Dlaczego?
Poprzedni Następny

 

„Dlaczego” – pyta Jaspers – „choć wszędzie mamy do czynienia 
z jakąś postacią racjonalizmu, wyłącznie na Zachodzie powstała nauka, 
której następstwem było wysadzenie z posad wszystkich wcześniejszych światów 
– oto pytanie podstawowe”.

Piotr Skórzyński

Jeśli wierzyć tradycji chińskiej, pierwsze państwo (o nazwie Sia) powstało w III tysiącleciu p.n.e. Zważywszy na długi okres, jaki konieczny jest – jak się powszechnie przyjmuje – do organizacji rozproszonych plemion w jedną zwartą organizację, cywilizacja chińska musi być starsza od sumeryjskiej. Musi być (trzymając się tej, nie potwierdzonej przez wykopaliska tradycji) najstarsza na świecie. Może to natomiast pośrednio potwierdzać fakt, że w Chinach powstały wszystkie niemal – aż do X w. n.e. – główne wynalazki ludzkości. Tym bardziej intryguje pytanie, czemu nie powstała tam nauka ani rozwinięta technologia?
Ślepe uliczki

Odpowiedzi jest dość dużo, od czysto politycznych do geograficznych: despotyzm jako skutek konieczności ciągłego nadzoru wylewających rzek. Despotyzm nie stwarza potrzeby innowacji, przeciwnie – dążąc do zamrożenia status quo, zwalcza je, nawet wbrew własnym hasłom, jak to widzieliśmy w komunizmie. Wszystkie praktycznie wynalazki stały się więc w Chinach pałacowymi zabawkami, zaś konfucjanizm i jego apologia przeszłości i konformizmu stanęły na przeszkodzie niezależnej myśli. W rezultacie w 1901 roku niemal milionową armię chińską pokonał w czasie powstania „pięściarzy” kilkutysięczny kontyngent wojsk państw zachodnich (z oddziałem japońskim). To upokorzenie zniszczyło cesarstwo i rozpoczęło okres rewolucji i konwulsji, które – choć obecnie pod powierzchnią – trwają do dzisiaj.
Jeszcze bardziej niezwykła jest historia astronomii sumeryjskiej. Najnowsze badania tabliczek klinowych wykazały, że Sumerowie wiedzieli, z ilu planet składa się Układ Słoneczny, gdzie są one rozmieszczone oraz jakie są okresy ich obrotów i koniunkcji. Znali nawet Wielką Stałą naszego układu, tzn. wielokrotność każdego okresu obrotu i koniunkcji nie tylko planet, lecz także ich satelitów i komet. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób mogli dojść do tej wiedzy – chyba, żeby przyjąć tezę Carla Sagana (o której poniżej).

Jednak równie tajemnicze jest to, że została ona zupełnie zapomniana, a dokładnie – przetrwała jedynie w zdegenerowanej postaci astrologii babilońskiej. Kroniki sumeryjskie jako jedyne wytłumaczenie podają kapryśnych i okrutnych bogów, którzy obrócili się w pewnym momencie przeciw swojemu ludowi. 

Pojawienie się i rozkwit kultury helleńskiej dawni historycy nazywali „cudem greckim”. Dotyczy to także matematyki, w której zależności między liczbami zostały po raz pierwszy uogólnione i podniesione do rangi abstrakcji. Liczby przestały być tylko zapisem rachunkowym, stały się materiałem do czynności czysto umysłowej. Dopasowane do linii i kątów przeistoczyły się w geometrię Euklidesa.

A jednak Grecy nie przeszli do fizyki: nie uchwycili zjawiska ruchu. Wynalazca m.in. maszyny parowej Hieron nie potrafił opisać teoretycznie procesów indukcyjnych, za pomocą których doszedł do swoich wynalazków. Nie mogąc konkurować z tańszymi niewolnikami, zostały zapomniane.

Niektórzy historycy, jak S. Jaki i B. Hamvas, zwracają wzrok na Torę i przypominają jej twierdzenie, iż Bóg stworzył świat według liczby, miary i wagi. Mówi o tym również Księga Hioba, a podobne określenie znajdujemy w Yi-King. Akcentują przy tym, że ów boski porządek jest linearny, a nie cykliczny, jak u Greków.

Jednak nawet ten obiecujący sposób myślenia nie doprowadził do stworzenia nauki w naszym rozumieniu. Próbując dokładniej i bardziej spójnie opisać świat myśliciele żydowscy skierują się w stronę jałowej numerologii Kabały, zdradzającej, niestety, podobieństwa z astrologią chaldejską i równocześnie tworzonymi „pitagorejskimi” spekulacjami Majów.

