|
|
|
Leszek Szaruga Co pewien czas w uczelniach należy dokonywać sprawdzianu kadry naukowej. Czyni się to na różne sposoby. Jak wiadomo, pracownicy winni co roku składać sprawozdania ze swych naukowych poczynań: przedstawiać wykazy publikacji, zdać sprawę z udziału w konferencjach, ujawnić przyznawane im stypendia, wykazać się realizacją poprzednio zgłoszonych planów badawczych, przedstawić wynalazki oraz patenty itd. Oceniać się także winno ich zdolności i osiągnięcia dydaktyczne. Jest to na ogół procedura wpisana w regulamin działalności uczelni, jej celem jest zaś eliminowanie tych spośród asystentów i adiunktów, którzy przestali dbać o swój – a tym samym i uczelni – rozwój. Dla oczywistych przyczyn takim sprawdzianom nie poddaje się już samodzielnych pracowników naukowych: ich dorobek został wszak zweryfikowany wcześniej – nie byliby samodzielni, gdyby się na ową samodzielność nie wybili. Niemal wszędzie spotkać można szeregi „wiecznych asystentów”, wegetujących sobie spokojnie na uczelnianych posadach. Nic to, że posady owe nie są zbyt dobrze płatne. Nic to nawet, że są płatne podle. Ale są. Niektórym sam ten fakt wystarcza, zwłaszcza, gdy mają możliwość dorobienia na boku. A takich możliwości wszak nie brakuje, szczególnie, gdy ktoś ma do tego smykałkę. Rzecz w tym, iż podobne prace są dla uczelni bez wartości, a zatrudnianie ludzi, których rozwój naukowy oscyluje w okolicach zera, jest bezcelowe – nie po to wszak stworzono uniwersytety, by dawać ludziom ciepłe posady, tworzyć „przetrwalnie” (miały one swój sens w czasach cenzury i represji – warto o tym pamiętać), choćby dlatego atrakcyjne, że dające zatrudnionym ubezpieczenie, co – nawet zważywszy niewysokie pobory – i tak wielu się kalkuluje. Dla takich właśnie pracowników sprawdziany owe mają pełnić funkcję dopingującą do podejmowania, choćby w minimalnym zakresie, prac badawczych, do rozwijania działalności dydaktycznej. Problem powstaje wówczas, gdy nie do końca określone są kryteria sprawdzianów. Zapewne, w dziedzinach wymiernych jest łatwiej, trudniej w specjalnościach humanistycznych. Nie jest wszak problemem wskazanie pism naukowych, w których publikacje astronomów, fizyków czy matematyków zaliczyć należy do zbioru publikacji naukowych. Gorzej w wypadku literaturoznawców, a ta właśnie dziedzina jest moją specjalnością. Bo jeśli, dajmy na to, pojawia się w zasadzie nic nie znaczący artykuł w „Zeszytach Naukowych Uniwersytetu N.”, wówczas szacowna komisja oceniająca dorobek autora nie będzie mieć wątpliwości co do „naukowości” tekstu – jest ona wyznaczana przez sam „naukowy” tytuł pisma (zakłada się bowiem, że recenzenci kwalifikujący teksty do publikacji nie stosują taryfy ulgowej; wiemy skądinąd jednak, że stosują). I nic to, że rzeczony artykuł do wiedzy o literaturze nic nie wnosi. Nic to nawet, jeśli tekst jest po prostu bałamutny i przeraźliwie głupi. I tak „naukowym” pozostanie. Ta sama jednak komisja będzie miała trudności z uznaniem za naukowy szkicu publikowanego w piśmie literackim typu „Twórczość”, „Kresy” czy „Opcje”, choć nieraz redakcje stosują bardzo wysokie kryteria kwalifikujące teksty do druku. Te teksty, niezależnie od ich poziomu i naukowej doniosłości, i tak – z racji umieszczenia ich w piśmie literackim – zostaną policzone w „publicystykę”. Choćby wyposażone były w „aparat”, nie obronią się w oczach komisji – szczególnie takiej, która nie posiada wśród swych członków ludzi profesjonalnie do oceny tekstów przygotowanych. Zresztą, oni z góry zakładają, że publikacja w piśmie literackim do naukowych zaliczona być nie może. To bodaj najbardziej radykalne odwrócenie tezy McLuhana mówiącej, że sam środek przekazu też jest przekazem. Jest swego rodzaju absurdem fakt, iż o „naukowości” tekstu decyduje miejsce jego publikacji. Z drugiej jednak strony rzeczą konieczną jest niedopuszczenie do rozmywania kryteriów oceny. Jakie znaleźć wyjście z tej sytuacji, nie bardzo wiadomo. Jedno nie ulega wątpliwości – sprzeczne z duchem nauki pozostaje mechaniczne stosowanie kryteriów naukowości. Podobnie nie da się mechanicznie stosować kryteriów oceny pracy dydaktycznej. Można, rzecz jasna, ograniczyć się wyłącznie do zbadania tego, czy delikwent wypełnia obciążające go pensum zajęć i na tym sprawę zamknąć. Ale to w żadnej mierze nie wyczerpuje zagadnienia. Warto bowiem czasami zatrzymać pracownika, który co prawda nie ma oszałamiającego dorobku naukowego, lecz posiada rzadki dar dobrego kontaktu ze studentami. Bywają ludzie, którzy sami nie pisząc tworzą – jak Grydzewski czy Giedroyć – znakomite pisma: umieją inspirować współpracowników i organizować ich pracę, czyniąc z osiągnięć poszczególnych osób dzieło wspólne. Podobnie z dydaktyką: są ludzie obdarzeni umiejętnością zapalania, inspirowania studentów. Na czym to polega, nie bardzo wiadomo. Lecz sprawdzić można. W kilku znanych mi uczelniach w świecie sprawdza się to w ten sposób, iż przeprowadza się (anonimową) ankietę wśród studentów, którzy, odwołując się do właściwej skali, oceniają zarówno asystentów, jak i profesorów w takich dziedzinach, jak rzetelność przekazu, klarowność wypowiedzi, stosunek do studentów itp. Ma to dodatkowo jeszcze jedną zaletę: włącza studentów w działalność uczelni, czyni z nich podmiot uniwersyteckiej wspólnoty. Wreszcie sprawa najważniejsza. Dokonywanie ocen pracy nie może odbywać się bez samych zainteresowanych, zaocznie, na zasadzie funkcjonowania sądów kapturowych. Nawet weryfikacje przeprowadzane w niektórych uczelniach czy redakcjach w okresie stanu wojennego dopuszczały do głosu tych, których weryfikacji poddawano. Niestety, zbyt często zdarza się, że poddawani ocenie pracownicy nie mają szans wyjaśnienia wątpliwości czy odpowiedzi na zarzuty przed ostatecznym sformułowaniem wniosków dotyczących ich pracy. A to już pachnie czystkami. |
|
|