Komitet Badań Naukowych. Proponuję, aby przy uczelniach powstały czasopisma promujące osiągnięcia nauki polskiej. Pisma te byłyby przygotowywane i redagowane w ramach ćwiczeń i prac przejściowych. Tematami artykułów byłyby jeszcze nie rozpropagowane osiągnięcia naszych uczonych. Materiału dostarczyłyby magazyny Komitetu Badań Naukowych oraz sekcje zajmujące się konkretnymi dziedzinami wiedzy. Wykorzystując wiedzę zawartą w sprawozdaniach z grantów oraz ewentualnie rozmowy ze specjalistami wspomniani absolwenci pisaliby artykuły, które popularnie wyjaśniałyby, na czym polegają te osiągnięcia. Byłoby to dla młodych ludzi nie tylko wielkie wyzwanie, ale i fantastyczna praktyka. Dziś teksty pisane są na komputerach. Po zredagowaniu i skomponowaniu biuletynu w pamięci komputera, całość wędrowałaby do Komitetu Badań Naukowych, który drukowałby go w ramach tzw. „małej poligrafii” (czyli stosunkowo niewielkim nakładem środków). Biuletyny takie trafiałyby do wielu redakcji, na inne uczelnie, a może także (w formie elektronicznej) za granicę. Korzyści byłyby wielorakie: studenci zyskaliby możliwość zdobycia praktyki w popularyzacji, uczelnie – splendor i dodatkowe medium, uczeni – cenną promocję swoich osiągnięć, KBN udowodniłby, jak wiele pożytecznej pracy wykonano za pieniądze podatników, polskie firmy zyskałyby prostą i podstawową informację o opracowaniach, które nadają się do wykorzystania, a my wszyscy – świadomość, że pieniądze z naszych portfeli zostały dobrze wydane. Tu spieszę uspokoić rzeczników badań podstawowych i poznawczych. Z całą pewnością ich ciekawe prace także byłyby szeroko promowane. Tak się bowiem szczęśliwie składa, że inteligentnych ludzi na ogół interesują odległe głębiny kosmosu i wnętrze atomu. Zwłaszcza, jeśli zostaną przedstawione w sposób atrakcyjny. Można tylko mieć nadzieję, że wśród młodych ludzi znajdzie się wielu utalentowanych popularyzatorów. Powstaje jedynie pytanie, czy zainteresowane instytucje i uczelnie będą chciały podjąć się takiej pracy? A jeśli nie? WSPÓLNY CELWspomniałem tu już o znanej mizerii finansowej nauki polskiej. Sądzę, że tej mizerii są winni także sami uczeni. Przez całe lata dziennikarz-popularyzator traktowany był przez wielu jak uprzykrzona mucha. Od jednego ze znanych naukowców usłyszałem, że popularyzacja niewiele różni się od prostytucji. Dziś taka postawa „procentuje” w postaci zmniejszania nakładów na naukę. Skąd „zwykli ludzie” i politycy mogą wiedzieć, że polscy naukowcy mają liczące się osiągnięcia, że powstają u nas nowe technologie, nowe materiały, leki, urządzenia? Telewizja, radio i prasa upowszechniają obraz nauki, która powstaje w USA, w Japonii, czasem w Niemczech lub Wielkiej Brytanii. My możemy tylko kupić licencję lub gotowe urządzenia. Skoro tak, to po co wydawać pieniądze na naukę? Jeśli bowiem nie ma społecznej świadomości wagi odkryć naukowych, jeśli nie istnieje „lobby naukowe”, to nie ma co liczyć na „dobre serce” i „życzliwą kieszeń” polityków. Każdy człowiek stara się działać zgodnie z własnym interesem. Polityk też. Jeśli wie, że jego zaniechanie, lekceważenie lub błędna decyzja zostaną zauważone przez wyborców, będzie postępował tak, aby ich nie urazić. Jeśli ma świadomość, że dzięki walce o pieniądze na badania, dzięki spotkaniu z uczonymi zostanie pokazany przez media – z całą pewnością wykorzysta taką sytuację. Niestety, nawet znany polityk nie może liczyć na środowisko naukowe. Nikt nie zauważy, że zajął się problemami nauki, pomógł w zdobyciu funduszy lub wdrożeniu nowej technologii. Jego praca i poświęcony czas nie będą miały zatem wpływu na sukces wyborczy. A tylko to się liczy. Wiadomo, że jeśli ktokolwiek usiłuje zdjąć z anteny telewizyjnej program poświęcony kulturze – natychmiast reagują aktorzy, pisarze, plastycy i działacze kulturalni. Jeśli spada z anteny program popularnonaukowy, nie odzywa się nikt. Jednym po prostu się nie chce, inni uważają, że program taki jest profanacją nauki, jeszcze inni mają za złe, że pokazano ich niezbyt lubianych kolegów. Sądzę, że współpraca uczonych i dziennikarzy mogłaby doprowadzić do powstania „lobby naukowego”. Pozostaje pytanie, od czego zacząć? Może po prostu od zauważenia, że uczeni i dziennikarze mają wspólny cel – promocję nauki polskiej. Nieważne, czy ktoś robi to lepiej, czy gorzej, czy ma pomysł na poważną dyskusję, czy widowisko cyrkowe. Ważny jest tylko skutek – zainteresowanie odbiorców. Jeśli uda się przyciągnąć ich uwagę, przekonać o korzyściach płynących z wiedzy, o potrzebie prowadzenia badań naukowych w Polsce, o konieczności wyjęcia na ten cel pieniędzy z portfela – wygramy wszyscy. Wiktor Niedzicki, dziennikarz radiowy i telewizyjny, fizyk, jest autorem wielu programów popularnonaukowych. |
|
|