PRZEŁOM MONOTEISTYCZNY

Rewolucję nowoczesnej nauki rozpoczął dopiero Kopernik. Próbując wytłumaczyć ruch Ziemi – czego nie był w stanie dokonać dysponując średniowiecznymi instrumentami astronomicznymi – wspomina o „impecie”, jaki został jej nadany na początku. Można założyć, że znał arystoteliańskie komentarze Buridana i Orezmusa.

Minęły cztery stulecia recepcji tej idei, a wciąż jest ona przedmiotem dyskusji, tyle, rzecz jasna, że teraz uczeni rozważają początek całego wszechświata. Odsyła nas to jednak do punktu wyjścia, czyli stagnacji cywilizacji chińskiej, mimo jej technicznych możliwości. Najbardziej znanym uczonym zajmującym się nauką Chin jest Joseph Needham, uważający się za marksistę. Próbując dociec przyczyn chińskiego niepowodzenia poczuł się zmuszony szukać ich w filozofii Konfucjusza. Podał jednocześnie, że w bardzo starych dokumentach znalazł świadectwa istnienia tam kiedyś pierwotnego monoteizmu. Z niewiadomych przyczyn wiara ta załamała się i została zastąpiona rodzajem panteistycznego animizmu. Być może należy to wiązać z Wielką Wodą, o jakiej wzmiankują najwcześniejsze chińskie przekazy, nie tłumacząc tego wyrażenia, nam kojarzącego się oczywiście z potopem.

John Barrow, kosmolog i agnostyk, podkreślił w książce Teorie Wszystkiego. Poszukiwanie Ostatecznego Wyjaśnienia znaczenie przełomu intelektualnego, jakim był monoteizm: Za sprawą monoteistycznej tradycji zaczął dominować pogląd, zgodnie z którym wszechświat jest u swych podstaw jednolity, a we wszystkich jego częściach panują te same prawa: nie jest polem bitwy jakichś Tytanów, z których każdy stara się narzucić przyrodzie swą arbitralną wolę... Z religijnej tradycji Zachodu pochodzi również przekonanie, że nad rzeczami panuje jakaś istniejąca niezależnie od nich logika, a prawa są nadane z zewnątrz – tak jakby były dekretami jakiegoś transcendentnego boskiego prawodawcy.

To właśnie jest jednak nie do przyjęcia dla umysłu nowoczesnego. Pseudonaukowy modernizm z początku XX wieku tak bardzo zatruł umysły większości intelektualistów, iż gotowi zastąpić logikę metaforami i odniesieniami do starożytnych doktryn w rodzaju gnozy, byle ocalić materializm. Z najbardziej chyba jaskrawym przykładem takiej „nauki literackiej” stykamy się w dziele Heinza Pagelsa Marzenia rozumu, gdzie odnajdujemy niespodziewanie zagubioną, jak się zdawało, w pomroce dziejów, postać gnostyckiego Demiurga: Naukowcy dostrzegają zgodność architektury Wszechświata z niewidzialnymi powszechnymi prawami, które nazwę kodem kosmicznym – konstrukcyjnym kodem Demiurga. (...) Naukowcy odkrywający ten kod odczytują ukryte przesłanie Demiurga, chwyty, których użył tworząc Wszechświat. (...) Dla naszego życia nie ma znaczenia to, czy sam Bóg jest tym przesłaniem, czy też je zapisał lub zapisało się samo. Możemy spokojnie porzucić tradycyjną ideę Demiurga, ponieważ nie ma naukowych dowodów na istnienie Stwórcy świata.... Mamy więc komunikat bez nadawcy.

ROZUMNA SELEKCJA

Widzimy tu świat, który musiał w przebłysku jasnowidzenia ujrzeć Tomasz z Akwinu – i była to wizja, która doprowadziła go do śmierci. Albowiem świat, w którym nie ma znaczenia istnienie Boga, jest światem nicości: diabelską parodią rzeczywistości. Ostatnie zdanie jest tylko kropką nad i. W takim przenicowanym świecie może istnieć każdy majak, a więc i komunikat bez nadawcy. Co więcej, może, jak się przekonamy, istnieć nie tylko bez nadawcy, ale także bez odbiorcy. To z kolei hasło radykalnych wyznawców GEI, czyli Ziemi, która jest żywym organizmem i od parunastu lat, zdaniem ekologów, próbuje pozbyć się ludzi ze swej powierzchni (w czym oni gorąco jej kibicują). Pagels utożsamia po prostu naukę, jaką zna, z rzeczywistością. Co nie jest naukowe, nie ma prawa istnieć. Jak konkluduje Philip Johnson: Dla naturalistów naukowych istnienie rzeczywistości pozanaukowej jest dosłownie nie do pomyślenia.

