Profesor-stażysta
Poprzedni Następny

 

W niektórych miejscowościach kolegium stanowi 
jedyną szansę dla młodzieży, której nie stać 
na studia w miastach uniwersyteckich 
albo w płatnych szkołach niepublicznych.

Henryk Duda, Andrzej Tyszczyk

Kolegia nauczycielskie zostały powołane w 1990 r. w miejsce seminariów nauczycielskich. Patronat nad nimi przejęły uniwersytety i wyższe szkoły pedagogiczne, z których także rekrutowała się większość wykładowców. Miało to – przynajmniej w zamyśle pomysłodawców – zagwarantować wyższy poziom kształcenia nauczycieli. Nie poszły za tym jednak rozstrzygnięcia dotyczące statusu tych szkół: kształcąc na poziomie akademickim (do stopnia licencjata), pozostawały jednak szkołami średnimi, jeśli chodzi o stan prawny, strukturę organizacyjną oraz status zatrudnionych w nich wykładowców.

Chociaż nie posiadały pełnego statusu szkół wyższych, faktycznie stanowiły etap dwustopniowych studiów magisterskich. Od samego początku bowiem absolwenci kolegiów w większości kontynuowali studia, najczęściej w uczelniach patronujących. W polityce edukacyjnej państwa kolegia spełniały i spełniają bardzo ważną misję – umożliwiają dostęp do studiów dziennych i bezpłatnych w regionach biednych i niedoinwestowanych (np. tzw. ściana wschodnia). W niektórych miejscowościach, jak np. w najlepiej nam znanym Zamościu, kolegium stanowi jedyną szansę dla młodzieży, której nie stać na studia w miastach uniwersyteckich albo w płatnych szkołach niepublicznych.

NIKOMU NIE ZALEŻY

Ponieważ zatrudnieni w kolegiach wykładowcy nie mieli w nich statusu nauczycieli akademickich, od samego początku istnienia tych szkół dużym problemem było zapewnienie odpowiedniego, do kwalifikacji i stopnia naukowego, poziomu wynagrodzenia. Kuratoria, które do czasów reformy samorządowej prowadziły kolegia, rozumiały złożoność sytuacji i starały się jej w jakieś mierze sprostać, choćby poprzez zwrot kosztów podróży dla dojeżdżających wykładowców, skromne pieniądze za prowadzenie prac dyplomowych etc. Sytuacja – przynajmniej w Zamościu – pogorszyła się po przejęciu kolegiów przez samorządy. Dziś odnosimy wrażenie, że na istnieniu kolegiów nikomu już nie zależy.

Obecna reforma pogarsza sytuację wykładowców kolegiów. Zgodnie z nową Kartą Nauczyciela, mamy zostać nauczycielami kontraktowymi, niezależnie od stopnia naukowego i stanowiska w uniwersytecie. Prowadzi to do takich paradoksów, jak opisane w artykule Wojciecha Staszewskiego Ni doktorat, ni chęć szczera („Gazeta Wyborcza” z 6 kwietnia br.).

Twórcy Karty zapomnieli bowiem o nauczycielach akademickich pracujących w kolegiach nauczycielskich. Jako pracownicy uniwersytetu możemy kształcić przyszłych nauczycieli, możemy kształcić nauczycieli na kursach doskonalenia zawodowego i nauczycielskich studiach podyplomowych finansowanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Gdybyśmy jednak chcieli zostać nauczycielami dyplomowanymi w kolegium, musielibyśmy - tak jak bohaterka artykułu Staszewskiego - odbyć staż pod kierunkiem nauczyciela-opiekuna, którego, być może, przedtem sami wykształciliśmy! Opisana przez nas sytuacja niechybnie doprowadzi do upadku kolegiów nauczycielskich, które czeka los dawnych SN-ów.

WYMÓG FORMALNY

Ministerstwo Edukacji nie może twierdzić, że o sytuacji kadry dydaktycznej kolegiów nauczycielskich nie wie. Sygnalizowaliśmy ten problem jeszcze w listopadzie ubiegłego roku, gdy delegacja zamojskiego kolegium rozmawiała w MEN o trudnej sytuacji szkoły z Andrzejem Perym, dyrektorem Departamentu Kształcenia Nauczycieli, któremu to departamentowi podlegają kolegia nauczycielskie, oraz z panią Anną Radziwiłł, doradcą ministra edukacji. Z tego, co nam wiadomo, Ministerstwo Edukacji zmierza ku likwidacji tych szkół i zastąpienia ich wyższymi szkołami zawodowymi o statusie akademickim. Możliwe więc, iż założono, że w tej sytuacji nie ma potrzeby zajmować się nauczycielami kolegiów.

Nie wydaje nam się, aby natychmiastowa likwidacja kolegiów była celowa i uzasadniona. Nierealne jest również założenie, że w każdym mieście, gdzie istniało kolegium, powstanie w krótkim czasie wyższa szkoła zawodowa. Idea zastąpienia kolegiów wyższymi szkołami zawodowymi jest co najmniej wątpliwa. By powołać taką szkołę, trzeba spełnić wysokie wymagania formalne, np. zatrudnić na pierwszych etatach określoną liczbę tzw. samodzielnych pracowników naukowych, tj. co najmniej doktorów habilitowanych. Nie sądzimy, by np. prof. dr hab. Mirosław Handke, dziś minister edukacji narodowej, po zakończeniu kariery politycznej zechciał przenieść się do Zamościa, aby objąć posadę w wyższej szkole zawodowej, o której się od dawna mówi. Niech więc nie oczekuje tego od innych.

Jest tajemnicą poliszynela, że ten wymóg formalny można obejść fikcyjnie zatrudniając emerytowanych profesorów. Jaki poziom może reprezentować szkoła zbudowana na fikcji? Tej ostatniej – dodajmy – nie brakuje dziś na obszarze szkolnictwa wyższego, ale czy to oznacza, że należy ją w punkcie wyjścia sankcjonować prawnie? Czy w tej sytuacji kolegia nie są lepszym wyjściem? Należałoby tylko uregulować ich stan prawny tak, aby uwzględniał dwie rzeczy: po pierwsze to, że studia w kolegiach, którym patronują uniwersytety, otwierają drogę do zdobycia pełnowartościowych (i bezpłatnych!) studiów magisterskich i po drugie, że wykładają w nich pracownicy naukowi, których akademickie prawa powinny być respektowane właśnie z tego powodu, że w kolegiach prowadzą kształcenie na poziomie wyższym, a nie średnim czy policealnym.

Dr Henryk Duda jest adiunktem w Katedrze Języka Polskiego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dr Andrzej Tyszczyk jest adiunktem w Katedrze Teorii Literatury tegoż uniwersytetu. Od 1992 r. łączą pracę w KUL z pracą w Zespole Kolegiów Nauczycielskich w Zamościu.

Uwagi.