Dętologia
Poprzedni Następny

 

Piotr M?ldner-Nieckowski

Przed laty prowadziłem w warszawskiej Akademii Medycznej zajęcia z deontologii lekarskiej. Za radą dr. Medarda Lecha i przyzwoleniem prof. Marcina Łyskanowskiego zorganizowałem na seminariach coś w rodzaju teatru na żywo. Polegało to na tym, że przedstawiałem jakieś prawdziwe, dyskusyjne zdarzenie związane z kontaktami lekarza i pacjenta, a studenci starali się przedstawić własną wersję, już niekontrowersyjną. Jak łatwo się domyślić, po paru minutach na sali robiło się gorąco. Koledzy skakali sobie do oczu, a wersji było znacznie więcej niż można było się spodziewać.

Pewnego razu dysputa przybrała kształt awantury. Opisałem mianowicie przypadek dziecka, które było długo leczone kilogramami antybiotyków bez rozpoznania choroby. Po paru miesiącach (sic!) okazało się, że jest naszpikowane igłami do szycia. Laryngolog, który włożył mu palec do gardła, ukłuł się! Kiedy jeszcze raz obejrzano wszystkie wykonane w czasie choroby zdjęcia rentgenowskie, zobaczono wreszcie owe igły. Obrazy były tak dokładne, że widać było nawet uszka. Śledztwo ujawniło, że winowajczynią była niedorozwinięta matka. Dziecko uratowano, dano mu innego opiekuna.

Wszystko? Otóż właśnie nie. Studenci zrozumieli, że za tą tragedią kryło się mnóstwo błędów, niedopatrzeń, wadliwych postaw, głupoty i nade wszystko lekceważenia zasad wykonywania zawodu. Ich zdaniem, winni byli wszyscy po kolei: od nieszczęsnego radiologa począwszy, na szczęśliwym laryngologu skończywszy. Winowajcy bronili się znakomicie, wykazując talenty zgoła artystyczne, dlatego nikt prócz radiologa nie został ukarany. Wszyscy wiele razy mieli te zdjęcia w rękach! Seminarium trwało tamtego dnia do późnego wieczoru, a studenci rozeszli się wściekli. Nie doszli do porozumienia.

Cóż to jest deontologia? Deon po grecku znaczy obowiązek. Ze słownika wiemy, że deontologia jest zbiorem norm moralnych obowiązujących wykonawców jakiegoś zawodu. Ale taka definicja jest zbyt skąpa. W deontologii chodzi bowiem nie tylko o nazwanie, ale i przestrzeganie obowiązków (w tym wypadku lekarskich). Zatem nie jest to tylko kodeks, lecz dziedzina życia.

Różnicę między sztuką w medycynie a sztuką w dziedzinach artystycznych zrozumiano i nazwano dość dawno, wedle mojego rozeznania prawie dwieście lat temu. Równo sto lat temu pojawił się we Francji termin „deontologia”. Wymagania stawiane lekarzowi przez deontologię są ogromne, ale do dziś prawie nic nie zrobiono, aby można było prawidłowo oceniać zachowanie medyków i trzymać ich w ryzach. Środowisko lekarskie, do którego opinii są adresowane owe normy, zawsze było zbyt słabe moralnie, żeby je skutecznie egzekwować. Postronni napomykają o korporacyjnej zmowie, a sceptycy powątpiewają w sens tworzenia kodeksów i przysiąg hipokratesowych. Uważają, że etyka jest jedna dla wszystkich, a dobrym lekarzem jest po prostu dobry człowiek i kropka. Dętologia, twierdzą.

No tak, to by miało sens, gdyby każdy człowiek wiedział, jak wygląda lekarska codzienność. Niektórzy lekarze, zwłaszcza młodzi, też mogą tego nie wiedzieć. Z jakichś źródeł muszą się nauczyć. O lekarzach mówi się, że uprawiają pewien rodzaj sztuki, więc można by sądzić, że są oni również do pewnego stopnia artystami. A artysta – wiadomo – działa instynktownie i rzadko z planem. Dostać się z ciężką chorobą w ręce takiego artysty to raczej niezbyt miła perspektywa. Temu ma zapobiegać właśnie deontologia.

Seminarium, o którym wspominam na początku, wcale nie skończyło się tamtego wieczoru. Ten teatr na żywo trwa nadal, chętnie opisywany przez gazety. Pijany lekarz w izbie wytrzeźwień. Odmowa pomocy umierającemu na progu szpitala. Bezpardonowa walka między prywatnymi gabinetami. Reklamiarstwo. Kiedy w roku 1987, z Zofią Kuratowską, wbrew władzy zorganizowaliśmy sympozjum towarzystwa internistycznego na temat możliwości odtworzenia izb lekarskich, serce rosło na widok tłumów, które wtedy przyszły.

Dziś widzę to zupełnie inaczej. Izby, istniejące od dziesięciu lat, a jakże, biorą spore sumy z obowiązkowych składek i kłócą się ku wstydowi całego środowiska. To, co się dzieje w izbach warszawskich, nadaje się na nową sztukę dla pana Poquelin, na czele z amatorskim biuletynem urągającym wszelkim zasadom edytorstwa. Lekarze płacą również za „Gazetę Lekarską”, lepiej redagowaną i drukowaną, ale ta do nich nie dociera, bo lekarskie izby się nie dogadały i najzwyczajniej w świecie, na złość wrogom z tych samych izb, nie wysyłają jej szeregowym lekarzom. Izby drepczą w miejscu i narzekają, że ministerstwo jest be. Zatargi na górze rozmywają nadzieje na to, że izby zajmą się naprawą zadawnionych wad, że nie pozwolą na wprowadzanie reformy ochrony zdrowia na chybił trafił, wreszcie że zapobiegną powstawaniu syndykalnych manier rodem z dziewiętnastego wieku, kiedy gabinet lekarski był firmą usługową.

A może koledzy z izb lekarskich rzeczywiście uważają etykę za dętologię?

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Uwagi.