Widać to świetnie w poczytnych książkach noblisty Konrada Lorenza. Idąc starym szlakiem Rousseau, ten wybitny zoolog uznał człowieka za gatunek „popsuty”. Tylko on bowiem w całej przyrodzie walczy o samice i terytorium dopuszczając się zabójstw na (rzeczywistych lub potencjalnych) rywalach. W głośnej książce Tak zwane zło jako remedium proponuje „rozumną selekcję popędów”, dokonaną przez wyposażonych w odpowiednie środki naukowych demiurgów, których nazywa „wielkimi konstruktorami”: Pełne i ciepłe uczucie miłości i przyjaźni odczuwać możemy tylko do poszczególnego człowieka, nie zmieni tego nawet nasza najlepsza i najsilniejsza wola! Ale „wielcy konstruktorzy” mogą to zmienić. Wierzę, że to uczynią, wierzę w potęgę ludzkiego rozumu, wierzę w potęgę selekcji i wierzę, że rozum prowadzi selekcję rozumną.

Lorenz podaje tymczasowe sposoby zmniejszenia agresji wewnątrzgatunkowej. Nie spotkały się one jednak z uznaniem Ericha Fromma (który skądinąd doceniał jego intencje). W swojej ostatniej książce Anatomia ludzkiej destrukcyjności krytykuje zwłaszcza jego pomysł „ukierunkowywaniu zapału”, ze szczególnym uwzględnieniem sportu: Ale w istocie jest przecież tak, że współzawodnictwo sportowe wywołuje znaczny wzrost agresji. Jak jest ona intensywna, można się było przekonać niedawno, kiedy emocje rozniecone przez międzynarodowe spotkanie piłkarskie doprowadziły do rozpętania niewielkiej wojny w Ameryce Łacińskiej. Przede wszystkim jednak nie zostawia suchej nitki na jego głównej idei „rozumnej selekcji”: 

Stanowiska Lorenza nie da się w pełni pojąć bez uświadomienia sobie jego quasi-religijnego nastawienie względem darwinizmu. Nastawienia to nie jest czymś szczególnie rzadkim i jako ważny socjopsychologiczny fenomen współczesnej kultury domagałoby się dalszych studiów. (...) U wielu z tych, dla których detronizacja Boga okazała się definitywna, przetrwała potrzeba posiadania jakiejś bogopodobnej postaci. Niektórzy z nich proklamowali więc nowego Boga – Ewolucję – i czcili Darwina jako jej proroka. Dla Lorenza i wielu innych idea ewolucji stała się rdzeniem całego systemu wyznania i orientacji w świecie.(...) Społeczny i moralny darwinizm, tak wysławiany przez Lorenza, jest w istocie romantycznym, nacjonalistycznym pogaństwem, które zmierza do zaciemnienia prawdziwego zrozumienia biologicznych, psychicznych i społecznych czynników odpowiedzialnych za ludzką agresję.

BRAKUJĄCE OGNIWO

Oddajmy Lorenzowi, że nie podtrzymywał później tych poglądów, a nawet szczerze podzielił się swymi narastającymi wątpliwościami w wydanej pod koniec życia książce Regres człowieczeństwa, podając przykłady zaprzeczające tezom Darwina: Znacznie trudniej jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nawet na niższych poziomach życia roślinnego i zwierzęcego widzimy tyle piękna, które zdaje się nie mieć żadnej wartości dla zachowania gatunku. Wiele motyli zdobi przepiękny kolorowy rysunek z niezliczonymi szczegółami, których z całą pewnością współplemieńcy nie dostrzegają i które nie mogą służyć odstraszaniu wrogów. Rysunki na piórach samicy bażanta i innych ptaków o barwach ochronnych, oglądane z bliska, mienią się wszystkimi barwami i są nadzwyczaj regularne, pomimo że nacisk selekcji, który je wytworzył, skierowany był na to, by je uczynić możliwie podobnymi do nieregularnego i chaotycznego zabarwienia tła. (...)

Jedną z najdziwniejszych i najtrudniejszych do wytłumaczenia zmian linii rozwoju jest powrót czworonożnych lądowych gadów i ssaków do oceanu. Mówię o ichtiozaurach i waleniach, których kształt ciała i jego mechanika stały się ponownie całkowicie rybie. Trzeba sobie uzmysłowić, ile kroków musiała postawić filogeneza, aby kręgowce z mieszkańców wód stały się mieszkańcami lądów, trzeba pamiętać, jak długa jest droga od ryby do ssaka, aby docenić całą dziwność tego zwrotu... Gdybyśmy chcieli to przenieść na celowe działanie człowieka, musielibyśmy sięgnąć do porównania z technikiem, który zaczyna budować samochód, a potem, kiedy wóz jest już gotowy albo prawie gotowy, robi z niego łódź motorową.

Na końcu jednakże powraca do swojej koncepcji, która niczym naukowe salto mortale miała przeskoczyć coraz bardziej niepokojące problemy ze znalezieniem sławnego „brakującego ogniwa” między zwierzętami a ludźmi. Jest nim mianowicie homo sapiens: Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że jest szczeblem rozwoju, ku prawdziwie rozumnej i człowieczej istocie.

GDZIE ONI SĄ?

Jak miałaby ona wyglądać? Czy będzie to mężczyzna z ciałem atlety, twarzą Adonisa i umysłem Einsteina? I jego kobiecy odpowiednik? Jak długo mamy na nich czekać? A kiedy się pojawią, czy powinniśmy, przepełnieni podziwem dla Natury, dyskretnie usunąć się im z drogi?

Ale skoro Lorenz kategorycznie odrzuca tezę Monoda o człowieku jako losie na kosmicznej loterii, przypadkowo wygranym przez ziemską biosferę, dlaczego wykluczyć możliwość, że taka istota już się nie pojawiła... gdzieś pośród gwiazd?

Teza o istnieniu pozaziemskich istot rozumnych przywołuje natychmiast tzw. paradoks Fermiego. Gdy gazety po raz pierwszy doniosły o „latających spodkach” i wśród naukowców rozmawiano o możliwości istnienia inteligentnych gatunków gdzieś w kosmosie, konstruktor pierwszego stosu atomowego zapytał: Czemu ja ich nie widzę? Spytany, co ma na myśli, wyjaśnił, że gdyby istniały rasy takich istot, to któraś z nich miała dosyć czasu – licząc w kategoriach wieku wszechświata – by dawno temu opanować technikę podróży międzygwiezdnych i odkryć Ziemię. Skoro nie widać nikogo obcego, kto chciałby porozmawiać ze śmietanką uczonych zgromadzonych w Lawrence Laboratory, to znaczy, że w kosmosie nie ma takich istot.

Poza sporą dozą megalomanii, sylogizm ten ma jeszcze jedną wadę: nie przyjmuje możliwości, iż tak rozwinięta technika umożliwia tym istotom wystarczający podsłuch i podgląd ludzi. Zresztą, od lat 50. mogą odbierać ziemską telewizję.

Co najmniej od 1534 r. intelektualiści wskazywali na śmieszność wyobrażania sobie człowieka jako istoty w kosmosie uprzywilejowanej, w tym bowiem roku Marcellus Palingenius opublikował w Wenecji dzieło Zodiacus vitae, w którym zadał pytanie: Czymże jest ziemia i morze w porównaniu z ogromną i zachwycającą przestrzenią świata? Jeśli zbadacie ją uważnie, zobaczycie, że ziemski glob, który zamieszkujemy, jest ledwie punkcikiem. Cóż to, miejsce tak małe byłobyż zamieszkane przez ryby, ludzi, zwierzęta, ptaki itd. – a reszta wszechświata nie miałabyż mieszkańców?

Giordano Bruno powtórzył ten wywód i w XIX w. teza o istnieniu ogromnej, może nieskończonej ilości innych gatunków rozumnych pod innymi gwiazdami stała się niemal sztandarowym przekonaniem materialistów. Zostało to ugruntowane w czasie, gdy przewodził im H.G. Wells.

WIARA I WIEDZA

W 1969 roku prof. Fred Hoyle z Cambridge, a także inni, mniej znani uczeni przyznali, iż tak niewiarygodnie złożona struktura, jak DNA, mogła powstać tylko sztucznie. Jak wiadomo, Francis Crick, współodkrywca DNA, wystąpił z hipotezą, że życie na Ziemi zostało zasiane przez o wiele starszą od nas cywilizację kosmiczną. (W tym miejscu narzuca się przypomnienie, że w hebrajskim opisie Genezis stwórca jest wymieniany jako elohim, czyli w liczbie mnogiej: bogowie.)

Najwięcej intrygujących podań i wskazówek spotykamy na styku mitologii i historii, tzn. w czasie, gdy tworzyły się wielkie religie. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że ludzie walczący o byt – a życie 99 proc. ludzi było wtedy ciężkie i niepewne – patrzą trzeźwo na rzeczywistość. Skłonności do fantazjowania mają ci, którzy zaspokoili już najpilniejsze potrzeby. Jak zwrócił uwagę prof. Marian Bielicki (Zapomniany świat Sumerów), Sumerowie odnoszą się do swoich bogów niezwykle praktycznie, podając dokładnie, co należy zrobić, by dany bóg był usatysfakcjonowany, i jednocześnie wyciągając stosowne wnioski, jeśli nie zdołano go zadowolić. Mamy też dokładne relacje z rozmów, jakie z nimi toczyli kapłani. Odnosi się nieodparte wrażenie – pisze prof. Bielicki – że obcujemy w tych tekstach nie z postaciami mitycznymi, lecz z realnymi istotami, z którymi wierni są w stałym kontakcie. Podobne refleksje znajdujemy u niektórych biblistów, np. we wstępie do Psałterza (Paryż 1978) pióra ks. Józefa Sadzika. Czytamy tam mianowicie, iż starożytnych Żydów trudno uznać na podstawie Biblii za ludzi wierzących we współczesnym sensie tego słowa. Sprawiają oni raczej wrażenie ludzi, którzy mają lub niedawno jeszcze mieli okazję naprawdę słyszeć Jahwe i jego posłańców. Nie ma tam wiary – pisze ks. Sadzik – jest wiedza, to znaczy żywe doświadczenie spotkania z codziennym i niejako odsakralizowanym sacrum.

WSPÓLNY JĘZYK

Dzisiaj patrzymy inaczej nawet na najstarsze i na pozór zupełnie niezrozumiałe opowieści. Egzegeci mają np. wielki kłopot z wytłumaczeniem historii o wieży Babel, gdzie Jahwe jest najwyraźniej powodowany lękiem lub zawiścią. Agnostycy traktują natomiast tę opowieść jako jeszcze jedną legendę. Tymczasem językoznawca rosyjski A.B. Dołgopolski, wraz z zespołem współpracowników, dokonał analizy sześciu dużych indoeuropejskich grup językowych, włączając w to język sumeryjski, i odkrył, że istnieje 15 wspólnych niezmiennych słów. Porównał je następnie do podstawowych rdzeni języków semickich i okazało się, że istnieje 15 rdzeni zbieżnych z indoeuropejskimi. Obliczono możliwości przypadkowego podobieństwa: wynosiło ono jeden do dziesięciu kwadrylionów... 

Oznacza to, że kiedyś, na samym początku, ludzie rzeczywiście mówili jednym językiem.

Ale najbardziej intrygujące pozostaje wciąż pytanie, jak to możliwe, że w różnych kulturach poziom cywilizacyjny zdaje się wyższy u źródeł ich historii niż w późniejszych jej stadiach. Oczekujemy, że na początku napotkamy na barbarzyńskie pozostałości, tymczasem np. w Sumerze położenie niewolników było znacznie lepsze niż w innych krajach w późniejszych epokach. Niewolnik mógł procesować się ze swoim panem, a w święta był mu równy. Miał nawet prawo ukryć się przed swoim panem w domu innego. Wolno mu też było mieć własne pieniądze i prowadzić najróżniejsze interesy. Jakiż regres czekał potem prawo i obyczaje starożytności!

Do dziś niewyjaśnioną sprawą pozostaje fakt, że piśmiennictwo egipskie było rozwinięte już w czasach piramid i że istniała wtedy, na samym początku, zarówno literatura piękna, jak naukowa i prawnicza. Dlaczego nie ma żadnych śladów prób i poszukiwań, które musiały przecież poprzedzić narodziny pisma? Mamy jedynie papirus z British Museum z zapisem o „mądrych pisarzach z czasów następców bogów”. A przecież nie chodzi tylko o pismo. Także ceramika i rzeźba egipska pojawia się od razu w postaci dojrzałej i do dziś budzącej podziw.

XXI stulecie z pewnością odpowie nam na te wszystkie pytania. Na razie jednak pozostaje nam czekać.

Uwagi.